W post-trumpowskiej, pandemicznej dobie różnych wojenek kulturowych, które szybko eksportowane są z Ameryki Północnej do Europy, dużo uwagi poświęca się kwestii wolności słowa. Dla niektórych, jak wyżej podpisanego, wolność słowa jest świętą zasadą liberalnej demokracji, która właściwie nie powinna znać żadnych granic, przynajmniej wyznaczanych przez prawo karne. Jeśli ktoś czuje się urażony, to niech pozwie naruszyciela przed sąd cywilny o zadośćuczynienie. Jak się czuje okłamany, to niech dalej nie zagląda do periodyku, który go oszukał.

Fot. PAP/PA

Wydaje się to proste, ale tak nie jest. W dobie „Big Government”, „Big Pharma”, „Big Tech” i w ogóle otaczającej nas technokratycznej megalomanii, zapędy cenzorskie i tendencja do myślenia grupowego są prawdopodobnie silniejsze niż w Polsce lat 1944–1989. Co więcej, w tamtym czasie głoszenie rzeczy niepoprawnych politycznie uchodziło za cnotę. Obecnie na ludzi, którzy nie mieszczą się w azymucie dominującej narracji politycznej, patrzy się jak na niebezpiecznych wariatów. Co więcej, azymut ten jest coraz węższy i węższy. Demokracja, liberalizm, wolność prasy i sumienia są więc w porządku, dopóki korzystamy z nich „rozważnie”. W praktyce oznacza to: „tak, jak nam każą”.

Do kwestii, o których w pewien sposób mówić nie wolno, dołączyły oczywiście szczepienia. Przekonała się o tym dotkliwie niejaka Niki Minaj. Utalentowana obywatelka Stanów Zjednoczonych, pochodząca jednak z Trynidadu i Tobago, opublikowała bowiem na Twitterze kontrowersyjny post. Prosiła w nim rodaków o rozważną decyzję w sprawie szczepień przeciw COVID-19, posługując się jednocześnie anegdotycznym przykładem kolegi jej kuzyna, który nadal zamieszkuje południowoamerykańską wyspę. Nieszczęśnikowi krótko po szczepieniu – przepraszam, ale naprawdę o to się rozchodzi – miały spuchnąć jądra, co oczywiście wiązało się z kontrowersyjną i słabo udokumentowaną tezą o wpływie szczepionek na płodność.

Generalnie zgadzam się z tymi, którzy skrytykowali Panią Niki za jej nieprzemyślany wpis. Jeśli koledze kuzyna nic nie spuchło, to jest to zwyczajne rozpowiadanie fake newsów. A jak spuchło, to i tak nic nie znaczy, ponieważ istotna jest skrupulatna analiza tego, ilu takich „kolegów kuzyna” jest, co było przyczyną niepożądanego odczynu i tak dalej. W tak istotnej sprawie, jak kryzys sanitarny i bezpieczeństwo szczepionek, być może rzeczywiście piosenkarki, modelki i aktorki nie powinny edukować publiki. W szczególności, kiedy posługują się anegdotami typu – jak to mawiał mój świętej pamięci dziadek – „A wuja Antka szwagra koń to…”. Problem jest jednak innego rodzaju. Czy jeden wygłup raperki powinien spowodować jej całkowitą kasatę i cenzurę, skoro żyjemy w społeczeństwie, które chce przebaczać nawet najcięższe przestępstwa pod enigmatycznym wezwaniem do resocjalizacji?