Rząd uznał, że może na przedsiębiorców zrzucić własną niekompetencję i kunktatorstwo. Niech to oni martwią się, jak robić covidową segregację. Nie powinien się na to godzić żaden szanujący się przedsiębiorca – również w obawie o własną renomę, a co za tym idzie – przyszłe zyski.

Fot. PAP/Artur Reszko

Działać miałoby to następująco. Nowe limity ograniczają bardzo możliwość prowadzenia różnych rodzajów biznesu. Jak długo będą obowiązywać – nie wiadomo, bo w przeszłości tego typu regulacje wielokrotnie bywały przedłużane o wiele, wiele tygodni. Dla właścicieli wielu rodzajów biznesu oznacza to, co zawsze: straty.

Ponad limit można wpuszczać m.in. do restauracji osoby posiadające zaświadczenie o zaszczepieniu lub przechorowaniu. Pomijam już samą bezzasadność i bezsensowność takiego rozwiązania z punktu widzenia walki z epidemią, choć dużo można by o tym pisać. Ale przedsiębiorcę interesuje głównie, jak ma zweryfikować, czy ktoś jest zaszczepiony czy nie. Wszak jest to informacja poufna (z angielska zwana wrażliwą), do której przetwarzania konieczna jest odpowiednia infrastruktura, w tym dostęp do oprogramowania skanującego kod QR zawarty w certyfikacie. Już wcześniej zdarzało się, że Urząd Ochrony Danych Osobowych kwestionował beztroskie podejście do sprawy, opierające się na przekonaniu, że „przecież nic się nie stanie, jeśli ktoś z własnej woli pokaże certyfikat”. Ta kwestia musi być uregulowana ustawowo, bo nagle grono osób upoważnionych do zapoznania się z informacją medyczną o naszym stanie zdrowia – przypomnę: informacją, której co do zasady lekarze nie chcą zwykle przez telefon przekazywać nawet najbliższym osobom – powiększyłoby się gigantycznie.

Na razie jednak mowy o takiej regulacji nie ma. Przedsiębiorcę stawia się więc w sytuacji, kiedy ma trzy wyjścia.

Pierwsze: zapełnia swój lokal jedynie do wysokości limitu, nie pytając nikogo o covidpass. Jest na tym oczywiście stratny, choć jednocześnie zarabia u części klientów punkty za brak dyskryminacji sanitarnej.

Drugie: wypytuje o paszport covidowy, nie mając do tego podstawy prawnej i ryzykując awantury. Pytanie, czy dodatkowi klienci w lokalu są tego warci.

Trzecie: nie pyta o przepustki do lepszej kasty i wpuszcza ludzi bez zwracania uwagi na limity. W ten sposób ryzykuje interwencję policji i Sanepidu. Aczkolwiek pamiętajmy, że mówimy o konieczności przełożenia ogólników, wygłaszanych na konferencjach przez pana ministra, na język twardych przepisów. To musiałoby oznaczać, że nałożenie kary mogłoby nastąpić jedynie na podstawie stwierdzenia, że w lokalu znajduje się ponadnormatywna liczba niezaszczepionych, a stwierdzenie tego z kolei wymagałoby weryfikacji paszportów covidowych wszystkich obecnych oraz wiedzy o ogólnej liczbie dostępnych miejsc lub powierzchni lokalu. Pytanie brzmi, czy Sanepid oraz policja mają do tego wystarczające umocowanie, bo mamy – przypominam – do czynienia z informacją medyczną.

Wszystko to zakrawa na nielichy absurd, ale przede wszystkim pokazuje, że władza próbuje się wyręczyć w trudnej dla siebie sytuacji obywatelami, w tym wypadku przedsiębiorcami, przerzucając na nich niewdzięczne obowiązki. Nie widzę powodu, dla którego przedsiębiorcy mieliby jej iść na rękę.

Poprzedni artykułRaport NBP: ponad 47 proc. Polaków woli płacić bezgotówkowo
Następny artykułNajczęstsze specjalizacje polskich startupów