Polska potrzebuje nowego otwarcia. Musimy stworzyć takie warunki dla rozwoju i konkurencji wewnątrz kraju, by nie zmarnować nadchodzącej dekady.

fot. adnovak (pixabay.com)

Od kilku miesięcy oczekujemy szczegółów tzw. Nowego Ładu, czyli rządowego programu zmian w otoczeniu społeczno-gospodarczym. Program ma być nową filozofią myślenia o społeczeństwie i gospodarce w nowej, pokoronawirusowej dekadzie.

Faktem jest, że Polska potrzebuje nowego otwarcia. Pakietu odważnych reform, które stworzą przyjazny klimat do wyjścia z kryzysu epidemiczno-gospodarczego. Będą impulsem. Sprawią, że nasz kraj będzie jeszcze szybciej nadrabiał zaległości w stosunku do państw tzw. Zachodu. Musimy stworzyć takie warunki dla rozwoju i konkurencji wewnątrz kraju, by nie zmarnować nadchodzącej dekady.

Faktem też jest, że zmarnowaliśmy już 10 procent tej dekady. Koronakryzys doświadcza nas już czternasty miesiąc, a poza medialnymi przeciekami nie znamy nawet szczegółów Nowego Ładu, który ma nam pozwolić z tego kryzysu wyjść. Trzeba pamiętać, że samo ogłoszenie założeń nie załatwia sprawy. Kolejny rok lub dwa będzie trzeba poświęcić na wdrożenie założeń do polskiego porządku prawnego.
W jednej trzeciej nowej dekady zobaczymy zatem dopiero pierwsze zapisy ustaw. Wiele z założeń oczywiście znajdzie się w przepisach w zmienionym kształcie, wiele zostanie po prostu zaniechanych. Wiele paragrafów pozostanie bez wpływu na realny krwioobieg gospodarczy, tak jak na przykład, w minionych latach, zapisy mające pobudzać inwestycje. Inwestycje i tak padły, pomimo wielkich planów i wdrożonych ustaw mających je pobudzać. Pierwszych, nawet najmniejszych efektów Nowego Ładu można zatem będzie się spodziewać najwcześniej w połowie dekady. Polski new deal będzie tak naprawdę miał wpływ nie na wychodzenie z recesji – jego skutki (o ile w ogóle) zaczną być odczuwalne w okresie rozkwitu gospodarki po roku 2024.

Powyższa, realna i trzeźwa perspektywa czasowa pokazuje nam, jak powolnie administracja publiczna reaguje na zmiany. Inny przykład to praca zdalna. Miliony Polaków pracuje już w tej formie od ponad roku, a prace nad zapisami w kodeksie pracy nie wyszły jeszcze poza ustalenia strony rządowej ze związkami zawodowymi oraz pracodawcami. Pracę zdalną zobaczymy w kodeksie pracy w momencie, gdy większość z nas wróci już do biur.
Analogicznie może się więc okazać, że ze skutkami koronakryzysu rząd będzie walczył nie w tej, ale już w kolejnej dekadzie, gdy wszyscy o latach 2020-2021 zapomną.
Bynajmniej nie jest to żart. Przypominam, że dziś ciągle na afiszu „nierozwiązanych problemów” są kredyty frankowe mające swoje źródła w kryzysie z 2008 roku.

Nowy Ład pojawi się opóźniony. Ale większy niepokój budzi to, co się w nim ma znaleźć. Bazując na przeciekach medialnych, pozytywnie można ocenić plany zwiększenia kwoty wolnej od podatku, czy przesunięcie II progu podatkowego. Prawdziwą grozę budzą jednak plany podwyższenia wysokości składki zdrowotnej. Rząd będzie zapewne argumentował, że należy solidarnie ponieść koszty pandemii, a system zdrowia był od lat niedofinansowany. Kto nie da na to pieniędzy, ten bezduszny ekonokrata i neoliberał dbający tylko o napchanie swojej kieszeni. To być może usłyszymy.

Odpowiem na te narracje wyprzedzająco. Ale to już w kolejnym felietonie. Za miesiąc. Mamy czas. Na szybkie działania rządu i tak się nie zanosi.