Szef MON Mariusz Błaszczak zatwierdził umowę ramową na zakup 288 zestawów systemu artylerii rakietowej K239 Chunmoo wraz zapasem amunicji z Korei Południowej. Pierwszych 18 wyrzutni, na podwoziach polskiego Jelcza, ma zostać dostarczonych w przyszłym roku. Czy zakup koreańskiego systemu okaże się szansą dla popularnych w czasach PRL-u Jelczy?

Jelcz P662D35 (2012 r.) używany przez Nadbrzeżny Dywizjon Rakietowy (fot. Wikipedia)

Niestety samochody ciężarowe marki Jelcz nie są obecnie częstym widokiem na drogach. Na szczęście od kilkunastu lat jelczańską fabrykę opuszczają pojazdy przeznaczone dla Wojska Polskiego. „Na szczęście”, gdyż takiego losu nie doczekał przejęty przez MAN-a  polski Star.

W okresie PRL-u ciężarowe jelcze i stary królowały na polskich drogach. Samochody te stanowiły trzon floty państwowych przedsiębiorstw transportowych. Popularne stary stały się wtedy (obok przeznaczenia cywilnego) podstawą transportu polskiego wojska. Starów było też – obok jelczy – pełno w państwowych strażach pożarnych.

Zmiany gospodarcze wprowadzone po 1989 r. sprawiły, że polskie ciężarówki zaczęły ustępować nowym i używanym pojazdom sprowadzanym z Europy Zachodniej, co nie znaczy, że nie dałoby się ich uratować (tutaj wystarczy chociażby przykład czeskiej marki Tatra). Co stało się z marką Star wiemy. Każde przedsiębiorstwo ma w genach walkę z konkurencją (najlepiej, by dało się ją w ogóle wyeliminować). I tak Star został kupiony przez MAN-a, który niebawem wybudował swoją fabrykę w Niepołomicach – to już jest jednak inna historia).

Jelcz w nowej, kapitalistycznej rzeczywistości sukcesywnie modernizował i rozszerzał ofertę dostępnych pojazdów na rynku. Niestety jego sprzedaż systematycznie malała. Z czasów dawnej świetności, gdy fabryka wytwarzała nawet 1500 pojazdów rocznie, w Jelczu zostało niewiele. Jeszcze w 1997 r. na polski rynek trafiły 534 egzemplarze ciężarówek. Kolejne lata dolnośląska firma kończyła ze spadkiem sprzedaży: 1998 – 393 sztuki, 1999 – 265 sztuk, 2000 – tylko 217.

Wielkie załamanie nastąpiło w roku 2001, w którym odbiorcom przekazano jedynie 86 ciężarówek. Kolejny rok zakończono wynikiem 68 sprzedanych egzemplarzy, natomiast w 2003 wyprodukowano ostatni samochód ciężarowych dla odbiorcy cywilnego. Był nim Jelcz P642 z zabudową pożarniczą, przeznaczony na eksport do Libii. Ostatnia próba ratowania Jelcza miała miejsce w 2001 r., gdy z Zakładów Samochodowych Jelcz S.A. wydzielone zostały trzy nowe spółki zależne: Jelcz – Samochody Ciężarowe Sp. z o.o. (produkcja samochodów ciężarowych), Jelcz – Komponenty Sp. z o.o. (produkcja części zamiennych i podzespołów) oraz Jelcz – Autobusy Sp. z o.o. Pierwsza zbankrutowała już w 2004 r., a historia samych Zakładów Samochodowych Jelcz S.A. definitywnie zakończyła się w roku 2013 (firma była w upadłości od roku 2008). Pod skrzydłami Sobiesława Zasady sytuacja stała się dramatyczna. Pracownicy przez wiele miesięcy nie otrzymywali wynagrodzeń. Firma utrzymywała się wyłącznie dzięki – malejącym z każdym rokiem – zamówieniom na autobusy od dużych miast (np. z Krakowa). Niestety trwałość tych pojazdów pozostawiała dużo do życzenia. Ostatni autobus – Jelcz M083C przeznaczony dla MPK Kraków opuścił zakład blisko dwanaście lat temu – 29 października 2008 r.

Jelcz 043 –1985 r. (fot. Wikipedia)

Jednak mimo dramatycznej sytuacji, jeszcze w 2007 r. zadebiutowała nowa rodzina jelczańskich ciężarówek – Jelcz 400, która zastąpić miała popularne w latach 90. modele Jelcz 422. W 2010 r. zadebiutował, opracowany w Polsce, Jelcz P882 – czyli bazująca na serii 400 ciężarówka z napędem 8×8 stworzona specjalnie z myślą o wojsku.

Na szczęście wojsko zainteresowało się nowymi modelami Jelcza. Ostatecznie, w 2012 r., jedyną istniejącą jeszcze spółkę Jelcz – Komponenty Sp. z. o.o (wchłonęła Jelcz – Autobusy Sp. z o.o.) wraz z prawami do marki i dokumentacją techniczną przejęła Huta Stalowa Wola, której właścicielem jest Polska Grupa Zbrojeniowa, czyli koncern państwowy.

W 2018 r. Wojsko zamówiło aż 888 egzemplarzy tego pojazdu, które stały się podstawą wyposażenia także Wojsk Obrony Terytorialnej. Warto dodać, że – mimo pewnych niedociągnięć – wozy te cieszą się wśród wojskowych całkiem niezłą opinią. Auta napędza wysokoprężny silnik Mercedesa (przystosowany do wojskowych wymogów przez MTU) i – w zależności od warunków (szosa/teren) przewozić mogą ładunki o masie od 4 do 6 ton.

Jelcze mają też stosunkowo nowoczesną konstrukcję (kabina, modułowa instalacja elektryczna). Jeszcze dwa lata temu nowy prezes przedstawił swoją koncepcję rozwoju firmy zapowiadając, że Jelcz wróci do produkcji cywilnej. Sytuacja zmieniła się wraz z agresją Rosji na Ukrainę. Fabryka Jelcza pracuje teraz pełną parą na potrzeby wojska. Kooperacja z Koreańczykami w realizacji zamówienia na systemy artyleryjskie, które mają być montowane na podwoziach polskiego Jelcza z pewnością zapewni ciągłość produkcji (na jakiś czas). Warto jednak nie zapominać o rozwoju, by w przyszłości polska ciężarówka mogła skutecznie konkurować nie tylko na rynku zamówień dla wojska.

Poprzedni artykułKluby koszykarskie to też przedsiębiorcy. UOKiK nałożył na nie karę
Następny artykułChiny odbudowują Mur