Wojna, jaką Rosja zgotowała Ukrainie, uruchamia u Polaków wyobraźnię historyczną i świadomość, że na powrót dobrych czasów trzeba będzie poczekać. Przywrócenie poboru i obowiązkowa służba wojskowa nie jest jednak dobrym sposobem na odstraszenie przeciwnika. Możemy mieć lepiej przygotowane na wojnę społeczeństwo bez wprowadzania pomysłu rodem z XIX wieku.

Zacznę od kombatanckiego wspomnienia. Na szczęście jedynego, jakie mam, bo moja młodość przypadła na naprawdę dobry czas w stosunkach międzynarodowych i spokój w naszej części świata. Na komisji dostałem kategorię „A” i na tym skończyły się moje związki z wojskiem. Nie żałuję, wybrałem inną ścieżkę i na szczęście miałem wybór – bo podczas moich studiów pobór został zawieszony, a do armii poszedł ktoś inny: ten, kto chciał. Wojsko się o mnie nie upomina, a ja swój patriotyzm mogę realizować na te sposoby, które odpowiadają moim umiejętnościom.

Jakkolwiek jestem zaporowym wrogiem służby poborowej, to nie jestem przy tym zaporowym wrogiem zawodowej czy ochotniczej służby wojskowej, czy wojska w ogóle, jako pewnego typu instytucji. W idealnym świecie armii by nie było, podobnie jak horrendalnie wysokich wydatków na nią – ale takiego świata nie ma i nie będzie. Jesteśmy prawdopodobnie już na zawsze w sytuacji kraba. Kraba pewnie uwiera jego skorupa, jest ciężka, nieergonomiczna i noszenie jej na grzbiecie kosztuje wiele energii. Ale póki inne kraby mają szczypce – on musi mieć skorupę. W ten sposób wszystkie kraby trzymają się w nieefektywnym, ale jedynym, jaki znają szachu. I ograniczają konflikty.

Jesteśmy ludźmi, więc na szczęście znamy lepsze metody na bezkrwawą koegzystencję niż kraby. Wolny rynek i podział pracy to pierwsze z brzegu skuteczne na to sposoby, najbardziej oczywiste dla libertarianina czy liberała. Łączenie się w większe sojusze, współpraca technologiczna, wywiadowcza, demokratyczna i medialna kontrola nad armią – pewnie uciążliwa dla wojskowych, ale jednak pozwalająca na oglądanie ich poczynań z wielu stron, a przez to rozbudowaną ocenę – to jeszcze inne, godne uwagi propozycje. Silne społeczeństwo obywatelskie, odporne na propagandę, fake newsy, zdolne do samoorganizacji i pomagania sobie w przypadku nieszczęść, ale też w ramach codzienności – to zdecydowanie cenne uzupełnienie tej listy. Nie ma jednak na niej poboru czyli przymusowej służby w wojsku.

Można rzecz jasna, libertariańskim zwyczajem, rozwodzić się nad zjawiskiem armii z przymusu z punktu widzenia jego moralnej oceny. Ta będzie jednoznacznie negatywna i konsekwentnemu zwolennikowi wolności pobór może kojarzyć się tylko z jednym: formą więzienia, jakiejś odsiadki w imię nieokreślonego dobra wspólnego, którego beneficjenci są jednak jak najbardziej namacalni i są nimi wszyscy ci, którzy żyją dzięki i na koszt państwa, przymusowej maszyny redystrybucyjnej, którą ktoś musi ochraniać. Można jednak spojrzeć też na pobór w kategoriach przystępnych także dla tych, którzy nie są libertarianami i nie interesuje ich ten sposób myślenia. Z tej perspektywy pobór to po prostu gigantyczna spalarnia czasu. Każdy „osoborok”, kiedy to poborowy jest trzymany w koszarach, można wykorzystać lepiej, efektywniej, inaczej. Szkolenie wojskowe to wiązka cennych i przydatnych umiejętności. Właściwie można założyć, że zainteresowani rzeczywistością obywatele mogliby chcieć je zdobyć. Ale z poborem jest jak z przymusową szkołą, tego samego szybciej, taniej i lepiej można nauczyć się też poza nią. Szkoła modelu, jaki znamy, podobnie jak armia poborowa, to instytucje mające nie tylko swoją jawną, ale też ukrytą agendę. Wśród niej na czoło wybija się wpajanie konformizmu i urabianie tak uczniów jak i poborowych do jednorodnej konsystencji. Nauka to cel, który na tym cierpi. Ten proces, uczenia przede wszystkim konformistycznej postawy, a nie obiecanych umiejętności i wiedzy, można zrozumieć z perspektywy historycznej i czasów długiego wieku dziewiętnastego, kiedy to centralizujące się państwa potrzebowały jednorodności, bo takimi społeczeństwami, już nie Sasami, Bawarczykami, Bremeńczykami czy Poznańczykami, ale Niemcami – łatwiej się rządziło. Jednorodność wtedy kojarzyła się z siłą. Teraz już wiemy, że zdrowa dawka różnorodności jest dla nas cenna – bo to takie gospodarki, oparte o wiedzę rodzącą się podczas twórczej destrukcji, a ta wzrasta w warunkach tolerancji, dominują i wygrywają.

Dlatego libertarianie postulują dobrowolność ponad odgórnie narzucony przymus – chcemy pozwolić ludziom na wybór nie tylko dlatego, że jest to moralnie słuszne, także dlatego, że w dzisiejszych czasach jest to opłacalne dla całych społeczeństw. Przemysł kreatywny nie potrzebuje takich samych pracowników, jakich potrzebowały industrialne potęgi, czasy taśmy się skończyły, czasy szkoły, jaką znamy, jakoś nie umieją, czemu mielibyśmy wracać do czasów armii, jakie nie walczą już w obecnych wojnach?

To ostatnie pytanie jest oczywiście adresowane do zwolenników powrotu poboru, ludzi, którzy jakby przespali ostatnie dwadzieścia, może więcej, lat.

Świat wcale nie zrobił się bardziej bezpieczny, ale to nie znaczy, że pobór jest rozwiązaniem. Ciężko jest kogoś nauczyć czegokolwiek pod przymusem, wtedy, kiedy nasz uczeń, kursant czy student tylko patrzy na zegarek i wyobraża sobie siebie już po zajęciach. Wie o tym każdy dobry nauczyciel, trener czy wykładowca i dobrzy kaprale i sierżanci też na pewno to wiedzą. Z niewolnika nie ma pracownika, ale nie ma też ucznia i nie ma żołnierza, który będzie umiał odnaleźć się na współczesnym polu walki, gdzie myślenie jest w cenie a masa coraz mniej. Co w takim razie zamiast poboru, oprócz oczywiście armii zawodowej?

Sensowny i dostosowany do potrzeb system dobrowolnych szkoleń zawodowych. Prowadzonych tak atrakcyjne, ciekawie i tak cennych, że cywile zapisywaliby się w kolejce do tego, aby je odbyć. Opierałyby się one na umiejętnościach potrzebnych na polu walki ale też poza nim i tak też powinny być reklamowane. Na pewno udzielanie pierwszej pomocy, dowodzenie, kierowanie maszynami, praca w grupie czy przewodzenie ludziom mogą mieć swoją wartość także poza koszarami. Wojsko, ucząc ochotników, a nie tylko odbębniając z poborowymi, wzmacniałoby fronty cywilny i społeczeństwo swoich żywicieli.

I taką właśnie debatę na temat obronności chciałbym widzieć w Polsce, prowadzoną wokół projektu, który dałby radę obronić się też jako komercyjny, może nawet prowadzony przez komercyjne, mające umowy z wojskiem, firmy. Armia musi być dostosowana do naszych niemałych potrzeb w zakresie bezpieczeństwa i czasu, w którym się znajdujemy. Musi być obudowana innymi komponentami, bo wojsko to element społeczeństwa, a nie coś stojącego obok. Ze względu na realia nie widzę powodu, abyśmy mieli wracać do poboru, o którym coraz chętniej przypominają sobie politycy i który to ma niemałe społeczne poparcie. Pobór i oparta o niego armia to strata czasu i zasobów, taka nielubiana lekcja z nieprzykładającym się nauczycielem, który swój autorytet opiera na przymusie.

Marcin Chmielowski

*autor jest wiceprezesem Fundacji Wolności i Przedsiębiorczości

 

Poprzedni artykułKluczowe pytania w sprawie ukraińskich gości
Następny artykułPiekarze apelują do rządu