Fot. Pixabay

Kilka dni temu tygodnik „San Francisco Chronicle” opublikował list kapitana lotniskowca Theodore Roosevelt, Bretta Croziera, z prośbą o ewakuację statku z powodu wybuchu epidemii koronawirusa. „Marynarze nie mogą umrzeć. Nie jesteśmy w stanie wojny” – napisał Crozier. W środę Departament Obrony odpowiedział na prośbę Croziera. A w piątek go zwolnił.

Ale czy USA są w stanie wojny? Odpowiedź na to pytanie nie jest oczywista, biorąc pod uwagę, że Stany od 29 lat są obecne zbrojnie w Iraku, a żołnierze prowadzą misje wojenne w kilkunastu innych krajach Afryki i Bliskiego Wschodu.

Ale wśród krajów, z którymi USA nie toczą wojny, są Chiny. W końcu jak można prowadzić wojnę z krajem, któremu Stany Zjednoczone są winne jeden na siedem dolarów swojego długu? W kraju, w którym Apple ma 228 milionów iPhone'ów, czyli dwukrotnie więcej niż w samych Stanach Zjednoczonych? Kraju, któremu USA dały właśnie pozwolenie, by dwóch największych gigantów z Wall Street: Goldman Sachs i Morgan Stanley, ulokowało większość kapitału w ich podmiotach?

Tak myśleliśmy aż do wtorku, kiedy strona Task & Purpose, zrzeszająca obecnych i byłych żołnierzy, ujawniła przemówienie Sekretarza Marynarki Wojennej, Thomasa Modly’ego, skierowane do załogi Roosevelta po skandalu z e-mailem Croziera. „Jedną z rzeczy, która najbardziej zaniepokoiła mnie w tym e-mailu, jest stwierdzenie, że nie jesteśmy w stanie wojny. No cóż, technicznie nie jesteśmy w stanie wojny. Ale powiem jedno: powód, dla którego musimy się z tym zmierzyć, to autorytarny reżim, który nie był uczciwy w kwestii rozprzestrzeniania się wirusa i naraził świat na niebezpieczeństwo, aby chronić siebie i swoją reputację”.

Czy więc Stany Zjednoczone są w stanie wojny (nawet jeśli nie „technicznie”) z „autorytarnym reżimem zwanym Chinami”? Modly nie spodziewał się, że jego przemówienie zostanie upublicznione i faktycznie zapłacił cenę za ten wyciek zarzutów. Ale jego odwołanie nie było spowodowane atakiem na Chiny, ale na Croziera, który prawdopodobnie mógł zostać ponownie mianowany kapitanem statku. W rzeczywistości słowa byłego sekretarza marynarki wojennej są odzwierciedleniem myśli części liderów politycznych Stanów Zjednoczonych. Dotyczy to zarówno rządu Donalda Trumpa, jak i będących w opozycji Demokratów.

Zmiana polityki USA wobec Chin nie jest nowa. W rzeczywistości, jak napisał Richard Haas, przewodniczący think tanku Council on Foreign Relations – najbardziej wpływowego w polityce zagranicznej USA i będącego pomostem między Wall Street a Departamentem Stanu – „pademia przyspieszy historię prędzej, niż ją zmieni”.

Waszyngton zaczął dystansować się od Pekinu od czasów prezydentury George’a W. Busha. Za czasów Baracka Obamy USA bezskutecznie próbowały przeprowadzić zmianę, czyli skoncentrowanie strategicznego zainteresowania na Pacyfiku, a nie na Bliskim Wschodzie, czy w Europie. Trump ten trend próbuje wzmocnić.

Teraz USA prowadzą serię otwartych konfrontacji z Chinami w kwestiach handlowych, technologicznych i wojskowych. W tym tygodniu ekipa prezydenta ogłosiła, że zwróci się do urzędu regulacji rynku telekomunikacyjnego o wycofanie licencji na prowadzenie działalności w USA dla firmy telefonicznej China Telecom. Trump zmienił też doktrynę wojskową USA. Wrogiem nie jest teraz terroryzm na Bliskim Wschodzie, ale Chiny, z którymi być może trzeba będzie prowadzić walkę za pomocą konwencjonalnych sił morskich i powietrznych.

Teraz koronawirus zaostrzył napięcie. Donald Trump i jego zespół wciąż nazywają go „wirusem z Wuhan” lub „chińską grypą” i bezpośrednio obwiniają rząd Xi Jinpinga za ukrywanie zakresu pandemii. Ideologiczna część zespołu prezydenta chce nowej, zimnej wojny z Chinami. Tu najsilniej działa konserwatywny think tank Heritage Foundation i część Departamentu Stanu i Obrony.

Jednak, jak wyjaśnia dyrektor wykonawczy w firmie konsultingowej specjalizującej się w Chinach, „Trump nie jest ideologiem. Ostatecznie jego działania zależeć będą od tego, co według niego będzie najlepsze w kontekście reelekcji”. Dodatkowo należy podkreślić, że Chiny przyczyniły się do wzrostu światowej gospodarki o około 25 proc. w ciągu ostatniej dekady. „Mnuchin i Kushner to pragmatycy, są zainteresowani ekonomią i nie chcą zimnej wojny” – mówi ta sama osoba, odnosząc się do sekretarza skarbu Steve'a Mnuchina oraz zięcia i starszego doradcy Trumpa, Jareda Kushnera.

W rzeczywistości i pomimo retoryki obu stron Waszyngton i Pekin nadal współpracują w celu zatrzymania pandemii koronawirusa. Oba kraje kontynuują negocjacje handlowe. Chiński ambasador w USA Cui Tiankai nazwał „szaloną” wypowiedź rzecznika chińskiego MSZ Zhao Lijiana, że ​​Covid-19 został stworzony i rozproszony przez Siły Zbrojne USA.

Jest też kluczowy czynnik: Chiny nie chcą być światowym hegemonem. Gdyby rzeczywiście Pekin dążył do osiągnięcia tego celu, zaoferowałby redukcję zadłużenia krajom rozwijającym się, których gospodarki załamują się jedna po drugiej z powodu koronawirusa.

– Gdyby to był cel Chińczyków, to mogliby zamienić całą Afrykę oraz większość Azji i Ameryki Łacińskiej w prawdziwą kolonię – wyjaśnia przedstawiciel urzędu.

Celem Xi Jinpinga jest to, aby Chiny czerpały korzyści z globalizacji bez ponoszenia kosztów. Zatem koronawirus wydaje się idealnym pretekstem do zaostrzenia napięć między dwoma wielkimi światowymi potęgami. Ale nie wygląda na to, aby planowali Drugą Zimną Wojnę.

Tymczasem Pekin kontratakuje. Obecnie na Weibo, chińskiej sieci społecznościowej podobnej do Twittera, rozpowszechniono kilka filmów, które w sarkastycznym tonie podkreślają „kłamstwa” Trumpa podczas kryzysu koronawirusowego. W niektórych scenach karykaturują go, przedstawiając jako pomarańczowy balon, który puchnie, gdy komentuje pandemię, aż w końcu wybucha. Niektóre z tych filmów publikowane były na kontach związanych z „Dziennikiem Ludowym”, oficjalną gazetą Komunistycznej Partii Chin.

To jest jak gra w kotka i myszkę. Jednego dnia kąsa jeden, następnego drugi. Jeśli Trump w swoich wystąpieniach prowokuje mówiąc „chiński wirus”, po drugiej stronie oceanu nazywają go „rasistą i ksenofobem”. Jeśli prezydent USA powtarza w kółko, że wszystko, co się wydarzyło, jest spowodowane spóźnioną reakcją Pekinu na powstrzymanie wybuchu, propagandowe chińskie media związane z partią rządzącą reagują szyderczymi artykułami, które kwestionują zdolność Trumpa do dowodzenia w walce z pandemią.

Rzeczywistość jest taka, że ​​chiński rząd zlekceważył początek epidemii. Administracja Trumpa też nie dostrzegła powagi Covid-19. Ale błędy obu krajów nie doprowadziły do zbliżenia dyplomatycznego. Wręcz przeciwnie. Dyplomacja w czasach koronawirusa nigdy nie była bardzo ważna dla tych dwóch głównych graczy politycznych.

Ale stało się coś dziwnego. Nie należy zapominać, że w tym sporze stronami są kraj demokratyczny i kraj autorytarny. I to ten drugi zyskał więcej współczucia w ostatnich tygodniach. Chiny, informując, że pokonały koronawirusa, są traktowane jak wybawiciel. Wiele państw kupiło ten przekaz. Ponieważ ostatecznie zdjęcie samolotu z chińską flagą, wypełnionego maskami i lądującego na pustym lotnisku, jest najlepszą strategią marketingową.

Azjatycki gigant wiedział, jak odwrócić kota ogonem. Przeszedł od ukrywania informacji, kiedy wirus zaczął się rozprzestrzeniać w całym Wuhan, do prezentacji światu swojego sukcesu polegającego na wprowadzeniu drakońskich przepisów. Przeszli od uciszania lekarzy ostrzegających przed epidemią i eliminowania dowodów na obecność wirusa w laboratoriach, do wysyłania materiałów medycznych do krajów dotkniętych Covid-19.

Niebagatelna w tym była rola prezydenta Xi. Przeszedł od ukrywania się przed mediami do kierowania globalnym kryzysem związanym z koronawirusem. Przemówił dopiero 25 stycznia, dwa dni po zamknięciu Wuhan. „Stoimy w obliczu poważnej sytuacji” – powiedział. Teraz Pekin ma jasną strategię: odwrócić uwagę od epicentrum pandemii, co pozwoli światu zapomnieć, że przez tygodnie ukrywano pojawienie się choroby.

Ponieważ według gazety „South China Morning Post”, która uzyskała dostęp do poufnych dokumentów rządowych, pierwszy przypadek choroby miał miejsce 17 listopada. Ale pierwsze wieści o dziwnym zapaleniu płuc w nieznanym mieście Wuhan dotarły do ​​Europy dopiero 31 grudnia.

Odmawiając wzięcia odpowiedzialności za epidemię, władze w Chinach jeszcze bardziej skoncentrowały się na działaniach wzmacniających Xi Jinpinga, a reżim skutecznie tropił i zwalczał każdy krytyczny głos. Ostatni przykład: zniknięcie Ren Zhiqianga, magnata i byłego członka Partii Komunistycznej, który napisał esej, w którym wspomniał o represjach wobec prasy i napisał, że przywódca kraju – nie wspominając jego imienia – to „żądny władzy klaun”.

Chińskie gazety, takie jak „Global Times”, atakują USA za szukanie „kozła ofiarnego”, który usprawiedliwiałby złe zarządzanie pandemią. „Najpierw to były Chiny, a teraz WHO” – mówi członek redakcji. „Chiny spowolniły rozprzestrzenianie się wirusa, podczas gdy USA przymknęły na niego oko”.

Źródło: elmundo.es