Ludzie, którzy żyli w przekonaniu – a władza ich w nim utwierdzała – że stopniowo będą się bogacić, budować pomyślną przyszłość, gromadzić majątek dla swoich dzieci, żyć na coraz wyższym poziomie – teraz nagle dostaną boleśnie po głowie. „Redukcja oczekiwań” – czy myśmy już tego gdzieś kiedyś nie słyszeli? – pisze w swoim najnowszym felietonie Łukasz Warzecha.

Fot. PAP/Artur Reszko

Proszę sobie wyobrazić, że mają państwo oszczędności w wysokości 10 tys. zł. Ot tak, na czarną godzinę. (Nawiasem mówiąc, tego rzędu oszczędności – od 10 tys. do 19999 zł – ma, według nowego badania, jedynie 9,7 proc. Polaków.) Pewnego dnia przychodzi do was zamaskowany bandzior i mówi: „Dawaj tysiąc dwieście”. I z tej waszej krwawicy musicie mu oddać właśnie tyle. Ale bandzior na tym nie poprzestaje. Pyta, ile zarabiacie netto. Mówicie – macie w miarę dobre wynagrodzenie – że 4,5 tys. A bandzior na to: „No to co miesiąc będziesz mi, frajerze, oddawał z tego 540 złotych”. A na naiwne pytanie „Jak to?!” – daje wam w gębę. I wychodzi. Zabierając kasę, rzecz jasna.

Oburzające, prawda? Ale dokładnie to się właśnie dzieje. Inflacja to właśnie taki bandyta, który włazi wam do domu, włamuje się na konto, zabiera portfel i z tych wszystkich miejsc wydziela sobie haracz. Obecnie ponad 12-procentowy. A nie jest to koniec, bo jego apetyt będzie rósł.

Potwierdza się to, co pisałem również na FPG już kilka razy: nasza sytuacja staje się bezprecedensowa w historii III RP. Gorsza niż wiele osób pamięta. Żeby przeżyć świadomie podobne zawirowania gospodarcze na początku lat 90. – ale o całkiem innej genezie, innym kontekście i z inną perspektywą – trzeba było się urodzić najpóźniej na początku lat 80. To oznacza, że są już dzisiaj ludzie mający 35 lat, którzy czegoś takiego nie mają prawa pamiętać. A więc również nie są na to przygotowani.

To prawda, że lewica sączyła od kilku już lat swój jad, poniekąd przyzwyczajając ludzi do biedy i tego, co dla człowieka nienaturalne: braku własności, wynajmowania zamiast posiadania, chorej i niebezpiecznej idei degrowth. Ale wpływ tego sposobu myślenia nawet w rozwiniętym świecie jest wciąż mały, a w rozwijającym się – który rozwija się właśnie za sprawą tych ambicji, z którymi lewica stara się walczyć – jest jeszcze mniejszy. Polska wciąż należy do tego ostatniego segmentu. Na szczęście.

To jednak oznacza, że ludzie, którzy żyli w przekonaniu – a władza ich w nim utwierdzała – że stopniowo będą się bogacić, budować pomyślną przyszłość, gromadzić majątek dla swoich dzieci, żyć na coraz wyższym poziomie i że jest to reguła obowiązująca niezmiennie w dłuższym okresie – teraz nagle dostaną boleśnie po głowie. „Redukcja oczekiwań” – czy myśmy już tego gdzieś kiedyś nie słyszeli? To nie jest oczywiście proces na kilka tygodni czy nawet miesięcy. Procesy społeczne przebiegają powoli. Tutaj również potrwa, zanim do Polaków dotrze, że marzenia wielu z nich nie mają już szansy się zrealizować. Że koniec z myśleniem o własnym mieszkaniu, o domu nie mówiąc, koniec z zagranicznymi wakacjami, podróżowanie staje się luksusem, na samochód będzie stać coraz mniej ludzi, a realnym problemem stanie się zapłacenie za ogrzewanie mieszkania zimą. Mówiąc obrazowo: ci, którzy dotąd mieli dylemat, czy polecieć na wakacje do Tunezji czy Egiptu, teraz będą się zastanawiali, czy na dwa tygodnie wyskoczyć latem nad polskie morze, czy raczej jesienią ogrzać dom. Jedno z dwojga. Ci natomiast, którzy musieli dotąd wybierać między ogrzaniem mieszkania a kupnem butów dla dzieci… Cóż, chyba już nie za bardzo będą w ogóle mieli jakieś wybory.

Kiedy zaś ta dramatyczna prawda zacznie do ludzi docierać – doprawdy, nie czuję się na siłach przewidywać, jakie procesy społeczne i polityczne może uruchomić. Inna sprawa, że wszystko to dzieje się przecież i tak wyjątkowo szybko. Gdy spojrzymy wstecz, zobaczymy, że czas gdzieś tak pomiędzy 2010 a 2019 rokiem to była być może najlepsza gospodarczo i pod względem poziomu życia dekada, jaka nam się przytrafiła. I że to się szybko nie powtórzy. Natomiast pogorszenie sytuacji było skokowe. Początek wyznaczyła pandemia. Czyli to raptem ostatnie dwa lata.

Czy można było tego uniknąć? W polityce i w gospodarce nie należy ulegać determinizmowi. Owszem, inflacja szaleje w wielu krajach świata. W aktualnym zestawieniu europejskim Polska jest na 10. miejscu. Prowadzi zdecydowanie Turcja (61,14 proc. rok do roku), a na świecie – Wenezuela (284 proc.), ale to już przypadek szczególny. W UE sytuujemy się już znacznie gorzej, bo na 5. miejscu. Średnia unijna to 7,8 proc. Można z tego wywnioskować, że są pewne wspólne dla całego świata przyczyny inflacji i nietrudno je zidentyfikować – to przede wszystkim ceny surowców i wciąż trwające echo po pandemii, na które nakładają się nowe związane z nią problemy w Chinach. Jednak sytuacja każdego kraju jest także indywidualna. W końcu w samej Europie poziom inflacji jest mocno rozstrzelony. U nas 12,3 proc., we Francji – 4,8 proc. (w strefie euro), w Norwegii – 4,5 proc. (poza UE i strefą euro). Nie muszę chyba pisać, co pozwoliłoby nam mieć dzisiaj inflację bliższą norweskiej niż rekordowej w UE litewskiej (15,7 proc.): zdecydowanie bardziej wstrzemięźliwa polityka monetarna, ściąganie pieniędzy z rynku zamiast ich rozdawania, podnoszenie stóp procentowych już od dawna, ale za to stopniowo, niewygaszanie gospodarki podczas epidemii poprzez absurdalne lockdowny, stwarzające później możliwość prowadzenia działań osłonowych.

Gorzej, że nawet w obliczu rekordu inflacyjnego nie następuje, jak się zdaje, otrzeźwienie. Jedną ręką władza decyduje o radykalnym podnoszeniu stóp procentowych (tak, wiem, RPP to niezależny organ, ale przecież nikt chyba nie sądzi, że podejmuje decyzje w oderwaniu od oczekiwań rządzących, nastrojów i nacisków), z drugiej – podnosi wynagrodzenia minimalne, wypuszcza na rynek pieniądze w postaci wszelkich możliwych rodzajów socjalnego wsparcia dla uchodźców oraz wypłaca 14. emeryturę. Opozycja zaś proponuje w tym samym czasie 20-procentową podwyżkę wynagrodzeń dla sektora publicznego. Wygląda to tak, jakby wszyscy w elicie władzy się, za przeproszeniem, najarali dżointami, wsiedli do podrasowanego auta i ruszyli autostradą pod prąd, wrzeszcząc: „Jutra nie maaaaaaa!!!”. Niestety, my siedzimy na tylnym siedzeniu i nie możemy wysiąść.

Łukasz Warzecha

Poprzedni artykułNa czym polega rozsądna i skuteczna pomoc uchodźcom?
Następny artykułEuropa przechodzi na rubla