Wojna zdeterminowanych zamknięciem ich lokali przedsiębiorców z urzędnikami sanitarnymi i policjantami nie wygasa. Obie strony nie pozostają sobie dłużne.

Siłą właścicieli pozamykanych mniejszych biznesów są przede wszystkim media społecznościowe. To w nich opisują dramatyczne sytuacje życiowe, w jakich się znaleźli. To w nich wymieniają się doświadczeniami, kontaktami do siebie i prawników, zwołują się na akcje protestacyjne. Twierdzą, nie bez racji, że koszty lockdownów dawno już przekroczyły korzyści z hipotetycznego ograniczenia „pandemii”.

Działamy legalnie

Podstawą oporu jest założenie, że otwierając swoje biznesy przedsiębiorcy nie łamią prawa, a teraz bronią się tylko przed mniej lub bardziej brutalnymi nalotami policji oraz urzędników sanepidu, karzących ich mandatami do nawet 30 tys. zł.

Prawnicy doradzili ostatnio, by policjantów i „sanepidystów” straszyć pozwami z tytułu bezpośredniego naruszenia art. 231 Kodeksu Karnego (KK). Artykuł ten mówi o nadużyciu uprawnień przez funkcjonariusza i czytamy w nim, że „funkcjonariusz publiczny, który przekraczając swoje uprawnienia lub nie dopełniając obowiązków, działa na szkodę interesu publicznego lub prywatnego podlega karze pozbawienia wolności do lat 3” (LINK).

Święte prawo własności

O co przedsiębiorcom chodzi? O to, by żaden urzędnik nie miał prawa zamykać komukolwiek biznesu. By mógł być też – w razie przekroczenia uprawnień – pociągnięty do odpowiedzialności karnej i cywilnej; włącznie z indywidualnie zasądzanymi odszkodowaniami, które w praktyce mogą w Polsce sięgać już nawet milionów złotych.
– Prawo własności jest święte, jego naruszenie może skutkować ogromnym buntem społecznym – ostrzegają przedsiębiorcy, wzywając policję oraz sanepid do odstąpienia od czynności i pójście na zwolnienia lekarskie.

Niektórzy prawnicy radzą nawet, by firmy broniły się przed sądami z mocy art. 25. KK. Dotyczy on tzw. kontratypu obrony koniecznej. Bowiem „nie popełnia przestępstwa, kto w obronie koniecznej odpiera bezpośredni, bezprawny zamach na jakiekolwiek dobro chronione prawem” (LINK).

Warto jednak mieć na uwadze, że ten artykuł dotyczy przede wszystkim nielegitymizowanej napaści bezpośredniej. Był pisany i poprawiany z intencją ochrony ludzi i ich majątku przed bandytami, a nie obywateli przed funkcjonariuszami i urzędnikami publicznymi.

Sanepid pod ostrzałem

Dorota Walczak, szefowa sanepidowskiej „Solidarności” napisała ostatnio do Głównego Inspektora Sanitarnego (GIS) list, w którym twierdzi, że zbuntowani pracownicy lokalnych oddziałów sanepidu mają już dość. Nie chcą kontrolować firm i nakładać mandatów. Boją się pozwów i przegranych spraw. Boją się też, że ich wizerunki zostaną ujawnione w Internecie. Skarżą się też, że podczas kontroli firm są znieważani, wyśmiewani i poniżani. Wielu nie chce więc uczestniczyć już w akcjach przeciwko małym firmom.

Kontratak przedsiębiorców przebiega na innej jeszcze linii frontu: Wojewódzkie Stacje Sanitarno-Epidemiologiczne zostały zalane wnioskami o dostęp do informacji publicznej. Akcja „Zapytaj Sanepid” to odpowiedź firm na działania urzędników. Jednak GIS nie uznaje ważności tych wniosków. Napisał niedawno, że „wnioski literalnie przez wnioskodawców określone jako wnioski o dostęp do informacji publicznej, kierowane do GIS z instrumentalnym wykorzystaniem przepisów ustawy z dnia 6 września 2001 r. o dostępie do informacji publicznej (Dz.U. z 2020 r. poz. 2176), a w oparciu o inicjatywę „Zapytaj Sanepid”, nie stanowią wniosków o dostęp do informacji publicznej w rozumieniu tej ustawy i są jedynie efektem nadużycia prawa dostępu do informacji publicznej”. Jak wynika z tego pisma, pracownicy sanepidu są i tak w okresie pandemii bardzo obciążeni pracą. Co ważniejsze: „nie może być tolerancji dla wymuszania prymatu określonych interesów ekonomicznych grup zawodowych nad bezpieczeństwem zdrowotnym ludności”.

Teraz ruch należy do przedsiębiorców.