W kryzysie możliwe są zawsze dwie drogi. Jedna populistyczna, druga znacznie mniej popularna i pod pewnymi względami trudniejsza. Tylko ta druga z nich jest efektywna – pisze w najnowszym felietonie Łukasz Warzecha.

Fot. PAP/Artur Reszko

Nie zdziwiło mnie ani trochę, że Jarosław Kaczyński w trakcie spotkania w Puławach wspominał o „odkupieniu” sieci sklepów Żabka. To „odkupienie” (takiego dokładnie słowa użył prezes PiS) oznacza po prostu nacjonalizację, może nie formalną, ale faktyczną. Jeżeli bowiem sieć zostałaby kupiona przez spółkę z decydującym udziałem skarbu państwa – a tylko w ten sposób można zrozumieć słowa Jarosława Kaczyńskiego – to byłaby to przecież faktyczna ich nacjonalizacja.

Jak napisałem, nie zaskoczyły mnie te słowa, bo przecież już wcześniej, a także w czasie tego spotkania, jednym z przewijających się tematów była Polska Grupa Spożywcza – koncern właśnie państwowy. Swego zaś czasu o możliwości uruchomienia w jego ramach sieci sklepów mówili podczas wspólnej konferencji prasowej wicepremierzy Jacek Sasin i Henryk Kowalczyk, ministrowie zasobów państwowych i rolnictwa. Lecz nawet pomijając tamtą konferencję i powstanie PGS, czy deklaracje o potencjalnym wykupywaniu przez państwo sieci handlowych mogą być zaskakujące w ustach lidera obozu, który otwarcie głosi bardzo daleko posunięty etatyzm? No i oczywiście nie tylko głosi, ale i wprowadza go w życie.

O etatystycznych, socjalistycznych właściwie inklinacjach obecnej władzy napisałem zapewne setki tekstów, nie będę więc tutaj tego tematu rozwijał. Trzeba jednak zwrócić uwagę na dwa aspekty.

Pierwszy to okoliczności, które pozornie sprzyjają takiemu właśnie podejściu do gospodarki. Z czysto praktycznego punktu widzenia dla rządu, dysponującego w swoim przekonaniu nieograniczonymi zasobami finansowymi (przypominam za Margaret Thatcher: rząd nie ma własnych pieniędzy, ma tylko pieniądze podatników), czas przeceny niektórych aktywów może być genialnym momentem na zakupy. Kto wie, czy o tym właśnie nie myślał również Jarosław Kaczyński.

Ważny jest tutaj również sposób myślenia ludzi akceptujących skokowe zwiększanie roli państwa w gospodarce. Skoro jest kryzys, skoro tak wielu obawia się o stabilność swojej życiowej sytuacji, skoro mamy już bardzo głęboką regulację cen energii (rząd w końcu postanowił objąć gwarancjami w kwestii prądu małych i średnich przedsiębiorców, co wielu z nich może faktycznie uratować, choć oczywiście nie jest bezkosztowe dla całości gospodarki), to jaki problem, żeby państwo zajęło się również aktywnie handlem? Etatyści mogą zacierać ręce, ponieważ rzeczywiście obecny bardzo trudny czas sprzyja tworzeniu wśród części ludzi złudzenia, że tylko państwowe może nas uratować.

To oczywiście nieprawda. W kryzysie możliwe są zawsze dwie drogi. Jedna populistyczna, druga znacznie mniej popularna i pod pewnymi względami trudniejsza, ale jedyna efektywna. Ta pierwsza to właśnie postawienie na państwo i przekonywanie wyborców, że państwo równa się bezpieczeństwo gospodarcze. Bo przecież – głosi ta narracja – państwo jest za duże, żeby zbankrutować. (Wszystkim, którzy w to wierzą, polecam art. 19 aktualnie procedowanej Ustawy o szczególnych rozwiązaniach służących realizacji ustawy budżetowej na rok 2023, czyli tak zwanej ustawy okołobudżetowej.)

Ta druga droga to maksymalne uwolnienie gospodarki, wycofanie z niej państwa, jak tylko się da (bo owszem, są sektory, w których państwo powinno pozostać, ale bardzo, bardzo nieliczne), radykalna redukcja biurokracji, opodatkowania – oczywiście przy jednoczesnym zredukowaniu wydatków – i postawienie, mówiąc najbardziej skrótowo, na wolny rynek.

Ciekawe, że właśnie taką drogę dla Ukrainy przewidywał czy też rekomendował niedawno Marek Budzisz, ekspert m.in. Nowej Konfederacji, bardzo mocno zaangażowany we wspieranie Kijowa. Miał absolutnie rację, rozumiejąc, że dla wyniszczonego wojną kraju, w którym PKB w tym roku może spaść nawet o 50 proc., jest to jedyny kurs. Trudno jednak zrozumieć, dlaczego tego samego nie zalecają Budzisz i inni dla Polski. Szczególnie że obecność kraju skrajnie etatystycznego obok państwa skrajnie wolnorynkowego, jakim miałaby się ewentualnie stać Ukraina, oznacza dla tego pierwszego odwrót inwestycji, powstrzymywany może jedynie uwarunkowaniami przynależności do unijnego rynku. Oczywiście nasze teoretyczne pójście w stronę wolnorynkowej rewolucji musiałoby również uwzględniać unijne prawodawstwo. W niektórych przypadkach trzeba napisać: niestety.

Pomysł z upaństwowieniem Żabki i włączeniem jej do jakiegoś – by użyć peerelowskiej nomenklatury – zjednoczenia z panem ministrem na czele jest oczywiście horrendalny. Wbrew twierdzeniom zwolenników nowej ekonomii, czyli „pikettyzmu”, w gospodarce – co pisałem wielokrotnie i przepraszam za powtarzanie tego truizmu, szczególnie w miejscu takim jak FPG24 – nie przestały działać te same prawa, które kształtowały ją od wieków. A więc: długu nie da się powiększać w nieskończoność, pieniądze wydawane przez państwo będą spożytkowane zawsze mniej efektywnie niż wydawane przez obywateli zgodnie z ich preferencjami, zaś państwowe przedsiębiorstwa będą sobie zawsze radziły gorzej – przynajmniej w warunkach faktycznej konkurencji – niż prywatne. Istnieje natomiast możliwość – i to jest również zagrożenie dotyczące hipotetycznego upaństwowienia Żabki – że państwo, będąc jednocześnie zawodnikiem i sędzią, postanowi ustawić reguły w taki sposób, żeby wygrywać. Wówczas dostajemy sytuację podwójnie szkodliwą: nieefektywne państwowe przedsiębiorstwo zapewnia sobie przewagę już na poziomie regulacyjnym, żeby pozbyć się rywali.

Nie trzeba nawet mieć szczególnie bogatej wyobraźni, żeby ujrzeć jej oczyma, jak wyglądałoby Państwowe Przedsiębiorstwo „Żabka Narodowa”. Musiałaby powstać odpowiednia liczba posad, obsadzonych odpowiednio wypróbowanymi i wiernymi towarzyszami, wykonującymi odpowiednio gorliwie polityczne polecenia – bo przecież, jak z rozbrajającą szczerością wyznał w 2020 r. niepodrabialny wicerzecznik PiS, Radosław Fogiel: „Wtedy [w latach 2005-2007] poszliśmy w kierunku bardzo eksperckim, właśnie otwartych konkursów, jeśli chodzi o rady nadzorcze. Trafiali tam eksperci z rynku, trafiały osoby z tytułami naukowymi, z SGH, z innych uczelni. No i problem okazał się taki, że ich sposób myślenia o gospodarce, o zarządzaniu był zupełnie sprzeczny z tym, co Prawo i Sprawiedliwość ma w swoim programie [podkr. Ł.W.]”. Inny słowy – kiedy PiS zatrudniał fachowców, ci upierali się przy jakichś wolnorynkowych dyrdymałach i nie chcieli wprowadzać realnego socjalizmu. Ciekawe, dlaczego.

Wkrótce poszłoby za tym wszystko to, co znamy lub pamiętamy (w przypadku osób nieco starszych) z Peerelu: sztuczne zaniżanie cen, owocujące problemami z zaopatrzeniem, przerost zatrudnienia w „pionie kierowniczym i politycznym”, kłopoty z dystrybucją i wiele innych podobnych problemów. Na koniec etatystyczni geniusze musieliby dojść do wniosku, że jedynym sposobem jest więcej tego samego, czyli jeszcze bardziej ręczne sterowanie w całym sektorze, dające państwowej firmie przewagę nie na podstawie bycia lepszym, ale na podstawie jakichś kolejnych regulacji. Mogę sobie doskonale wyobrazić na przykład, że Żabka Narodowa zostaje objęta specjalnym wyjątkiem od zakazu handlu w niedzielę na mocy ustawy, podczas gdy w przypadku wszystkich innych podmiotów przestrzeganie tej absurdalnej skądinąd regulacji jest tym mocniej egzekwowane.

Niemożliwe? W komentarzach do słów prezesa PiS, wygłaszanych przez sprzyjających etatyzmowi ekspertów, pojawiły się już sugestie, że przecież branżę handlową można właściwie uznać za strategiczną, jako że chodzi tu o bezpieczeństwo żywnościowe. Bezpieczeństwo, jak wiadomo, jest genialnym pretekstem dla rządu do wchodzenia z butami w każdą dziedzinę życia. Zaś pojęcie „strategiczności” można niemal dowolnie rozszerzać. Na poczekaniu mogę napisać zgrabne wystąpienie dowodzące, że branżą strategiczną jest na przykład sektor informatyczny i dlatego trzeba utworzyć Państwowy Hub Informatyczny. Albo że strategiczne znaczenie ma produkcja odzieży i w związku z tym wicepremier Sasin powinien czym prędzej powołać Narodowy Koncern Odzieżowy.

Drugi wątek tej sprawy sprowadza się do pytania, z którym państwa dzisiaj pozostawię: jak to się stało, że te gomułkowskie opowieści o wspaniałości państwowych firm i przejmowaniu przez państwo prywatnych podmiotów są akceptowane jako coś w gruncie rzeczy normalnego, nawet zasadnego? Kiedy przesunięto tak dramatycznie okno Overtona i jak mogliśmy do tego dopuścić?

Łukasz Warzecha

Poprzedni artykułRząd ubezpieczy miliony dodatkowych osób! Skąd weźmie na to pieniądze?
Następny artykułTurcja będzie centrum dystrybucji rosyjskiego gazu na Europę?