Kiedy kilka lat temu aktywiści antyhodowlani karmili opinię publiczną pierwszymi kampaniami dyskredytującymi hodowców drobiu, producentów mleka czy rolników utrzymujących zwierzęta futerkowe, działania te wywoływały salwy śmiechu w kręgach konserwatywnych. Z czasem napięcia na linii rolnicy – „ekolodzy” zaczęły się radykalizować. Dziś nikt już śmiać się nie powinien.

bones64/Pixabay

Przez ostatnie kilka lat dowiedzieliśmy się od „ekologów”, że buhaj potrafi dawać mleko, kury odczuwają zaawansowane stany emocjonalne, hodowcy biją norki (bo przecież uszkodzona skóra warta jest więcej), picie mleka powoduje trądzik, a – jak wyjaśniała dzieciom PETA – przygotowując obiad „mamusia zabija zwierzęta”. Aktywiści próbowali obrzydzić nam wszystko, co związane jest z tradycyjnym rolnictwem wmawiając jednocześnie, że weganizm jest zbawieniem dla świata.

Aby nam to wytłumaczyć, dopuszczano się zakłócania Mszy Świętej dlatego, że w Wielkanoc spożywane są jajka. Aby nam to wytłumaczyć, w Stanach Zjednoczonych podczas nabożeństwa dźgnięto kobietę nożem, bo była w futrze. Abyśmy to lepiej zrozumieli, polskim hodowcom zwierząt wysyłano listy z pogróżkami, życząc ich rodzinom śmierci, a w gospodarstwach jednego z nich doszło do serii pożarów (ale to przecież nie aktywiści, dla których ten znany hodowca jest wrogiem numer jeden). Wiadomo że „ekolodzy” dostali całe serie przelewów z zagranicy – wprost chwalili się dofinansowaniami od zagranicznych podmiotów na walkę z polskim rolnictwem. Wymieniać można by długo…

Te wszystkie niecne uczynki nie doprowadziły do zohydzenia tej ideologii zachodniemu społeczeństwu – wręcz przeciwnie. W Polsce aktywiści dostali w prezencie wysyp wegańskich restauracji, Sylwię Spurek w Parlamencie Europejskim, Piątkę dla zwierząt czy wreszcie Europejski Zielony Ład, który stanowi jedną z krańcowych emanacji głupoty europejskich dygnitarzy, którzy z pieniędzy mieszkańców Wspólnoty finansują kosztującą miliardy euro hucpę „ekologicznych” aktywistów. Ale to nie koniec.

Nowa fala głupoty

Po serii wspomnianych wcześniej fatalnych pomysłów nadszedł czas na dwa krańcowe rozwiązania. Pierwszym z nich byłą inicjatywa Koniec Epoki Klatkowej, za którą skryła się rzesza organizacji antyhodowlanych. Jej celem miało być niemal całkowite wyrugowanie klatek z chowu i hodowli zwierząt. I ta akcja też wywołała początkowo fale śmiechu. Do czasu – ponieważ w ubiegłym roku komisja rolnictwa Parlamentu Europejskiego wstępnie zaaprobowała rozwiązanie zaproponowane przez „ekologów”. To jednak nie wystarczyło.

Do Komisji Europejskiej trafiła bowiem kolejna inicjatywa – End The Slaughter Age, czyli w wolnym tłumaczeniu „Koniec Epoki Rzezi”. Jedynym jej celem jest likwidacja na terytorium Unii Europejskiej wszelkiej hodowli zwierząt w celach służących człowiekowi. Nie trzeba być ekonomicznym geniuszem, by zauważyć, że ewentualne wejście w życie tego rozwiązania oznaczałoby koniec europejskiego rolnictwa. Aby organy unijne zajęły się sprawą, aktywiści zebrać muszą milion podpisów, co – biorąc pod uwagę budzące się w zlaicyzowanej Europie lewicowe nastroje – nie powinno stanowić trudności. Czy Komisja Europejska będzie starała się „popchnąć” dalej taki pomysł? Nie wiadomo. Biorąc jednak pod uwagę doświadczenia płynące z Zielonego Ładu, można mieć poważne obawy.

Ludzi mieć za nic

Autorzy inicjatywy pokazują, że wyżej stawiają zwierzęta niż ludzi. Naturalną konsekwencją wejścia w życie End The Slaughter Age byłby definitywny upadek sektora hodowli zwierząt w Unii Europejskiej. Doprowadziłoby to do bankructwa milionów osób i pozostawienia ich pracowników, wraz całymi rodzinami, bez środków do życia. Kolejnym następstwem byłby upadek szeregu gospodarstw wyspecjalizowanych w uprawie roślin paszowych. Hodowla zwierzęca z Europy wypchnięta zostałaby do Chin, USA, Brazylii i szeregu innych państw, które chciałaby zarobić na umysłowej ułomności Europejczyków. Te same kraje napędziłyby eksport żywności pochodzenia zwierzęcego do Europy. Żywność ta byłaby jednak znacznie droższa niż dziś, co doprowadziłaby do drenażu ogromnych kwot poza granice Unii Europejskiej.

Warto zaznaczyć, że to wszystko aktywiści antyhodowlani proponują nam w czasie trwającej rosyjskiej inwazji na Ukrainę, której efektem jest pogłębianie się w szalonym tempie kryzysu żywnościowego w Afryce, Azji i Ameryce Środkowej. To jednak lewicowych ekstremistów nie obchodzi. Wszystko to staje się mało ważne, gdy pomyślimy o wspaniałym dobrodziejstwie, którym obdarzyć nas chcą wojownicy o klimat – a są to: sztuczne mięso z laboratorium i roślinne potrawy imitujące mięso.

Ergo: aktywiści chcą przehandlować przyszłość milionów ludzi za sojowe kiełbaski. Najsmutniejsze w całej tej historii jest przeświadczenie, którego rolnicy od lat nie mogą się pozbyć. Przeświadczenie, że politycy zasiadający na brukselskich tronach naprawdę uwierzyli w (sfabrykowaną) ideę, odrzucając tym samym możliwą biznesową proweniencję zielonej ideologii.

Poprzedni artykułPolski biotech ma potencjał, ale łatwo nie będzie
Następny artykułEmitujemy coraz mniej CO2