Wdrażanie elektromobilności pod dyktando „zielonego” przyspieszenia poprzez zastępowanie – w bardzo krótkim czasie – samochodów spalinowych elektrycznymi, może załamać rynki motoryzacyjne uboższych krajów, w tym Polski. Przedsiębiorcy alarmują: należy zwolnić tempo, by firmy zyskały odpowiedni czas na inwestycje i dostosowanie produkcji.

elektromobilność - grafika wpisu
fot. rostichep/Pixabay

Wprowadzenie w życie najbardziej radykalnego planu „zielonych” zmian legislacyjnych UE (pod nazwą „Fit for 55”) załamie europejski przemysł motoryzacyjny. Z takich krajów jak Polska, która jest jedną wielką montownią aut, kapitał ucieknie dosłownie tam „gdzie pieprz rośnie”. Gdzie nie dusi się go coraz ostrzejszymi przepisami, układanymi pod linijkę pseudoekologicznego doktrynerstwa.

Ludzie stracą pracę

Jak wiadomo Polska nie dopracowała się w III RP własnego przemysłu motoryzacyjnego, a rządowy projekt elektrycznego „auta dla wszystkich Polaków” nie wyszedł dalej niż poza marzenia projektantów. Dla zagranicznych koncernów produkujemy kompletne jednostki napędowe, ale też i podzespoły, np. zawory, panewki, tłoki, tuleje cylindrowe, itd. Jest tego sporo. Fabryki silników i elementów związanych z przeniesieniem napędu mają w naszym kraju największe koncerny: Toyota, Mercedes, Volkswagen czy Stellantis. Przy wytwarzaniu silnikowych komponentów pracuje prawie milion ludzi. Ludzie ci będą musieli się przekwalifikować i albo zyskają nowe umiejętności, albo podzielą los zwalnianych górników.

Czy jednak zakłady zatrudniające rzesze Polaków mogą przestawić się na „produkcję elektromobilną” w tak krótkim czasie, jakby tego życzyli sobie eurokraci? – Nie da się po prostu. Ludzie stracą pracę i to zarówno ci, którzy pracowali bezpośrednio przy produkcji, jak również pracownicy firm działających w gospodarczym ekosystemie, który stworzył się wokół zakładów produkcyjnych – tłumaczy w portalu Interia.pl Tomasz Bęben, dyrektor zarządzający Stowarzyszenia Dystrybutorów i Producentów Części Motoryzacyjnych.

Ma być ekologicznie i kropka!

Komisja Europejska zdaje się też w ogóle nie brać pod uwagę bardzo zróżnicowanej siły nabywczej mieszkańców poszczególnych krajów Wspólnoty zmuszając ich do zakupu czegoś na co, po prostu, niewiele osób będzie stać.

Nie oszukujmy się: tak zwana elektromobilność w klasie aut osobowych jest to obecnie „zabawa” dla prawdziwie bogatych. Elektryczne auta są zdecydowanie droższe od tradycyjnych. Z badań JATO Dynamic wynika, że przeciętny samochód elektryczny jest obecnie aż o 75 procent droższy od swego odpowiednika z silnikiem spalinowym. Nawet amortyzowanie tego kosztu publicznymi dopłatami niewiele tu zmienia.
– Ważne jest, by wdrażanie Zielonego Ładu nie odbyło się kosztem najuboższych, czy też nie skutkowało ograniczeniem poziomu bezpieczeństwa energetycznego – ostrzega Leszek Wiwała, dyrektor generalny Polskiej Organizacji Przemysłu i Handlu Naftowego.

Niebezpieczne komponenty i co dalej?

Patrząc na cały cykl życia maszyny, elektryczne pojazdy wcale nie są bardziej ekologiczne od spalinowych, szczególnie tych najnowszej generacji. Zawierają bowiem mnóstwo niebezpiecznych toksycznych części, którymi trzeba się zajmować, a potem coś dalej z nimi zrobić. Warsztaty nienawidzą pokolizyjnych napraw aut elektrycznych nie z powodu braku kompetencji mechaników, ale „wybuchowych” baterii i innych niebezpiecznych elementów użytych w ich produkcji.

Zamiast więc poganiać pejczem przemysł motoryzacyjny do przestawienia się – pod groźbą wysokich kar – na elektroprodukcję, wszechwiedzący eurokraci i hurrazwolennicy nawrotu do wieku pary i elektryczności powinni najpierw dokładnie przemyśleć cały proces, by nie „wylać dziecka z kąpielą”.