Angielscy lekarze mają wystawiać recepty na refundowaną energię elektryczną. To najgłupszy pomysł rzucony w przestrzeń publiczną, jaki usłyszałem od czasu zamknięcia lasów i propozycji podwójnego maskowania twarzy w celu zwalczania wirusów – pisze w najnowszym felietonie Michał Góra.

Wiele osób twierdzi, że za sukcesem wyborczym obecnie rządzącej w Polsce koalicji stoi populizm. Podobnie mówiono zresztą o rządach Donalda Trumpa czy Borisa Johsona. Co prawda, populizmu – zresztą tak samo jak nauki, prawa czy prawdy – nikt nie potrafi albo jednoznacznie zdefiniować, albo chociaż zadecydować, czy określone zdarzenia i zachowania już pod niego podpadają, czy jeszcze nie. Mimo wszystko internetowy Słownik języka polskiego PWN podaje podstawową definicję, zgodnie z którą „populizm to popieranie lub lansowanie idei, zamierzeń, głównie politycznych i ekonomicznych, zgodnych z oczekiwaniami większości społeczeństwa w celu uzyskania jego poparcia i zdobycia wpływów lub władzy”.

Mamy zdaje się świadomość, że nie ma współcześnie takiej partii politycznej, która nie kierowałaby się sondażami i spodziewanym poparciem określonego kręgu wyborców. Przykładowo, przypomnieć możemy ostatnią propozycję lidera opozycji – Donalda Tuska – aby wprowadzony został czterodniowy tydzień pracy. Trudno nie odnieść wrażenia, że była to zagrywka „pod publiczkę”. Zresztą co w tym złego, skoro zupełnie świadomie żyjemy w realiach ustrojowych, jakie moglibyśmy nazwać demokracją plebiscytarną? Podobnie więc, jak w znanym dowcipie z okresu peerelu, w którym „wróbelek różni się tym, że ma jedną nóżkę bardziej”, populiści różnią się najwyraźniej od nie-populistów tym, że są „bardziej” populistyczni niż ich konkurenci.

Pomimo napotkanych problemów definicyjnych możemy chyba stwierdzić, że – po pierwsze – krytykom władzy chodzi o zarzut ludycznego wręcz odwoływania się do tradycyjnych wartości i poparcia Kościoła, ale także do historii interpretowanej w specyficznie prawicowy sposób. To zresztą ciekawe, że powoływanie się na konserwatywne i religijne wartości oraz poparcie tak myślących wyborców jest „populizmem”, ale na symbolikę i zwolenników na przykład ruchu LGBT czy feminizmu – już zdecydowanie nie. Jaka transcendentna racja za tym przemawia? Dlaczego niby ostentacyjne chodzenie na procesje w okresie przedwyborczym i obiecywanie zaostrzenia kar za obrazę uczuć religijnych miałoby być przejawem populizmu, ale uczęszczanie na parady równości i wałkowanie tematu związków partnerskich już nie? Rzeczywiście, swego rodzaju miałkość z tych postaw i interpretacji kościelno-prawicowych przebija, nikt nie chce temu wcale przeczyć. Prawdę mimo wszystko powiedziawszy, niekoniecznie większa niż z radykalnego i „razemowskiego” socjalizmu, nudnawego i centrystycznego socjalliberalizmu, czy nawet konfederackiego alt-prawicowego buntu. W tym ostatnim przypadku zresztą ciekawe jest to, że „populistyczną” nazywana jest taka partia, która jakby programowo nie chce wcale dojść do rzeczywistej władzy, a tylko balansuje na granicy progu wyborczego. W świetle podanej na wstępie definicji, nie jest to więc partia populistyczna.

Wracając do zasadniczego wątku należy jeszcze wspomnieć, że – po drugie – w nazywaniu rządzących populistami rzecz się rozchodzi również o obietnicę licznych transferów socjalnych, w tym przypadku najczęściej z budżetu państwa na rzecz gorzej sytuowanych mieszkańców Polski. O ile to pierwsze zjawisko środowiska lokujące się w centrum i na lewo zawsze wytykały Zjednoczonej Prawicy jako wstecznictwo i ciemnotę, to ten drugi problem jest bardziej złożony. Zarówno bowiem zachodnia lewica, jak i progresywiści – których nasze lokalne środowiska demokratyczno-postępowe z konieczności muszą naśladować – są przecież zwolennikami interwencjonizmu, nierzadko radykalnego. Prawa wolnego rynku, odpowiedzialność i wolność osobistą jednostki w sferze gospodarczej traktują coraz częściej jako anachronizm albo prawicową teorię spiskową. W przypadku zatem kulturowej podbudowy (populizmu kościelno-historycystycznego) spór ma charakter jakościowy i ideologiczny. W drugim jednak wypadku (populizmu socjalnego) jest to już spór tylko praktyczny i ilościowy. Najwyraźniej problemem nie jest bowiem sam fakt rozdawnictwa, ale kwestia tego, kto ma decydować o tym: co, komu i kiedy zabrać albo dać.

Załóżmy, że w Polsce rządziłaby w ostatnim czasie opozycja. Czy ktoś wyobraża sobie, aby na problem epidemii i lockdownu odpowiedziała wyborcom „radźcie sobie sami” i nie rozdawała tych wszystkich inflacjogennych dopłat lub dotacji na utrzymanie przedsiębiorstw i miejsc pracy? Ktokolwiek wierzy, że na zagadnienie wzrastających rat odpowiedziałaby „niech to rozwiążą mechanizmy rynkowe”, nie zaś wakacje kredytowe? Może ktoś jest na tyle naiwny i sądzi, że kwestię zawirowań na rynku paliw i energii rozwiązano by pouczeniem obywateli, że „to przecież rynek ustalił ceny” i dodatków węglowych nie będzie? Jest to oczywiście fikcja, bo rząd opozycyjny reagowałby na wszystkie wspomniane zjawiska najpewniej bardzo podobnie jak obecny. Być może w miejsce organizacji kościelnych i małych miasteczek część środków wytransferowano by do „elitarnych” organizacji i większych miast, ale przypuszczać należy, że mechanizm działania byłby niemal identyczny.

Kto nie wierzy, niech spojrzy, co się teraz dzieje na zachodzie. W Wielkiej Brytanii co rusz pojawiają się głosy, do czego by tutaj dopłacić obywatelom ze względu na cost of living crisis. Angielscy lekarze mają ostatecznie wystawiać recepty na refundowaną energię elektryczną. To ostatnie jest zresztą najgłupszym pomysłem rzuconym w przestrzeń publiczną, jaki usłyszałem od czasu zamknięcia lasów i propozycji podwójnego maskowania twarzy w celu zwalczania wirusów. W USA progresywistyczny prezydent umorzył natomiast studentom wcześniej zaciągnięte pożyczki, za co przecież ktoś będzie musiał zapłacić. W tym przypadku jest to najwyraźniej transfer środków „od biednych i starych do bogatych i młodych”. Z kolei cały lockdown, zamknięcie szkół i tak dalej to było nic innego, jak tylko wytransferowanie środków z kieszeni młodych i przyszłych pokoleń, aby ratować tu i teraz pokolenia starsze. Ogłoszono to w pośpiechu wielką i niekwestionowaną sprawiedliwością, ale nikt się chyba głębiej nie zastanowił, czy naprawdę tak jest. Dochodzące chociażby ze Zjednoczonego Królestwa oficjalne i wewnętrzne – choć spóźnione – głosy polityków krytykujących ostry lockdown, pozwalają zaryzykować tezę, że było to mimo wszystko w pewnym stopniu nieprzemyślane, niesprawiedliwe i niehumanitarne, a skoro robione pod przykrywką nadętego moralizmu, to gdy mleko się już rozlało – denerwujące podwójnie.

Zarzucanie więc PiSowi populizmu i rozdawnictwa jest być może słuszne, ale zazwyczaj hipokrytyczne. Swego czasu Sir William Harcourt powiedział, że „Wszyscy jesteśmy teraz socjalistami”. Najwyraźniej miał rację, co można sparafrazować również w ten sposób, że teraz to już wszyscy jesteśmy populistami.

Michał Góra

Poprzedni artykułNa Śląsku są pieniądze na doszkalanie pracowników z Ukrainy
Następny artykułMiesięcznik FPG – #7-8/2022