Fot. Pixabay

Rząd przyjął 28 kwietnia br. Krajowy Program Reform. Dotyczy on nie tylko podatków, ale tam, gdzie mowa o publicznych daninach, wiele zmian miałoby zacząć obowiązywać już od 1 stycznia 2021 r. Rząd miałby zająć się nimi już w II i III kwartale (i tak to jest zakładane), a Sejm uchwalić w drugiej połowie roku.

Jedna z najistotniejszych zmian polegałaby na wprowadzeniu nowej formy opodatkowania mikro i małych przedsiębiorstw, które rozliczają się według CIT (nie PIT). Idea – na wzór tzw. estońskiego CIT – polega na tym, że dochód nie jest opodatkowany tak długo, jak długo jest zatrzymany w firmie. Dopóki więc przedsiębiorca reinwestowałby zyski, dopóty nie płaciłby podatku. Fiskus pobrałby daninę dopiero w momencie wypłaty dywidendy. Dzięki temu mikro i małe firmy nie musiałyby kredytować się na zewnątrz albo pozyskiwałyby zewnętrzne finansowanie w mniejszym zakresie.

O potrzebie wprowadzenia tego rozwiązania piszemy na łamach fpg24.pl i Forum Polskiej Gospodarki od kilku miesięcy:

"Warto jednak rozważyć wprowadzenie rozwiązań, które sprawdzają się w innych krajach i przynoszą tam pozytywne efekty. Jak chociażby w Estonii, która nie bez przyczyny nazywana jest „bałtyckim tygrysem”. Twórcy tamtejszego systemu podatkowego zdecydowanie wyszli naprzeciw oczekiwaniom swoich przedsiębiorców. W Estonii moment powstania opodatkowania dochodów osób prawnych powstaje dopiero z momentem faktycznej dystrybucji tego zysku w postaci dywidendy! To oznacza de facto efektywną stawkę 0% podatku CIT do momentu wypłacenia wygenerowanego dochodu przez spółkę. Konsekwentnie, pomnażając środki poprzez ciągłe reinwestycje, bogaci się dzięki temu i przedsiębiorca, i budżet państwa. Wysokość dochodu, który podlega opodatkowaniu w Estonii, ustalana jest na zasadzie kasowej. Co ważne, Estonia rozwiązała też odwieczny problem podwójnego opodatkowania spółek będących podatnikami – dywidenda wypłacana wspólnikowi nie podlega opodatkowaniu podatkiem PIT, gdyż wcześniej została opodatkowana podatkiem CIT. Podstawowa stawka podatku VAT w Estonii to 18%, a obniżona 5% (m.in. książki, niektóre leki, sprzęt medyczny czy energia cieplna dla osób fizycznych do użytku osobistego) i 0% (m.in. eksport towarów i usług, wewnątrzwspólnotowy obrót towarami i usługami, statki międzynarodowej żeglugi morskiej, środki transportu powietrznego na liniach międzynarodowych, czy międzynarodowe ekspresowe usługi pocztowe). Od kilku lat we wszystkich rankingach konkurencyjności systemów podatkowych ten nieduży nadbałtycki kraj zajmuje miejsce albo na samym szczycie zestawienia, albo w pierwszej trójce. Naprawdę warto przyjrzeć się tamtejszym rozwiązaniom i poważnie rozważyć kwestię zaszczepienia ich na polski grunt" – pisaliśmy tuż po jesiennych wyborach parlamentarnych.

Premier Mateusz Morawiecki obiecał wprowadzenie estońskiego CIT w swoim expose, dwa miesiące później tę deklarację podtrzymał w rozmowie z nami Bartłomiej Wróblewski, poseł PiS, członek Parlamentarnego Zespołu na rzecz Wspierania Przedsiębiorczości i Patriotyzmu Ekonomicznego, mówiąc: "Najpóźniej w 2021 roku chcemy wprowadzić estoński CIT".

Wielu przedsiebiorców i ekspertów popiera to rozwiązanie, wskazując, że jest ono bardzo potrzebne szczególnie teraz, by na czas pandemii i wywołanego nią kryzysu zwolnić firmy z podatku dochodowego lub przynajmniej odroczyć płatność zaliczek na ten podatek, jednocześnie zachęcając je do inwestowania. Najlepiej oczywiście w Polsce.

Oczywiście trzeba przy okazji zdawać sobie sprawę, że – jak zawsze – diabeł tkwi w szczegółach. Tak więc zanim zaczniemy na dobre recenzować wprowadzenie CIT w Polsce na wzór estoński i "chwalić dzień przed zachodem słońca", poczekajmy na szczegółowe rozwiązania, jakie zaproponuje rząd. Kierunek jest bardzo dobry, teraz czas na tak samo dobre szczegóły tego rozwiązania.