Putin wkurzył nas wszystkich i do tego wkurzenia wszyscy mamy prawo. Ale nie powinniśmy doprowadzić do tego, żeby „walka z dezinformacją” i „ruskimi trollami” przerodziła się w ordynarną cenzurę wojenną, a solidarność została znowu pomylona z przymusem państwowym i brakiem możliwości dyskutowania o tym, jakie ograniczenia będą nakładane na polskich obywateli – pisze w najnowszym felietonie Michał Góra.

Zauważyliście Państwo zapewne, że od mojego ostatniego felietonu świat, a przynajmniej jego istotna część, znowu stanął w ogniu. Od wielu lat w Europie nie było wojny na pełną skalę, co wstrząsnęło sumieniami i świadomością przemęczonej pandemią ludności.

Niestety, symptomy wojny można było dostrzec już wcześniej. Pomijając dawniejsze wydarzenia na Krymie i w Donbasie, ostatnio na przykład wówczas, gdy użytkownicy mediów społecznościowych informowali o ewakuacji ambasad z terytorium wschodniej Ukrainy. W tamtym czasie jeszcze podśmiewałem się, że nadszedł czas na naukę języka rosyjskiego. Dzisiaj ten żart nie wydaje mi się wcale śmieszny, lecz zwyczajnie głupi. Być może zarzewie wojny dało się widzieć w kryzysie migracyjnym, zaaranżowanym na granicy polsko-białoruskiej. Wówczas polska opinia publiczna podzieliła się jednak co do oceny postępowania władz krajowych z emigrantami. Jedni twierdzili, że utrzymanie szczelnej granicy jest przejawem postawy patriotycznej. Wysyłali uprzejme kartki do służb i bronili honoru polskiego munduru w sieci. Inni domagali się bardziej zdecydowanej pomocy migrantom i czasem puszczały im nerwy, gdy zniesławiali Wojsko Polskie czy Straż Graniczną w swoich wpisach. Być może, przy bardziej zniuansowanym zagadnieniu, trudniej było ocenić, gdzie leży interes narodowy i kto tak naprawdę jest „ruską onucą”. Na szczęście dzisiaj interesy praktycznie wszystkich przytomnych Polaków są zbliżone, stąd słusznie dominuje postawa jednoznacznie życzliwa dla Ukraińców.

Nie jestem specjalistą od spraw międzynarodowych ani konfliktów zbrojnych. Wielu żartuje sobie, być może trochę słusznie, że teraz „znawcy pandemii” przerzucili się na omawianie taktyki wojennej. Jeśli jednak już pisze się felietony, to o czym innym pisać, jeśli w ciągu dwóch lat dotknęły nas – bezpośrednio lub pośrednio – dwie epokowe katastrofy? W sprawie wojny trzeba być bardzo ostrożnym, ale mogę zawsze opowiedzieć Państwu o moich emocjach. Jest przecież kilka takich wydarzeń, o których dowiedzieliśmy się w okolicznościach, jakie zapamiętamy na całe życie. Dobrze pamiętam, w którym miejscu mojej rodzimej dzielnicy jeden z familiantów poinformował mnie (wtedy jeszcze nastolatka), że „w Ameryce płoną dwie wieże”. Przypominam sobie, jak we własne imieniny – już w okresie studenckim – dowiedziałem się od domowników, że „spadł samolot z Prezydentem”. Niedospany, z niedowierzaniem oglądałem następnie telewizyjne relacje ze Smoleńska, które zasmucały prawdopodobnie wszystkich Polaków, niezależnie od wyznawanych poglądów politycznych. Zapamiętam też, jak wcześnie rano w dniu 24 lutego 2022 roku obudziła mnie żona – już wcześniej obawiająca się wybuchu wojny – ze słowami „Zaczęło się”. Chwilę później przeczytałem na ekranie mojego smartfona, że 80 kilometrów od polskiej granicy spadają rosyjskie rakiety, a w polskim mieście granicznym rozległ się dźwięk syren. Takich relacji nie da się odbierać nieemocjonalnie. Putin wkurzył nas wszystkich i do tego wkurzenia wszyscy mamy prawo.

Nie jest też być może wyrazem najwyższej erudycji, gdy dorosły mężczyzna wplata w tekst o sprawach śmiertelnie poważnych cytat z gry komputerowej. Niemniej, czy ten pochodzący z serii „Fallout” nie pasuje do obecnej sytuacji idealnie? „Wojna, wojna nigdy się nie zmienia”.

Nie zmienił się bowiem motyw obłąkanego albo wyrachowanego dyktatora, który swoją agresję próbuje uzasadnić absurdalnym casus belli. Oskarżeniami wobec niepodległej i coraz sprawniej demokratyzującej się Ukrainy o to, że jest tworem sztucznym, leninowskim, a rządzą nią naziści i narkomanii. Pojawia się też wątek „ochrony ludności cywilnej”, jakoby rosyjskojęzycznej lub pro-rosyjskiej. Polacy dobrze znają tego rodzaju uzasadnienia dla zbrojnej napaści na niezależne i nieagresywne państwo. Okazuje się jednak, że większość dzielnych Ukraińców nie wita wcale armii rosyjskiej kwiatami ani flagami Federacji, lecz koktajlami Mołotowa i rzucaniem się z pięściami na wozy opancerzone i czołgi. Nie bez przyczyny ukraiński hymn narodowy oznajmia, że „ Dla wolności my gotowi oddać duszę, ciało / Los kozacki przecie, bracia, życie nam wybrało”.

Nie zmieniło się to, że dyktator wysłał swoich własnych „chłopców” na rzeź. Według niektórych doniesień medialnych, są oni niedożywieni, zdemoralizowani i zostali wciągnięci w wojnę podstępem. Prasa podśmiewa się z gaf rosyjskiej armii, której podobno Romowie ukradli czołg, która ma przeterminowane racje żywnościowe i tak dalej. Z jednej strony relacjonują zapewne rzeczywiste wydarzenia. Z drugiej, nie ma się co oszukiwać, że w naszym interesie jest po prostu powielanie propagandy wojennej sojusznika. Istnieje zarazem ryzyko, że odbędzie się to kosztem poznawania bardziej zniuansowanej prawdy (jak to rzekomo miało miejsce w przypadku zamieszania wokół zajść na słynnej Wyspie Węży), a także naszych własnych praw oraz wolności obywatelskich. Chociażby w zakresie swobody ekspresji poglądów.

Przypomnijmy sobie, że konflikty na Bałkanach zakończyły się procesami i wyrokami nie tylko dla serbskich, ale także chorwackich zbrodniarzy wojennych. Nie zapominajmy, że w składzie sędziowskim trybunału w Norymberdze zasiadali wprawdzie zwycięzcy, ale także sowieccy, którzy we własnym kraju sądzili ludzi w sfingowanych procesach politycznych. Później szefami policji w poszczególnych krajach Republiki Federalnej Niemiec zostawali ex-gestapowcy. Rosyjscy oligarchowie być może też jeszcze powrócą, już w nowej roli. Chociaż dzisiaj nikt nie chce o tym wspominać i sam wolałbym ten problem rozwiązać raczej przez eradykację kremlowskiego reżimu, to zgniłego i odstręczającego moralnie kompromisu nie możemy wykluczyć. Nie jestem futurologiem, aby to wszystko przewidzieć.

Jednocześnie nie powinniśmy doprowadzić do tego, żeby „walka z dezinformacją” i „ruskimi trollami” przerodziła się w ordynarną cenzurę wojenną, a solidarność została znowu pomylona z przymusem państwowym i brakiem możliwości dyskutowania o tym, jakie ograniczenia będą nakładane na polskich obywateli. Wiele krajów europejskich ponownie wprowadza stany nadzwyczajne, tym razem nie ze względu na zagrożenie sanitarne, lecz militarne. Teza o pogrążaniu się Europy w pełzającym autorytaryzmie i wiecznym stanie wyjątkowym przestaje być z jednej strony konserwatywnym, a z drugiej postmodernistycznym bajaniem oderwanych od rzeczywistości filozofów. Obiektywnej rzeczywistości nie powinniśmy negować, ale nie może się to odbyć kosztem europejskiej tożsamości oraz tego, że tak jak w przypadku pandemii, ostatecznie musimy pracować, spotykać się ze znajomymi, chodzić do szkół i robić „business as usual” tak długo, jak to tylko możliwe. Nie po to walczymy z Putinem, żeby się od niego przestać w istocie różnić, wypełniając tylko nakazy i zakazy urzędowe bardziej uładzoną i powierzchownie demokratyczną treścią. Nie po to zabiega się o wolność, w tym słowa, żeby z niej nie korzystać.

Nie zmienia się zarazem to, że ciężar wojny poniesie ludność cywilna. Jestem laikiem, ale działań zbrojnych w terenie zurbanizowanym nie da się prowadzić „z czystymi rękoma”. Rosjanie nie mają zresztą najwyraźniej zamiaru tego robić i bombardują – według informacji podawanych przez prasę – miasta i obiekty cywilne, w tym przedszkola i szpitale. Dobrze, że media i organizacje humanitarne mogą zrobić chociaż tyle, aby raportować podobne nadużycia. Głośno mówi się nawet o podejrzeniu zbrodni wojennych. Wojna pociąga za sobą zarazem exodus ludności cywilnej z terenów dotkniętych działaniami zbrojnymi. Do Polski mogą przybywać setki tysięcy Ukraińców dziennie, a w sumie skalę emigracji szacuje się nawet na kilka milionów. Cieszę się, że Polacy stanęli na wysokości zadania i pomimo różnic światopoglądowych, pomoc została zorganizowana oddolnie i dość sprawnie. Prawnicy udzielają uchodźcom pomocy prawnej pro bono. Lekarze za darmo leczą. Przedszkola oferują bezpłatne przyjęcie dzieci do swoich placówek. Zwykli ludzie goszczą naszych wschodnich sąsiadów w prywatnych mieszkaniach. Wydaje się, że nawet rząd stanął na wysokości zadania i szybko nadrabia braki wizerunkowe.

Ostatecznie, trudno więcej o tej sytuacji napisać. To zwyczajnie zbyt skomplikowane zawirowania geopolityczne, aby przeciętny felietonista mógł dodać od siebie coś istotnego, tym bardziej że to nie ja trzymam zakrwawiony karabin w ręce. Napiszę więc tylko, że jednoznacznie wspieram sprawę ukraińską, a w razie potrzeby i w miarę możliwości pomogę każdemu, tutaj na miejscu. Wy też pomagajcie. Podobnie, jak w przypadku kryzysu sanitarnego, zgadzam się jednak ze stanowiskiem pro-obywatelskiej Fundacji Panoptykon, że „W obliczu tego wszystkiego nie zapominamy też, że wojna to dla władz dobra okazja do zabierania obywatelom i obywatelkom wolności i niezwracania jej nigdy. To czas, w którym w każdym kraju powinniśmy czujnie patrzeć władzy na ręce – i to zamierzamy robić.”.

Jeśli natomiast Putin kiedyś przyjdzie do nas, cóż, tak samo jak prawnicy, czy inżynierowie i robotnicy ukraińscy, będę musiał założyć sprane jeansy, bluzę w kolorze khaki, kupione w sklepie myśliwskim akcesoria i nauczyć się obsługiwać broń. Może jakiś sąsiad ma w garażu słynną, partyzancką Toyotę Hilux. Jestem liberałem z libertariańskim skrzywieniem, ale mój względny pacyfizm nie sięga tak daleko, żeby nie bronić ojczyzny przed bandycką agresją. I niech to ostatnie będzie może przesłaniem tego felietonu. Nie siejmy paniki (i nie wykupujmy paliwa ze wszystkich stacji w kraju!), ale zmieńmy naszą mentalność w obliczu nowych zagrożeń z zewnątrz. Jak to mawiał mój dziadek: „Dobre czasy już były”.

Michał Góra

Poprzedni artykuł„Idea Chrystusowa zwycięży i Polska niepodległość odzyska”
Następny artykułZatory płatnicze wróciły do poziomu przedpandemicznego