Wojna na Ukrainie i pandemia koronawirusa zatrzęsły rynkami rolnymi. To fakt, nie opinia. W tym kontekście na znaczeniu zyskał jeden z kluczowych elementów bezpieczeństwa państwa, czyli bezpieczeństwo żywnościowe. Dziś Polska radzi sobie na tym polu rewelacyjnie, z roku na rok poprawiając zarówno wskaźniki produkcyjne, jak i eksportowe. Ale czy ta tendencja utrzyma się także w najbliższych latach? Biorąc pod uwagę plany unijnych komisarzy wcale nie można być tego pewnym.

JohannesStrötker/Pexels

Trudno zaprzeczyć, że dla wielu regionów świata Ukraina jest kluczowym dostawcą artykułów rolno-spożywczych. Za przykład niech posłużą nam kraje północnej Afryki, które w zasadzie uzależnione są od eksportu ukraińskiego zboża. Także do Unii Europejskiej wciąż napływa wiele żywności zza naszej wschodniej granicy. Luki w ukraińskim eksporcie będzie trzeba załatać, co może skutkować zwiększeniem eksportu z krajów Unii Europejskiej, a co za tym idzie, uszczupleniem zasobów na kontynencie. Straty na Ukrainie mogą być ogromne. Szacunki mówią, że przez rosyjską agresję zbiory pszenicy uszczuplone zostaną (w porównaniu z ubiegłym sezonem) o 54 proc., jęczmienia o 51 proc., kukurydzy o 56 proc., owsa o 46 proc., prosa o 61 proc., grochu o 64 proc., słonecznika o 45 proc., soi o 23 proc, a rzepaku o 19 proc. To – biorąc pod uwagę wyniki europejskiego rolnictwa – gigantyczne straty. Gigantyczne. W tym kontekście szczególnego znaczenia nabiera właśnie bezpieczeństwo żywnościowe.

Gospodarczy sabotaż

Sytuacja za naszą wschodnią granicą nie napawa optymizmem, zarówno gdy pod uwagę weźmiemy trudną sytuację ukraińskiej ludności czy napływ uchodźców do Polski, jak i potencjalne zagrożenie wynikające z faktu, że nasz kraj stanowi wschodnią flankę NATO. Wszystko to rodzi poważne konsekwencje, którym sprostać powinni i które przewidzieć powinni politycy – tak na niwie krajowej, jak i międzynarodowej.

Tu dochodzimy do sedna. W czasie gdy po pandemii koronawirusa gospodarki krajów świata dążyć muszą do – najpierw – ustabilizowania trudnej sytuacji, a później do rozwoju i przynajmniej powrotu do przedpandemicznych wskaźników, krajom Unii Europejskiej ma się taką szansę odebrać.

Janusz Wojciechowski – unijny komisarz do spraw rolnictwa – ramię w ramię choćby z Fransem Timmermansem fundują właśnie Europejczykom Zielony Ład. Brzmi pięknie, ale nie bez powodu Komisja Europejska zwleka z zaprezentowaniem twardych wyliczeń kosztów wprowadzenia nowych strategii, które mają uratować klimat i – co do tego zgodne jest środowisko rolne – zrujnować europejskich gospodarzy. Forsowanie rozwiązań takich jak Europejski Zielony Ład – w czasie pandemii i konfliktu zbrojnego na Ukrainie, w czasie obowiązywania rekordowych cen gazu i energii, w niestabilnej (pod względem dostępności i cen) sytuacji na rynku nawozów – nazwać należy wprost gospodarczym sabotażem.

Nie mówimy tu o wydumanym zagrożeniu, które rolników (i nie tylko rolników) dotknie lub nie, ale o realnej groźbie zwijania potężnej gałęzi wspólnotowej gospodarki. Same tylko strategie Od Pola do Stołu i Strategia na Rzecz Bioróżnorodności oznaczać będą dla rolników konieczność pozostawienia odłogiem części użytkowanego areału, obligatoryjne przeznaczenie 25 proc. areału na niskotowarową produkcję ekologiczną oraz drastyczne i szalenie niesprawiedliwe ograniczenie możliwości stosowania środków ochrony roślin i nawozów. Komisja Europejska mówi, że to poprawi sytuację rolników, ale co bardziej dociekliwy odbiorca podobnego komunikatu zada sobie jedno absolutnie fundamentalne pytanie: JAK?

Nijak, proszę Państwa. Nie da się tej tezy obronić, bo rolnicy z Europy stracą miliardy euro, co przełoży się na potężne spadki produkcji. Mówiąc wprost – przestaniemy być samowystarczalni w kwestii produkcji żywności i zostaniemy skazani na łaskę eksporterów z USA, Chin, Brazylii i innych gigantów. Co się może wydarzyć, pokazuje obecna sytuacja na uzależnionym od tego, którą nogą wstanie Władimir Putin, rynku gazu.

Koszt Zielonego Ładu

Wstępne szacunki ekspertów mówiły, że wprowadzenie Zielonego Ładu będzie skutkować spadkiem produkcji rolnej aż o 16 proc. w Polsce i od 7 do 12 proc. w UE. Przestaniemy być konkurencyjni. Ceny żywności drastycznie wzrosną, a eksport produktów rolno-spożywczych poza UE spadnie aż o 20 proc.

Dziś analitycy idą jednak jeszcze dalej. USDA, HFFA Research, unijne Wspólne Centrum Badawcze (JRC), Uniwersytet Kiloński, Uniwersytet i Ośrodek Badawczy Wageningen są zgodne, że spadki produkcji – a co za tym idzie, możliwość gromadzenia zapasów żywności – mogą wynieść nawet 30 proc. w odniesieniu do konkretnych upraw. Niemal 20-proc. spadki dotknąć mają kluczowych rynków wieprzowiny i wołowiny, ponieważ przez ograniczenie produkcji roślin znacznie uszczupli się dostępność pasz, a ich ceny wzrosną. Nie ma szans, aby rolnicy to wytrzymali.

Dlatego sami gospodarze dosłownie błagają unijnych komisarzy, a konkretnie Janusza Wojciechowskiego, żeby odrzucili szalony i utopijny pomysł i w myśl realizacji zielonych idei nie skazywali milionów ludzi na bankructwa, a Europejczyków na głód lub konieczność płacenia krocie za importowane towary. Porzucenie pomysłu lub przynajmniej odsunięcie go w czasie jest niezbędne w obecnej sytuacji. Jeśli ktoś nie potrafi dostrzec konsekwencji planowanych zmian, nie powinien piastować funkcji, od których tak wiele zależy.

 

Poprzedni artykułOnline ze skarbówką
Następny artykułIlu Ukraińców już jest w Polsce? A ilu zostanie na dłużej?