Okazuje się, że amatorzy zmieniania świata nie tylko nie zniknęli, ale w dodatku się przekwalifikowali na całkiem odmienną ideologię, to znaczy – ekologię. A poważni ludzie dostrzegli w tym możliwość zagarnięcia poważnych pieniędzy, poobsadzali więc wariatami instytucje międzynarodowe i organy Unii Europejskiej – pisze w swoim najnowszym felietonie Stanisław Michalkiewicz.

Karol Marks, który twierdził, że nie chodzi o to, by świat objaśniać, tylko by go zmieniać, wykombinował sobie, że „byt” określa „świadomość”. Znaczy – jest „baza”, czyli „byt” i „nadbudowa”, czyli „świadomość” i inne takie dyrdymały. W tej sytuacji zmienianie świata na lepsze wydawało się proste jak budowa cepa: wystarczy zmienić „byt”, a „świadomość” już sama się zmieni.

Rosjanie powiadają, że każdy durak po swojemu s uma schodit – co się wykłada, że każdy wariat wariuje na swój unikalny sposób – no a Marks właśnie w taki. Gdyby tylko on zwariował, to jeszcze pół biedy; najwyżej zostałby w plecionce odstawiony do infirmerii i byłoby po sprawie. Niestety – jak pisze ktoś spostrzegawczy – „głupiec zawsze znajdzie głupca, który go uwielbia”, a w przypadku Marksa były ich miliony. W jego teorii podobał im się zwłaszcza pomysł likwidacji własności prywatnej – bo marksiści po cichu kombinowali, że Marksowi nie tyle chodzi o likwidację własności, ile o zmianę właściciela.

Podobnie bowiem nawijał Proudhon – że „własność jest kradzieżą”. Najwyraźniej wiedział, co mówi, bo razem z innymi filutami założył Bank Robotniczy. Akcja banku kosztowała 5 franków, czyli tyle, co nic, w zamian za co akcjonariusze mieli mieć dostęp do tanich kredytów i dywidend. Czas jednak mijał, a tu ani kredytów, ani dywidend. Nikt nie wiedział dlaczego, aż do momentu, gdy córka Proudhona wychodziła za mąż i okazało się, że ojciec zgromadził dla niej prawdziwie królewski posag. Toteż ożywiani takimi nadziejami marksiści skwapliwie rzucili się do rewolucji: „Brudną i mokrą swą robotą przecież parają się nie po to, by takie odnieść stąd korzyści, że obłąkany świat się ziści. Kiedy zwycięskie toczą boje ze straszną reakcyjną hydrą, to chcą mieć pewność, że na zawsze zdobędą to, co hydrze wydrą” – pisze poeta.

Sprawy okazały się jednak trochę bardziej skomplikowane, bo ze względów prestiżowych absolwenci akademii pierwszomajowych, co to posiedli wiedzę tajemną w postaci obiektywnych praw rozwoju społecznego, własność musieli nadal potępiać, a bez własności trudno motywować ludzi do wysiłku, bez którego o żadnej gospodarce mowy być nie może. Toteż wszystko zaczęło się kawalić, co pięknie opisał Stanisław Lem w „Bajce o trzech maszynach opowiadających króla Genialona”. Występuje tam niejaki Malapucyusz Chałos, który nic – tylko pragnął naprawiać świat – ale oczywiście doprowadził go na skraj przepaści. Jednak zanim to nastąpiło – umarł. Wskrzeszony przez Wendecjusza Ultoryka Amentego znowu rzucił się do poprawiania świata, bo okazało się, że poprzednio się pomylił, ale teraz, to już na pewno mu się uda. Jednak… Ale nie będę przecież streszczał całej bajki.

Ciekawe, że jeszcze za pierwszej komuny prof. Bronisław Łagowski twierdził, że komunizm nie może zwyciężyć na całym świecie. Przynajmniej jedno państwo – powiadał – musi pozostać normalne, żebyśmy wiedzieli, ile co naprawdę kosztuje. Tymczasem marksiści zaczynają od ustanawiania cen, przez co od razu pozbawiają się podstawowej informacji gospodarczej. Toteż wszelkie próby „reformowania” gospodarki socjalistycznej spełzły na niczym, bo już starożytni Rzymianie zauważyli, że ex nihilo nihil fit, co się wykłada, że z niczego tylko nic może powstać. Pamiętam z czasów studenckiej młodości „system bodźców materialnego zainteresowania” – wykombinowany przez ówczesnego tytana myśli ekonomicznej, niejakiego Bolesława Jaszczuka. Nikt do końca nie wiedział, o co tam chodziło, aż wreszcie w roku 1970 nastały „wydarzenia grudniowe”, a potem opowiadano już inne bajki.

Epigoni tamtych czasów działają do dzisiaj w Komunistycznej Partii Polski, ale – jak pisze poeta – „tymczasem na mieście inne były już treście”. Nie tylko odstąpiono w ruchu komunistycznym od bolszewickiej strategii w myśl „bytu” określającego „świadomość”. Okazało się bowiem, że może być odwrotnie, że „bazą” może być „świadomość”, a „byt” – „nadbudową”. Ale poza osobliwą trzódką parlamentarzystów, którzy – jak to filuci – na użytek gawiedzi udają, że myślą, iż to wszystko naprawdę, a w rzeczywistości prywatyzują sobie, co się tylko da, żeby spokojnie wypić i zakąsić, te rzeczy mało kogo obchodzą. Nie znaczy to bynajmniej, że amatorzy zmieniania świata zniknęli. Nie tylko nie zniknęli, ale w dodatku się przekwalifikowali na całkiem odmienną ideologię, to znaczy – ekologię. Chodzi o to, żebyśmy zdrowi byli. A kiedy będziemy zdrowi? To proste, jak budowa cepa: kiedy nie będziemy chorować. A kiedy nie będziemy chorować? To też proste; kiedy będzie zdrowe powietrze, woda czysta i trawa zielona, bez konieczności specjalnego malowania jej na przyjazd I sekretarza. Ponieważ poważni ludzie dostrzegli w tym możliwość zagarnięcia poważnych pieniędzy, poobsadzali wariatami instytucje międzynarodowe i organy Unii Europejskiej, dzięki czemu proklamowany został „Zielony Ład”. Ciekawe, że wraz z proklamowaniem tego „Ładu” odżyła koncepcja „bodźców ekonomicznych”. Okazuje się, że każda myśl, choćby raz rzucona w przestrzeń, prędzej czy później znajdzie swego amatora.

Myślą przewodnią „Zielonego Ładu” jest ta sama idea, jaka przyświecała „Nowemu Ładowi” zainicjowanemu przez prezydenta Franklina Delano Roosevelta w Stanach Zjednoczonych. Chodzi o to, by gospodarką i w ogóle – wszystkim – zarządzali urzędnicy. W odróżnieniu od dawnego marksizmu, w którym na straży świętego ognia mieli stać mełamedzi, bo któż od nich lepiej fersztejen obiektywne prawa rozwoju społecznego? – teraz ulubieńcami bogów są urzędnicy. Jak tylko jakiś osobnik otrzyma nominację, natychmiast jednym susem wskakuje na wyższy stopień świadomości, dzięki czemu może już spokojnie zabierać się do naprawiania świata. Ta rewolucyjna praktyka wymaga uzupełnienia rewolucyjną teorią. Okazuje się, że to nie  żaden „byt” określa świadomość, tylko nominacja.

Ale – podobnie jak to było za pierwszej komuny – zawodzi koordynacja. Jeden departament kombinuje po swojemu, a drugi – też po swojemu, tylko całkiem inaczej. Tak jest i teraz; jeden departament walczy ze smogiem, a drugi pragnie zmusić wszystkich do posługiwania się ekologicznym gazem. Jak wiadomo, jest to gaz rosyjski, ale tylko taki, który będą sprzedawały Niemcy. Ostatnio bardzo on podrożał, jednak nie wpływa to na walkę ze smogiem i okazało się, że tylko na Śląsku większość gospodarstw domowych jest nielegalnych z powodu „kopciuchów”. Co z tym fantem zrobić? Myślę, że nadzieja w rządowych funduszach osłonowych. Jak wiadomo, z każdym dniem przybywa ich coraz więcej. Właściciele „kopciuchów” będą palili w nich banknotami, które stanowią chyba najbardziej ekologiczne paliwo, dzięki czemu „kopciuchy” nie będą takie groźne, a i podwyżki cen gazu nie będą aż takie dotkliwe.

Stanisław Michalkiewicz

Poprzedni artykułBarbarzyńska cenzura w natarciu, czyli czym podpadła Konfederacja
Następny artykuł„Socjalny raj” zawiódł Polaków