Znana stand-uperka Olka Szczęśniak ma swój program pt. „Wszyscy jesteśmy hipokrytami”. Coś jest w tym haśle. Hipokrytami są nie tylko zwykli ludzie, ale zjawisko hipokryzji jest szczególnie mocno widoczne wśród politycznych elit, których opinia zmienia się w zależności od bieżącej sytuacji.

Tomasz Cukiernik

Jeden z internautów zarzucił mi, że ciągle krytykuję Unię Europejską, bo jej nienawidzę. To nie jest prawda. Ja nienawidzę socjalizmu, a Unii Europejskiej nie lubię nie dla samej jej istoty i koncepcji, ale dlatego, że jej lewicowe i lewackie elity wdrażają socjalizm, lewicowy tok myślenia i lewacki sposób rozumowania. Unijne regulacje i fundusze europejskie to jeden wielki interwencjonizm państwowy. Nie na tym polega wolny rynek, a lekceważenie jego mechanizmów zawsze ma fatalne konsekwencje. Socjalizmu nienawidzę, bo jest to ustrój całkowicie niewydolny, niewydajny ekonomicznie i szkodliwy ze społecznego punktu widzenia. Prowadzi nie do dobrobytu, ale do uzależnienia ludzi od polityków i do ubóstwa.

Forum Obywatelskiego Rozwoju, czyli fundacja założona przez prof. Leszka Balcerowicza, to bardzo osobliwa organizacja. Z jednej strony jej aktywiści z oburzeniem krytykują dotowanie górnictwa w Polsce, twierdząc, że dotacje są złe. To bardzo wolnorynkowy punkt widzenia, a FOR uważa się za organizację, której celem jest aktywne szerzenie zwłaszcza wolności gospodarczej. Z drugiej strony eksperci pochwalają… unijne dotacje. To typowo interwencjonistyczny pogląd, niemający nic wspólnego z wolnym rynkiem, a raczej z głębokim interwencjonizmem państwowym, który stosuje Unia Europejska, próbując w ten sposób na swoją modłę układać nam życie wbrew naszym potrzebom i zapatrywaniom. W tej sytuacji nie wiadomo, czy eksperci FOR uważają dotacje za coś dobrego i tak bardzo nienawidzą PiS-u, że wbrew sobie i swoim poglądom kłamali, że dopłaty do górnictwa są złe wyłącznie po to, by dowalić PiS-owi, czy też rzeczywiście – zgodnie z wolnorynkowym punktem widzenia – uważają, że dotacje są złe, ale tak bardzo kochają Unię Europejską, iż nie są w stanie przyznać, że unijne fundusze to coś złego. Oto jest zagwozdka.

Zresztą sam prof. Balcerowicz też co innego mówił, a co innego robił. Kiedy nie był u władzy, ostro krytykował podwyżki podatków, a kiedy rządził – takie podwyżki bez skrępowania wprowadzał w życie. To typowe dla polityków wszelkiej maści. Ci z PiS-u wyśmiewali Donalda Tuska, że stawia fotoradary, a kiedy sami doszli do władzy, postawili ich jeszcze więcej (w tym również za unijne dotacje). Obiecywali też, że zerwą ze szkodliwą dla Polski unijną polityką energetyczno-klimatyczną (w tym będą ratować polskie górnictwo), ale nic takiego się nie stało. Co więcej, zaakceptowali coraz ostrzejsze regulacje polityki klimatycznej UE i zdecydowali o zamknięciu 14 kopalni.

Zresztą nie tylko FOR, uważające się za organizację wolnorynkową, z jednej strony krytykuje dopłaty do górnictwa, a z drugiej – popiera branie unijnych srebrników. Za rządów PO też dopłacano do górnictwa, a teraz partia ta krytykuje te dopłaty nie dlatego, że jest wolnorynkowa, tylko dlatego, żeby dowalić PiS-owi. Cokolwiek by rząd PiS nie zrobił, zawsze będzie krytykowany przez totalną opozycję nie dlatego, że to jest złe, tylko dlatego, żeby krytykować, myśląc już pod kątem przyszłych wyborów. I znajdą sto argumentów na krytykę, nawet jeśli będą one całkowicie nielogiczne. Inną taktykę obrała Konfederacja, której politycy przynamniej starają się krytykować rząd z merytorycznego punktu widzenia, a popierać go w nielicznych sensowych inicjatywach, jak np. niezgoda na zamknięcie kopalni Turów, czego zażądał Trybunał Sprawiedliwości UE, a co spowodowałoby katastrofę gospodarczą w Polsce.

Polska klasa rządząca tak kocha Unię Europejską, że dla PO, PiS czy Lewicy członkostwo Polski w UE, wdrażanie szkodliwych euroregulacji, branie eurodotacji i eurokredytów jest ważniejsze niż suwerenność i dobro narodu polskiego. W szczególności widać to teraz w polityce PiS-u, z której ewidentnie wynika, że ważniejsze dla partii rządzącej jest realizacja absurdalnej unijnej polityki energetyczno-klimatycznej niż bezpieczeństwo energetyczne Polski, że ważniejsze jest uzyskanie srebrników na KPO niż pozostawienie Polakom wolności wyboru, jakim będą jeździć samochodem i w jakim piecu palić. Równocześnie politycy PiS bezczelnie kłamią, że jest dokładnie odwrotnie, że najważniejsza jest niezależność i suwerenność, która przecież już dawno przez kolejne rządy została oddana na rzecz Brukseli. Mamy pozbyć się węgla, by zamiast mieć z tego surowca energię elektryczną i ciepło, przejść na blackouty, czyli ciągłe braki energii.

Ciekawe jest to, że Unia Europejska też oficjalnie uważa się za organizację promującą wolny rynek. Jest dokładnie odwrotnie. Niestety, kolejne unijne polityki i regulacje powodują, że blok cały czas odchodzi od wolności gospodarczych, które ustanowiono przy powoływaniu Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej. To nie tylko efekt lobbingu różnych grup, na które eurokraci są bardzo podatni. Dla lewicowych euroelit ważniejsze od wolnego rynku jest realizacja lewackiej agendy. Promocja fałszywego równouprawnienia kobiet, równości ras czy przywilejów dla dewiantów seksualnych i zboczeńców w życiu publicznym. Eurokraci są znani z bezczelnej hipokryzji. Ostatnio dwa przykłady na nią przedstawił na forum europarlamentu europoseł prof. Zdzisław Krasnodębski. Omówił unijne sprawozdanie na temat słabości Serbii z punktu widzenia Unii i procesu integracji. Zauważył, że ingerencja w sprawy wewnętrzne Serbii idzie za daleko, a uwagi przeradzają się w – jak to określił – „moralistyczny interwencjonizm” czy nawet „moralistyczny imperializm”. Zwrócił uwagę, że wiele z tych moralistycznych wymogów nie jest spełnianych w samej Unii. W rezolucji można przeczytać, że prace serbskiego Zgromadzenia Narodowego utrudnia brak prawdziwej debaty politycznej między większością a partiami opozycyjnymi. Czyli jest dokładnie tak samo jak w Parlamencie Europejskim, gdzie nie ma debaty pomiędzy poszczególnymi frakcjami! W rezolucji wytyka się także powiązania Serbii z Rosją, podczas gdy sama Bruksela była mniej zasadnicza wobec krajów członkowskich (chodzi m.in. o Francję, Niemcy i Włochy), które po 2014 r. omijały unijne embargo i mimo sankcji sprzedawały Rosji sprzęt wojskowy.

Eurokraci oskarżają Polskę o brak praworządności w sytuacji, gdy w Unii Europejskiej korupcja i nepotyzm kwitnie na niebywałą skalę. Warto przypomnieć wyrok Trybunału Sprawiedliwości UE z 2006 r., zgodnie z którym socjalistka Édith Cresson, unijna komisarz ds. nauki, badań naukowych, zarządzania zasobami ludzkimi, edukacji i szkoleń zawodowych, naruszyła ciążące na niej obowiązki komisarza przy zatrudnieniu doradcy. O korupcję oskarżany był przewodniczący Komisji Europejskiej Jose Manuel Barroso. Z kolei w 2021 r. wybuchła afera opisana przez francuski dziennik „Liberation”. Członkowie Komisji Europejskiej, politycy Europejskiej Partii Ludowej oraz sędziowie Trybunału Sprawiedliwości UE mieli wielokrotnie nadużywać swoich stanowisk, odnosząc przy tym korzyści materialne. Ostatnio natomiast ujawniono aferę nazywaną „Aktami Ubera”. Neelie Kroes, wiceprzewodnicząca Komisji Europejskiej odpowiedzialna za agendę cyfrową, przeszła od bycia wewnętrznym pośrednikiem w kontaktach z twórcami aplikacji do roli zewnętrznego lobbysty Ubera. Eurokratka osobiście oferowała umówienie spotkań holenderskich władz z unijnymi komisarzami na długo przed upływem obowiązującego ją 18-miesięcznego okresu wypowiedzenia. Jednym słowem: Olka Szczęśniak ma rację.

Tomasz Cukiernik

Poprzedni artykułPolecenie premiera Morawieckiego jest absolutnie niewykonalne
Następny artykułBank Światowy mówi, co może pomóc w rozwoju Polski