Artyści też czują przez skórę, co trzeba dziś wychłostać nieubłaganym biczem satyry, bo diabli wiedzą, czy już w przyszłym roku do rządów nie dojdzie Volksdeutsche Partei, której zawczasu wypada się zasłużyć, żeby przy rozdziale subwencji móc z angielska zakrzyknąć: „me too!” – pisze w najnowszym felietonie Stanisław Michalkiewicz.

W sezonie wakacyjnym, którego kulminacja przypada na przełom lipca i sierpnia, ludziom od upałów gotują się mózgi i chyba dlatego rządowe centrum katastroficzne przestrzega, by podczas upałów, zwłaszcza osoby starsze, nie podchodziły do okien – ale najgorsze jest to, że coraz trudniej ustalić, co jest najważniejsze, co tylko ważne, a co – kompletnie nieważne.

Na przykład gdyby próbować to ustalić na podstawie lektury niezależnych mediów głównego nurtu, to można by pomyśleć, że najważniejszym wydarzeniem dni ostatnich był występ, a właściwie nie tyle występ, ile tak zwany „numer” kabaretu NeoNówka. Na ogół występy kabaretów polegają na tym, że występujący tam aktorzy zaśmiewają się do łez, podczas gdy publiczność, owszem – też uprzejmie się śmieje, a nawet oklaskuje, bo jużci – skoro zapłaciło się za bilet, to trzeba zachować się na poziomie, śmiać się i klaskać, żeby nie wyjść na ćwoka, co to nie potrafi się znaleźć – ale tym razem podobno było inaczej. Chodziło to to, że „numer” polegał na schłostaniu tak zwanym biczem satyry „faszystowskiego rządu Naczelnika Państwa”. Takie rzeczy wiadomo – wypada, żeby się podobały, bo w przeciwnym razie Judenrat „Gazety Wyborczej” nieubłaganym palcem napiętnuje publiczność za udział w „faszystowskim sabacie” – a po co to komu potrzebne? Toteż i artyści czują przez skórę, co trzeba dziś wychłostać nieubłaganym biczem satyry, bo diabli wiedzą, czy już w przyszłym roku do rządów nie dojdzie Volksdeutsche Partei, której zawczasu wypada się zasłużyć, żeby przy rozdziale subwencji móc z angielska zakrzyknąć: „me too!”. Toteż występ NeoNówki był omawiany w niezależnych mediach z takim samym namaszczeniem, jak za komuny piosenki śpiewane na festiwalu w Opolu, a niezależnie od tego wielu pretendentów do stanowiska autorytetu moralnego też poderwało się na baczność w nadziei, że ich gorliwość zostanie zauważona gdzie trzeba i odpowiednio wynagrodzona, bo cóż nagradzać w tych zepsutych czasach, jeśli nie gotowość i gorliwość? Dzięki temu fałszywe pogłoski o tak zwanych „przejściowych trudnościach” z węglem i cukrem zeszły na plan dalszy, bo jakże inaczej?

Wprawdzie dekarbonizację podpisał premier Mateusz Morawiecki, ale nie można zapominać, że w ten sposób wyszedł naprzeciw życzeniom Rze…, to znaczy – pardon – jakiej tam znowu „Rzeszy”? Nie żadnej „Rzeszy”, tylko Unii Europejskiej. Jej delegatem na Polskę jest szef Volksdeutsche Partei Donald Tusk, a w tej sytuacji o węglu i innych cukrach lepiej nie wspominać, bo nie wiadomo, z której strony strzeli piorun. Ale przecież coś piętnować i chłostać biczem satyry trzeba, więc najlepiej, gdy kabarety wyśmiewają ogólne ludzkie przywary, bo wtedy i wilk jest syty, owca cała, a i pośmiać się można, ile dusza zapragnie.

Inną z kolei sprawą, która wydawałaby się najważniejsza, są wspomnienia „byłych” kleryków, czy nawet księży o tym jak to byli „dotykani”. Tych „byłych” duchownych, jak się okazuje, jest u nas całkiem sporo, dzięki czemu niezależne media mogą przebierać w nich jak w ulęgałkach, a każdy zaraz przypomina sobie, co trzeba. Inna sprawa, że ci „byli” zachowują się tak jak pewien nauczyciel, którego w 1967 roku poznałem na wsi w okolicach Biłgoraja. Wśród miejscowych gospodarzy żyło jeszcze sporo AK-owców, którzy umilali sobie nocne czuwania przy suszeniu tytoniu marki Virginia, popijaniem wódeczki i wspomnieniami. W tych biesiadach uczestniczył również ów pedagog, a gdy wódeczki było trochę więcej, również i jemu przypominały się wojenne epizody, chociaż był młodszy ode mnie. Wspomnienia te jednak miały to do siebie, że były mało konkretne i to samo można powiedzieć o rewelacjach „byłych”. Widocznie jednak z punktu widzenia potrzeb przemysłu molestowania konkretów lepiej unikać, bo wiadomo – diabeł tkwi w szczegółach – więc im mniej szczegółów, tym bezpieczniej. Zamiast tedy wysilać wyobraźnię, by nagromadzić szczegóły, lepiej poświęcić ten czas i energię na porozumienie z tym czy innym niezawisłym sędzią, który nie będzie zbyt dociekliwy, przyklepie wyrok, jaki tam będzie trzeba, a po wszystkim dyskretnie zainkasuje swoją dolę. Jak widzimy, przy odpowiednim podejściu i wykorzystaniu leninowskich norm życia partyjnego, odnoszących się do organizatorskiej funkcji prasy, można położyć solidne fundamenty pod nową gałąź gospodarki. Czegóż chcieć więcej w dzisiejszych czasach, kiedy człowieka prostego trapi inflacja? Wystarczy tedy przyjąć, że są to znane z czasów Edwarda Gierka „trudności wzrostu”, ale trudności – trudnościami, zaś z drugiej strony – „wkoło kraj, jak Zachód Dziki!”, w którym – jak twierdzi poeta – „z wszystkiego można szmal wydostać, tak jak za okupacji z Żyda”.

Inną ważną sprawą jest męczeństwo niezawisłego pana sędziego Igora Tulei. Już został przywrócony do łask, a tu dowiadujemy się, że jeszcze nawet nie zdążył niczego orzec, a już znowu został odsunięty od orzekania. W ten sposób jest wprawdzie nadal na czele długiego orszaku męczenników praworządności, ale nie „orzeka”, co podobno dostarcza mu niewypowiedzianych katiuszy. Ale pojawia się światełko w tunelu w postaci pilotażowego programu „testów niezawisłości” stosowanych już w Sądzie Najwyższym naszego bantustanu. Pojawiły się w związku z tym fałszywe pogłoski, jakoby testowanie niezawisłości polegało na włożeniu delikwentowi w niewymowny otwór ciała urządzenia testującego i jeśli zapali się czerwone światełko, to nieomylny to znak, że test niezawisłości wypadł negatywnie, a jeśli zielone – to znaczy, że taki sędzia może orzekać, ile dusza zapragnie. Gdyby tak niezawisły pan sędzia Igor Tuleya został tą metodą przetestowany na niezawisłość, to wszystkie jego katiusze ustałyby, jak ręką odjął.

Niestety pani Manowska, Pierwsza Prezes Sądu Najwyższego naszego bantustanu, wypowiedziała się przeciwko testowaniu niezawisłości, podobno bez względu na to, czy metoda byłaby inwazyjna, czy nie. W tej sytuacji męczeństwo pana sędziego Tulei może jeszcze trochę potrwać, chociaż z drugiej strony sędziowie Sądu Najwyższego naszego bantustanu niewiele sobie ze sprzeciwu pani prezes Manowskiej robią i już przetestowali na niezawisłość prezesa Sądu Apelacyjnego w Lublinie, pana sędziego Daniluka. W jaki sposób – tego nie wiemy – podobnie jak i tego, czy uprzednio sami poddali się przetestowaniu, ale pan sędzia Daniluk okazał się zawisły, w związku z czym trzeba będzie pouchylać wszystkie orzeczenia zapadłe z jego udziałem. Tego domaga się od Polski Europejski Trybunał Sprawiedliwości w Luksemburgu i na tym przykładzie możemy się przekonać, jaki silne są więzi środowiskowe. Pod pretekstem praworządności bowiem sędziowie tego Trybunału przychodzą z pomocą swoim polskim kolegom. Wyobraźmy sobie tylko sytuację, w której sędziowie zaczynają sobie nawzajem testować niezawisłość  i uchylać orzeczenia. Ileż roboty trzeba będzie wykonać, by opanować powstały w ten sposób burdel! Toteż kancelarie prawnicze już zawczasu przygotowują się do żniw – chyba, że wszystko rozstrzygnie się w całkiem innych kategoriach, o których nie śmiem nawet wspominać, bo jeden proces mi wystarczy.

Stanisław Michalkiewicz

Poprzedni artykułUrzędnicy blokują rozwój kolei
Następny artykułPrzedsiębiorcy martwią się o przyszłość