Musiało minąć ponad pięć lat, żeby Sąd Najwyższy zauważył problem jakże dyskryminowanej grupy Polaków i zajął się sprawą, jako jeden z niewielu organów, które mogą wedle zapisów naszej Konstytucji zwrócić się w tej sprawie do Trybunału Konstytucyjnego – pisze w najnowszym felietonie Jacek Janas.

13 grudnia Trybunał Konstytucyjny, czyli nasz „negatywny ustawodawca”, który w sposób niezawisły i niezależny (według samej Konstytucji Rzeczpospolitej Polskiej), z wielkim poświęceniem i w sposób nieprzejednany broni nas przed niezgodnymi z Konstytucją przepisami, wydał „wiekopomny” i jakże istotny dla większości obywateli wyrok. Od razu śpieszę z odpowiedzią, jaki był tak szczególnie ważki przedmiot sprawy. Nie chodzi tu bowiem o elektryzującą tak wielu sprawę aborcji. Nie chodzi też o bulwersującą nie mniej obywateli sprawę ustawy o Trybunale rozpatrywaną przez… sam Trybunał. Nie była to wreszcie jakże doniosła sprawa orzekania co ważniejsze: Traktaty czy Konstytucja.

Była to oczywiście kwestia sławnej noweli kodeksu karnego z 2015r., która wskazała jako podstawę wydania przez starostę decyzji o zatrzymaniu prawa jazdy, za przekroczenie prędkości o 50 km/h w obszarze zabudowanym, wyłącznie informację organu kontroli ruchu drogowego. Skarga w tej sprawie wpłynęła od Pierwszego Prezesa Sądu Najwyższego, który to organ, jak sam pisze w informacji na stronie SN, reagował na skargi obywateli kierowane w pismach do Sądu Najwyższego.

Jest to sprawa o niezwykle ważnym ciężarze gatunkowym dla polskiego społeczeństwa. Możemy długo dywagować na temat aborcji, kwestii ustrojowych i tym podobnych zagadnień, ale najlepiej przy suto zastawionym stole, gdzie nasza aktywność jest ograniczona do minimum. Incydentalnie możemy udać się na jakąś manifestację. W końcu tak istotne sprawy mogą nas nigdy w życiu nie dotknąć. Co innego zatrzymanie prawa jazdy. To może zdarzyć się każdemu kierowcy i chyba niemal każdy kierowca akurat tą decyzją ustawodawcy przejęty był dogłębnie. Co ciekawe, musiało minąć ponad pięć lat, żeby Sąd Najwyższy zauważył problem jakże dyskryminowanej grupy Polaków i zajął się sprawą, jako jeden z niewielu organów, które mogą wedle zapisów naszej Konstytucji zwrócić się w tej sprawie do Trybunału.

Naturalnie zgodzę się z samą sentencją wyroku Trybunału, jak również uzasadnieniem wniosku. Słusznie Prezes Sądu Najwyższego zwraca uwagę, iż zarzucić można „przepisom brak podstawowych gwarancji proceduralnych dla osób, którym zatrzymano prawo jazdy na podstawie wyżej wymienionych przepisów”. Dalej „nadanie kompetencji do arbitralnego decydowania o zatrzymaniu prawa jazdy organowi kontroli ruchu drogowego, głównie policji, bez możliwości weryfikacji okoliczności ją uzasadniających przez organ administracyjny i sądowy, nie jest do pogodzenia z zasadami obowiązującymi w demokratycznym państwie prawnym (art. 2 Konstytucji RP)”. Jednak przy okazji tej informacji warto się zastanowić nad poważniejszą kwestią. Jak w ogóle takie przepisy powstają?

Dziś w teorii będę antydemokratą. W teorii, bowiem co do zasady w dzisiejszych czasach wątpić w mądrość demokracji to nierzadko przestępstwo (wszak można niechcąco nawoływać do obalenia ustroju, gdy demokrację łączy się z naszym, dotkniętym przez los państwem, jak to się zdarza niektórym politykom), ale i grzech śmiertelny, bowiem ta traktowana jest niemal liturgicznie. A jednak, gdy troszeczkę poteoretyzujemy, zauważymy szereg paradoksów, szczególnie na gruncie prawa, jakie wiara w zasadę demokratyczną powoduje, gdy już tę zasadę demokratyczną staramy się wdrożyć w rzeczywistość. Istnienie tych paradoksów wpływa na każdą dziedzinę naszego życia, nie tylko tę bezpośrednią, np. gdy ustawa dopuszcza, by zatrzymano nam prawo jazdy. Pośrednio ten wpływ widzimy w innych dziedzinach, choćby ekonomii, gdy jedna ustawa potrafi zmienić niemal wszystko w obrocie gospodarczym.

W dzisiejszych czasach demokrację zwykło łączyć się niejako naturalnie z ustrojem polityczno-prawnym, ale też i oceniać jako szczyt osiągnięć cywilizacyjnych. Nie do końca można się z tym zgodzić, bowiem sama demokracja określa jedynie sposób podejmowania decyzji przez właściwe organy stanowiące prawo. Jednym wyrażeniem – większość ma rację. Problem w tym, że stosując tę właśnie zasadę, musimy założyć, że czasem owa większość może się pomylić. Cóż w tym zakresie mamy instytucję choćby Trybunału, by ten błędne decyzje, przyjmujące formę przepisów, eliminował.

Problem w tym, że jak już wskazałem wcześniej, „zauważenie” problemu właściwemu organowi mogącemu wszcząć postepowanie, zajęło ponad pięć lat. Ile przez ten okres starostowie wydali decyzji? Dużo. A biorąc pod uwagę tryb działania Trybunału, trzeba sobie zadać pytanie, ile niezgodnych z Konstytucją przepisów funkcjonuje, bo nikt błędu systemowego nie zauważył? Jeszcze więcej.

To może lepiej zadajmy sobie kolejne pytanie. W jaki sposób właściwe organy wpadają na takie, rzekłoby się, absurdalne pomysły i nam je „legalizują”? Właśnie przez demokrację. Demokracja ma to do siebie, że opiera się na woli większości. Proszę zauważyć, że każdy ważny, przełamujący naszą wolność i nasze prawa przepis zawsze powstaje pod wpływem tej mitycznej „woli” społeczeństwa.

Społeczeństwo ma to do siebie, że kieruje się emocjami. Wystarczy, że dojdzie do poruszającego wydarzenia, a  już w tym samym momencie „społeczeństwo” domaga się działania. Weźmy pierwszy przykład z brzegu – ot zaostrzanie przepisów ruchu drogowego. Z reguły następuje po informacjach o jakimś tragicznym wypadku, który media nagłośniły, albo pod wpływem statystyk serwowanych ludziom przez media każdego dnia do każdego posiłku.

A władza? Ustawodawca? Politycy? Ci są skłonni nam nieba przychylić i wyjść naprzeciw każdej naszej niefrasobliwości. Polityk demokratyczny jest zdeterminowany. Zdeterminowany „służbą”. Bowiem ta służba gwarantuje mu wybór. Stąd też jest skarbnicą dobrych pomysłów, dowodzących jego przydatności i pracowitości.

I w taki sposób pod ogólnym aplauzem społeczeństwa rozgrywają się nierzadko jednostkowe dramaty. Samo społeczeństwo po pewnym czasie zaczyna z przekąsem odkrywać, że samo na siebie ukręciło niezły powróz. Bo jakże nazwać dzisiejszy problem inflacyjny wobec powszechnej euforii i przyzwolenia na wpuszczanie przez rządzących pustych pieniędzy w gospodarkę?

Za każdy wyrok Trybunału Konstytucyjnego odpowiadamy my, a nie politycy uchwalający ustawy.

Jacek Janas

Poprzedni artykułRekordowa inwestycja Mercedesa w Polsce
Następny artykułCoraz więcej Polaków zainteresowanych e-samochodami