Ktoś w Unii Europejskiej chce nam zafundować komunizm bis, tyle że łaskawie tak tego nie nazywa. Cały projekt ukrywa się pod pretekstem troski o klimat. Komuniści też mieli piękne hasła na sztandarach, efekty ich działań były jednak opłakane. Teraz centralny brukselski planista ma zastąpić system oparty na wolności i przedsiębiorczości. Jakie będą tego skutki, nietrudno przewidzieć…

Słynny już pakiet „Fit for 55” wywołał lawinę komentarzy i nieskrywanych obaw. Oto wierchuszka Komisji Europejskiej zamierza jeszcze dokręcić śrubę i narzucić szybsze tempo dochodzenia do tzw. neutralności klimatycznej. Propozycje zawarte w pakiecie rozwiązań znanych pod wymienioną wyżej nazwą to m.in. rozszerzenie konieczności zakupu uprawnień do emisji CO2 na budownictwo i transport, podniesienie minimalnej stawki akcyzy na paliwo czy eliminacja do 2035 roku produkcji samochodów z napędem spalinowym. W efekcie Unia ma osiągnąć do 2030 roku redukcję CO2 o 55 proc. w porównaniu z rokiem 1990. Nie brak przerażających wyliczeń, ile to będzie kosztować zwykłych obywateli, którzy za pomysły urzędników – utopistów będą musieli zapłacić z własnej, często niezbyt zasobnej kieszeni. Nie chcę zanudzać tymi wyliczeniami, warto mieć po prostu na uwadze, że w krótkim czasie czekać nas może poważne uszczuplenie zawartości naszych portfeli.

Jest jeszcze inny wymiar tego projektu. Wdrażanie Zielonego Ładu, którego jednym z elementów jest nadmieniony pakiet, to nic innego jak powtórka z gospodarki centralnie planowanej. To potężna ingerencja w wolny rynek. Zielony Ład w istocie prowadzi do systemu, w którym kluczowe elementy gospodarki, takie jak podaż i popyt, podlegają decyzjom urzędników. Mamy także do czynienia z przykładem cen ustalanych quasi-administracyjnie, a nie poprzez mechanizm rynkowy. Zielony Ład to również pretekst do decydowania za nas, czym będziemy jeździć, co będziemy jeść i ile to będzie kosztować. Zgoda na to, aby w tak istotnych sprawach rozstrzygnięć dokonywał ktoś inny, to w praktyce zgoda na system, z którym szczęśliwe rozstaliśmy się ponad 30 lat temu. Czyżby na naszych oczach miał wrócić pod inną postacią?

Wolny rynek oparty na decyzjach podmiotów gospodarujących, czyli firm i gospodarstw domowych, był tym, co pośród innych czynników dało Europie dobrobyt. Brak mechanizmu wolnorynkowego to z kolei powód poważnych i nieprzezwyciężalnych trudności komunizmu. Nie bez powodu w jednym systemie rósł poziom życia, a w drugim dominowały nędza i frustracja. Tymczasem ktoś chce nam zafundować komunizm bis, tyle że łaskawie tak tego nie nazywa. Cały projekt ukrywa się pod pretekstem troski o klimat. Komuniści też mieli piękne hasła na sztandarach, efekty ich działań były jednak opłakane. Centralny brukselski planista ma zatem zastąpić system oparty na wolności i przedsiębiorczości w imię celu, którego realizacja i tak nic nie da. Wielcy światowi emitenci dwutlenku węgla mają bowiem za nic utopijne plany spisane w kolejnych unijnych dokumentach. Chińczycy na potęgę inwestują w moce węglowe, tak więc w ujęciu globalnym do żadnej redukcji najpewniej nie dojdzie. Cały wysiłek, jak to w komunizmie, pójdzie na marne.

Nie chodzi przy tym o to, aby negować troskę o środowisko. Chodzi o to, aby miała ona sens i nie prowadziła do ekonomicznej ruiny bez żadnych rezultatów. Unia powinna przemyśleć swoje cele klimatyczne, tak aby nie snuć naiwnych wizji ocalenia świata. Nie ocali go tego typu działaniami, zaszkodzi tylko obywatelom państw członkowskich. Tam gdzie ideolodzy i utopiści zaczynają realizować swoje zamierzenia, prędzej czy później musi pojawić się bieda.