Milczenie rządzących wobec uderzenia gospodarczego, jakie stanowi dla nas wojna, zaczyna robić się niepokojące. Nie da się zapłacić rachunków wojenną retoryką, a Polska nie jest z nikim w stanie wojny. Niby banał, ale trzeba go zacząć coraz głośniej powtarzać – pisze w najnowszym felietonie Łukasz Warzecha.

Fot. PAP/Artur Reszko

Czy wiedzą państwo, jak wygląda brzeg morski przed nadejściem tsunami? Pustoszeją całe kilometry kwadratowe przy brzegu. Dopiero potem w oddali pojawia się pędząca ściana wody. Na ucieczkę jest już wówczas na ogół za późno.

Jeśli idzie o gospodarcze skutki wojny na Ukrainie, jesteśmy w Polsce gdzieś w połowie tego pierwszego momentu. Woda już odpłynęła, ale jeszcze nie pojawiła się ściana wody. To jednak kwestia ledwie paru tygodni. Słychać już natomiast tajemniczy, odległy szum, którego źródła nie daje się zidentyfikować. A może raczej: wiemy, co on oznacza, ale nie chcemy w to wierzyć.

Ten szum to w tej chwili ceny paliwa. One na razie drenują nasze kieszenie, nie przerzuciły się jeszcze na ceny w sklepach, ale to właśnie kwestia paru tygodni. Rajd cen na stacjach w górę jest też napędzany galopującą deprecjacją złotówki. W tej chwili wykresy jej wartości do dolara, euro i franka szwajcarskiego wyglądają przerażająco: to wyniosły, stromy szczyt (lub dolina, zależnie, w którą stronę zestawiamy), dalece przewyższający wszelkie wartości z ostatniej dekady.

Powiedzmy sobie wprost: wojna Putina w połączeniu z sankcjami nałożonymi na Rosję pcha nas wprost ku katastrofie gospodarczej. To było oczywiście do przewidzenia – alergiczna reakcja rynków na waluty krajów Europy Środkowej, gdy coś złego dzieje się w naszym regionie, nie jest jakąś nowością. Podobnie jak co najmniej od momentu wybuchu wojny można było przewidzieć problemy z ropą. Gazprom zakręcił już również gazociąg jamalski. I to również dawało się przewidzieć. Czy w Alejach Ujazdowskich ktoś myśli nad planem złagodzenia skutków tych okoliczności? Nic o tym nie słychać.

W tym samym czasie Polska wzięła na siebie główny ciężar opieki nad uchodźcami, a rząd nieustannie zapewnia, że przyjmie wszystkich w każdej liczbie. Co zresztą jest oczywistością, bo tym razem mamy do czynienia z prawdziwymi uchodźcami, a nie inwazją migrantów ekonomicznych czy może raczej socjalnych. Choć nie jest już oczywiste, że wszyscy mają przebywać w Polsce. Ale o ewentualnej relokacji także cicho.

Czy w tej sytuacji czegoś państwu nie brakuje? Bo mnie tak: od ponad tygodnia słyszę nieustannie od polskich polityków wyrazy wsparcia dla Ukrainy (bardzo słusznie), zapewnienia o zaopiekowaniu się płynącymi do Polski Ukraińcami, pierwsze propozycje dodatków dla osób, które przyjęły do siebie kogoś z Ukrainy, a także bombastyczne opowieści rządzących o rozbudowie polskiej armii, choć nie za bardzo wiadomo, za co, o co i jak. Jedno, czego nie słyszę, to jakiekolwiek odniesienie do sytuacji ekonomicznej.

Może władza tego nie wie, ale dla rynków słowa mają również znaczenie. Gdyby na przykład pan prezydent w swoim ostatnim wystąpieniu, zamiast z ogniem w oczach opowiadać o bohaterstwie Ukraińców (niewątpliwym) i o tym, że zbrodniarze wojenni zostaną ukarani (wątpię), poświęcił je zapewnieniu, że Polska jest bezpieczna, a rządzący pracują nad rozwiązaniem najważniejszych problemów gospodarczych, choć generalnie gospodarka jest przecież stabilna – mogłoby nam to uratować na jakiś czas choć parę groszy kursu złotówki. Ale może nie miał kto tego panu prezydentowi podpowiedzieć.

To milczenie rządzących wobec uderzenia gospodarczego, jakie stanowi dla nas wojna, zaczyna się robić niepokojące. PR-owe tego przyczyny są jasne: po co szukać rozwiązania kwestii ekonomicznych, potwierdzając w ogóle w ten sposób, że one istnieją, skoro można zarabiać punkty poparcia na buńczucznych przemowach? Tyle że to bardzo krótkowzroczne. Gorąca faza konfliktu kiedyś się skończy. Skutki gospodarcze zostaną z nami na dłużej, a nie odnosząc się do nich dzisiaj w jakikolwiek sposób, rządzący zwyczajnie chowają głowę w piasek. Można natomiast założyć, że to lekceważenie dla sytuacji naszego kraju i stanu portfeli Polaków dogoni ich przed przyszłorocznymi wyborami na dwa sposoby. Po pierwsze – ponieważ zubożenie sprzyja napięciom i obym był złym prorokiem, ale z czasem entuzjazm wobec pomocy uchodźcom się zużyje, a zostaną narastające niechęci, związane z wyraźnym pogorszeniem statusu materialnego Polaków. Po drugie – bo za półtora roku ważniejsze będzie niemal na pewno to, że ludzi nie stać będzie na ogrzanie domów, niż to, co się teraz dzieje w bombardowanych ukraińskich miastach.

Nie da się zapłacić rachunków wojenną retoryką, a Polska nie jest z nikim w stanie wojny. Wiem, że to banał, ale chyba trzeba go zacząć coraz głośniej powtarzać.

Łukasz Warzecha

Poprzedni artykułSprzedają termy za połowę kosztów
Następny artykułCzołgi mają polskie oczy – historia wynalezienia peryskopu odwracalnego