Taki kardiolog czy pediatra – którzy wcześniej uznawali się za znawców chorób zakaźnych człowieka i wakcynologii – mogą już ponownie brylować w mediach, gdy trzeba walić w rząd, bo ryby zdechły w rzece. Czy naprawdę ci ludzie muszą wyskakiwać z ekranu za każdym razem, gdy wydarzy się coś nośnego medialnie? – pisze w najnowszym felietonie Michał Góra.

Chciałem zaledwie dać znać Czytelnikom – bo wszyscy o tym piszą – że nie mam nic mądrego do powiedzenia na temat zatrucia Odry.

To znaczy, jest mi oczywiście przykro, że coś ewidentnie poszło nie tak, a środowisko niepotrzebnie uległo degradacji. Sprawnie funkcjonującemu państwu powinno zależeć na znalezieniu winnych – zarówno w sensie indywidualnym, jak i być może systemowym – oraz na usprawnieniu procedur na przyszłość. I tyle można by na ten temat prawdopodobnie napisać w felietonie.

Wśród tzw. ekspertów, którzy jednocześnie nie są konkretnie specjalistami od skażeń zbiorników wodnych, lecz reprezentują po prostu pewną klasę społeczną o takiej nazwie, odnotowałem mimo wszystko dwie postawy.

Jedna, reprezentowana najwyraźniej przez autora bloga „Dogmaty Karnisty” (dr. hab. Mikołaja Małeckiego), polega na robieniu z tego nieszczęśliwego i jednostkowego zdarzenia sprawy wręcz metafizycznej. Mówi się o „ekobójstwie”, „zabójstwie Odry” czy następczym umożliwieniu rzece, aby mogła „odrodzić się do życia”. Niby to niewinne i tylko symboliczne, ale prawnicy powinni wyrażać się ściśle. Kiedy się emocjonują i rozideologizują, jest to od razu „podskórnie” widoczne i ma pewne konsekwencje praktyczne. Jeśli Freud nie był jednak skończonym pseudonaukowcem, jak chcą tego niektórzy, i miał chociaż trochę racji, w grę wchodzi tutaj być może wpływ tego, co „nieświadome”. W tym przypadku katastrofę ekologiczną zrównano poniekąd aksjologicznie z zabójstwem człowieka i ludobójstwem.

W bardzo luźnym związku z tym, co zauważono powyżej, warto może wspomnieć, że środowiska progresywne są o tyle zabawne, że naukowe, racjonalne i zupełnie zrozumiałe przekonania proekologiczne mieszają niekiedy z retoryką niemal animistyczną (albo apokaliptyczną, ale o tym nie dziś). Niby są logiczni i empiryczni, ale wydają się równie bliscy ględzenia czegoś o życiu w harmonii z naturą, w stylu uczestników Zlotu Wolnych Ludzi Harmonia Kosmosu 2022 w Torzymiu.

Jest to o tyle ciekawe, że wspieranie nauki przez ostatnie dwieście lat oznaczało raczej wiarę w gwałtowny postęp technologiczny, w tym przemysłowy. Wyśmiewano jako ciemniaków tych, którzy bali się elektryfikacji lub nowych linii kolei żelaznej. Za innowatora uznawano np. Henrego Forda, który wprowadził automobile pod strzechy.

Dzisiaj jest odwrotnie. Progresywiści i lewica niekiedy posługują się quasi-religijną wręcz retoryką, podobną do kultu Matki Ziemi. Niczym kontrowersyjny Paprodziad, były członek zespołu „Łąki Łan” – który zresztą jedną ze swoich piosenek poświęcił niedawno zmarłemu Jamesowi Lovelockowi, twórcy tzw. Hipotezy Gai (w mojej prywatnej ocenie, niesprawdzalnej naukowo) – ustawieni w pozycji psa z głową w dół, chcą więc powrócić do stanu symbiozy z naturą. Oczywiście nie na tyle, aby zrezygnować z uwiecznienia tego całego popisu za pomocą smartfona.

Modny jest też postulat „degrowth” (co w wolnym tłumaczeniu oznacza „samozabiedzenie”), uznawanie posiadania prywatnego pojazdu za przejaw egocentryzmu lub traktowanie człowieka oraz jego potomstwa jak najgorsze paskudztwo na Ziemi. To ostatnie najwyraźniej po to, aby nawet ryzykując śmieszność, na siłę stać się hegeliańską wręcz antytezą Księgi Rodzaju i tomizmu.

Druga postawa odznacza się nie tyle opisaną powyżej pseudonaukową egzaltacją, co po prostu hipokryzją. Pamiętacie bowiem Państwo być może to, jak specjaliści covidowi pokrzykiwali na nas, że nie wolno wychodzić poza swoją wąską specjalizację i zabierać głosu w ważnych sprawach, kiedy się na nich ściśle nie znamy. Okazuje się, że taki na przykład kardiolog czy pediatra – którzy wcześniej uznawali się za znawców chorób zakaźnych człowieka i wakcynologii – mogą już ponownie brylować, gdy trzeba walić w rząd, bo ryby zdechły w rzece. Wiem, brzmi to wszystko skrajnie cynicznie, ale skoro ci ludzie naprawdę wierzą w to, co mówią (że każdy ma wąską specjalizację i tylko w jej granicach ma sens, aby się wypowiadał), to czy muszą mi wyskakiwać z ekranu za każdym razem, gdy wydarzy się coś nośnego medialnie? Czy nie powinni w tym czasie leczyć ludzkich serc lub dzieci? Czas chyba zrozumieć, że „ekspert” to tylko taka łatka przypinana komuś o odpowiednich poglądach, kogo się zaprasza do właściwych mediów. Wiele więcej już to określenie prawdopodobnie nie znaczy. A szkoda, bo mamy też prawdziwych ekspertów (ja, pisząc felietony o nieco ponowoczesnej formie, nie próbuję przecież takiego udawać), których reputacja dostaje w ten sposób rykoszetem.

Innym przykładem hipokryzji była wypowiedź Leszka Millera, cytowana przez „Rzeczpospolitą”: Prawo i Sprawiedliwość najpierw zatruło polskie społeczeństwo, a teraz zaczyna truć rzeki i to jeszcze w taki sposób, żeby zwalić winę na wszystkich, także i na opozycję.

Niezwykły tupet musi mieć facet, który mówi coś takiego, a sam był częścią reżimu zatruwającego przez dziesięciolecia umysły Polaków w sposób systemowy propagandą i ideałami „realnego socjalizmu”, czy innymi pseudonaukowymi bzdurami. Na dodatek mówimy tu o ustroju zafiksowanym wręcz na rozwoju przemysłu ciężkiego i nie liczącym się za bardzo przy tym ze stanem środowiska. Na marginesie, dlaczego żyjące pośród nas „płatki śniegu” z niebieskimi włosami i kolczykami w nosie próbują cancelować poczciwą J.K. Rowling czy legendarny zespół Metallica, ale już nie postkomunistycznych aparatczyków? Bardzo to ciekawe, naprawdę. Może jakiś socjolog to zbada empirycznie?

Podsumowując, gdybym tak jak na przykład Kabaret Neo-Nówka chciał niskim kosztem zostać ulubieńcem liberalnych elit, mógłbym po prostu napisać, że PiSowcy zatruli Odrę odpadami po produkcji wody święconej, a wszystko to ukryli przed opinią publiczną w zmowie z Episkopatem. Myślę, że niektórzy by to łyknęli, jak pelikan sandacza z Odry, bo wielu rzekomo poważnych ludzi lawiruje w tej sprawie na granicy szerzenia teorii spiskowych (zwanych dla niepoznaki „newsami z niemieckiej prasy”). Nie chcę zarazem stwarzać wrażenia, że to, co się wydarzyło na Odrze, jest nieistotne lub że rząd nie ponosi odpowiedzialności za stan środowiska w Polsce. Do pełni uczucia deja vu brakuje mi mimo wszystko: nowych standardów społecznościowych, które będą zabraniały porównywania skali katastrofy na Odrze do innych podobnych wydarzeń z przeszłości, zaprzeczania skuteczności naukowych metod oczyszczania zbiorników wodnych, publikowania treści niezgodnych z oficjalnymi komunikatami Polsko-Niemieckiej Komisji ds. Wód Granicznych, a na koniec oczekiwałbym zjawiska masowego ustanawiania w social mediach ikonek ze śniętą rybą.

Michał Góra

Poprzedni artykułNiemcom nie podoba się polska inwestycja
Następny artykułMcDonald’s wraca na Ukrainę