fbpx
niedziela, 28 maja, 2023
Strona głównaFelietonŻonkile dla ofiar Ukraińców?

Żonkile dla ofiar Ukraińców?

Brakuje równowagi zarówno w stosunkach polsko-żydowskich, jak i polsko-ukraińskich.

Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN corocznie organizuje akcję społeczno-edukacyjną Żonkile. Ma ona przypominać ludziom na całym świecie wybuch powstania w getcie warszawskim z 1943 r. Na znak pamięci ludzie mają sobie przypinać żółtego żonkila. W tym roku wolontariusze rozdawali żonkile na ulicach wielu miast Polski, w tym m.in. Warszawy, Łodzi, Krakowa, Wrocławia, Białegostoku i Lublina. Organizatorzy rozdali 450 tysięcy papierowych kwiatów. W instytucjach publicznych, samorządowych i szkołach odbywały się pogadanki i apele na ten temat. W akcję włączyły się znane osobistości, jak pisarka Hanna Krall czy aktorka Magdalena Cielecka i inne mniej znane osoby.

Patroni i sponsorzy

Jak poinformował serwis tvn24.pl, z inicjatywy prezydenta Warszawy Rafała Trzaskowskiego wyprodukowano 150 tysięcy dodatkowych papierowych kwiatów, które trafiły do gmin i organizacji żydowskich na całym świecie. W Izraelu rozdano ponad 40 tysięcy żonkili, które trafiły m.in. do szkół oraz do uczestników uroczystego koncertu w Tel Awiwie Remembering Together. W akcję włączyły się także państwowe firmy. 19 kwietnia Polskie Linie Lotnicze LOT upamiętniły powstanie w getcie warszawskim poprzez przypięcie żonkili przez załogę pokładową na wszystkich trasach realizowanych tego dnia. Z kolei pasażerowie dzięki specjalnemu komunikatowi dowiedzieli się, że tego dnia mija 80. rocznica wybuchu insurekcji. Przy warszawskiej stacji metra Centrum można było zobaczyć mural upamiętniający cywilów przebywających w getcie warszawskim podczas powstania.

Honorowe patronaty nad akcją objęły władze samorządowe sześciu wymienionych miast, mimo że powstanie miało miejsce wyłącznie w Warszawie. Poza LOT-em partnerem akcji w tym roku były też takie firmy, jak Biedronka, Mennica Polska czy koncern Meta (co akurat jest zrozumiałe z uwagi na pochodzenie właściciela). Projekt został sfinansowany przez Norwegię, Islandię i Lichtenstein w ramach Funduszu Europejskiego Obszaru Gospodarczego (co EOG ma wspólnego z Żydami?), a także przez Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Z kolei patronat medialny nad akcją objęły m.in. takie publikatory, jak „Gazeta Wyborcza”, „Newsweek”, „Tygodnik Powszechny”, Onet i radio Tok FM.

Oczywiście to wszystko bardzo piękne. Warto znać i przypominać naszą trudną bardzo często historię. Ale dlaczego samorządowcy, szkoły, LOT i inne organizacje publiczne, jak ministerstwa, nie organizują podobnych akcji o zasięgu światowym na temat nie żydowskiej, ale również bardzo trudnej, a często znacznie boleśniejszej czysto polskiej historii? Tematów znalazłoby się całe mnóstwo: Katyń, operacja polska NKWD z 1937 r., wszystkie kolejne polskie powstania, eksterminacja polskich profesorów przez Niemców i Sowietów, dokonana przez Niemców rzeź Woli, zorganizowane przez Ukraińców ludobójstwo polskiej ludności cywilnej Wołynia itd.

Ukraińska Armia Halicka

W kontekście aktualnej sytuacji geopolitycznej warto by czytelnikom przypomnieć o Ukraińskiej Armii Halickiej, której działalność także pochłonęła wiele polskich ofiar. Za czasów zaborów na Zbruczu była granica pomiędzy monarchią austro-węgierską a Cesarstwem Rosyjskim. Ziemie na zachód od tej granicy należały do Austro-Węgier i nazywane były Galicją Wschodnią ze stolicą we Lwowie. Tereny wiejskie w większości zamieszkiwali Ukraińcy, ale w miastach przewagę miała ludność polska z domieszką ludności żydowskiej. Kiedy pod koniec 1918 r. wiadomo już było, że monarchia austro-węgierska nie będzie w stanie militarnie utrzymać tych terenów, zaczęły ze sobą walczyć dwa żywioły: polski i ukraiński. Polscy chcieli całą Galicję Wschodnią przyłączyć do odradzającego się państwa polskiego, a Ukraińcy planowali utworzyć Zachodnioukraińską Republikę Ludową. Doszło do kilkumiesięcznych walk pomiędzy Wojskiem Polskim a utworzoną właśnie Armią Halicką. Cały teren obecnej Ukrainy był wówczas areną walk co najmniej pięciu sił militarnych: poza Wojskiem Polskim i Armią Halicką działała tu także skonfliktowana z nią Armia Czynna Symona Petlury, która tworzyła podwaliny Ukraińskiej Republiki Ludowej, a potem wraz z Wojskiem Polskim walczyła z bolszewikami. Dodatkowo działały tu dwie armie rosyjskie – Armia Czerwona oraz walczące z nią antybolszewickie Siły Zbrojne Południa Rosji Antonego Denikina.

Wróćmy jednak do Ukraińskiej Armii Halickiej. Po zajęciu przez ukraińskie oddziały najważniejszych gmachów publicznych i obiektów wojskowych Lwowa, w listopadzie 1918 r. proklamowano utworzenie Zachodnioukraińskiej Republiki Ludowej. Na zachodzie granicą tego państwa miała być rzeka San, a więc takie miasta jak Przemyśl czy Jarosław miały wchodzić w jej skład, choć niektórzy Ukraińcy uważają, że ich ziemie sięgają aż po Krosno. Jednak pretensje do całej Galicji Wschodniej miała również odradzająca się Rzeczpospolita. Siłą rzeczy musiało dojść do konfliktu. Walki ze zmiennym szczęściem pomiędzy Ukraińcami a Polakami trwały do połowy roku 1919. Mimo wszystko strona polska okazała się silniejsza i odbiła Lwów oraz wyparła Armię Halicką za rzekę Zbrucz, która to rzeka znowu stała się rzeką graniczną. Po polskiej stronie poza Lwowem znalazły się także takie miasta jak Tarnopol czy Stanisławów. Aż do 1939 r., kiedy po trupie II RP weszła tu Armia Czerwona.

Cywilne ofiary Ukraińców

Z dzisiejszego punktu widzenia historyczne ziemie Galicji Wschodniej są podzielone pomiędzy Ukrainę i Polskę. W kontekście aktualnej ukraińskiej imigracji do Polski trzeba zdawać sobie sprawę z tego, że Ukraińcy nadal uważają tereny po rzekę San za swoje. Zwycięskie zmagania Wojska Polskiego z Armią Halicką ponad sto lat temu pozwoliły na przyłączenie do Polski sporego terenu. Szacuje się, że – jak podaje Michał Klimecki w książce Polsko-ukraińska wojna o Lwów i Galicję Wschodnią 1918-1919 – „wojna pochłonęła życie 10 tys. polskich i 15 tys. ukraińskich żołnierzy”.

Niestety dochodziło też do morderstw na miejscowej ludności cywilnej. Jak czytamy w książce trzech autorów Wojna polsko-ukraińska 1918-1919, „część regularnych oddziałów ukraińskich i zwykłe bandy rabunkowe w działalności swej przewyższały wszystko, co w dziedzinie zwyrodnienia i dzikości ludzkość wynalazła. (…) oddziały paliły wsie polskie, rozstrzeliwały parlamentariuszy i żołnierzy polskich, mordowały lekarzy i sanitariuszki oraz zakopywały żywcem”. Ówczesna specjalna komisja stwierdziła, że tylko w trzech powiatach doszło do ponad 90 morderstw na ludności cywilnej: „żołnierze ukraińscy oprócz zwykłego rabunku zbezcześcili wiele kościołów np. w Zbarażu, Fradze, Samborze, Niemirowie. Organizowano w kościołach tańce, bezczeszczono figury świętych itp. Znęcano się nad duchowieństwem rzymskokatolickim. Księdza Rysia z Wiśniewa zakopano żywcem. Zgwałcono zakonnice w trzech klasztorach. Zakonnice te później wysadzono w powietrze przy pomocy granatów. (…) szef sztabu jednej z brygad ukraińskich, a później generał wojsk ukraińskich założył dom publiczny z dziewcząt polskich w Żółkwi. W Chodaczkowie Wielkim koło Tarnopola, żołnierze ukraińscy w maju 1919 r. zamordowali 4 polskie dziewczęta, obcięli im piersi i używali ich jako piłek”. Okazuje się więc, że Wołyń w 1943 r. nie był jednorazowym wybrykiem naszych sąsiadów Ukraińców.

Czy o tym pamiętamy? Dlaczego ku pamięci tych ofiar cywilnych i wojskowych, których zginęła podobna liczba, jak w czasie powstania w getcie warszawskim (ok. 12 tys. Żydów), ministerstwo kultury czy samorządy nie finansują przypinania żonkili czy innych kwiatów? Dlaczego „Gazeta Wyborcza” i „Newsweek” co roku obszernie o tym nie informuje? Gdzie są ukraińscy politycy, którzy za to przepraszają, tak jak niemiecki prezydent Frank-Walter Steinmeier, który przyjechał w tym roku do Warszawy, by wziąć udział w obchodach 80. rocznicy powstania w getcie warszawskim i pochylić się przed Pomnikiem Bohaterów Getta? Czy w ogóle jest gdzieś w Polsce pomnik upamiętniający polskie ofiary wojny polsko-ukraińskiej z lat 1918–1919?

Tomasz Cukiernik

Każdy felietonista FPG24.PL prezentuje własne opinie i poglądy

Tomasz Cukiernik
Tomasz Cukiernik
Z wykształcenia prawnik i ekonomista, z wykonywanego zawodu – publicysta i wydawca, a z zamiłowania – podróżnik. Ukończył Wydział Prawa i Administracji Uniwersytetu Śląskiego oraz studia podyplomowe w Akademii Ekonomicznej w Katowicach. Jest autorem książek: Prawicowa koncepcja państwa – doktryna i praktyka (2004) – II wydanie pt. Wolnorynkowa koncepcja państwa (2020), Dziesięć lat w Unii. Bilans członkostwa (2005), Socjalizm według Unii (2017), Witajcie w cyrku (2019), Na antypodach wolności (2020), Michalkiewicz. Biografia (2021) oraz współautorem biografii Korwin. Ojciec polskich wolnościowców (2023) i 15 tomów podróżniczej serii Przez Świat. Aktualnie na stałe współpracuje z miesięcznikiem „Forum Polskiej Gospodarki” (i z serwisem FPG24.PL), tygodnikami „Do Rzeczy” i „Najwyższy Czas!”, oraz dwumiesięcznikami „Polonia Christiana” (i z serwisem pch24.pl) i „Magna Polonia”.

INNE Z TEJ KATEGORII

Koniec „wyścigów słoni”, czyli znów wylano dziecko z kąpielą

Wielokrotnie przywoływałem termin „kultura przesady”, powołany do życia przez mojego kolegę, prof. Antoniego Dudka. To pojęcie bardzo celnie ujmuje konstytutywną cechę naszego systemy politycznego. Ma ono jednak również zastosowanie do samej legislacji. Trochę głupio mi o tym pisać po raz setny, ale schemat wygląda tak, że pada jakaś deklaracja polityczna, która następnie w ekspresowym tempie jest przekładana na język przepisów – bez śladu analizy, rozważenia, czy istnieją już inne rozwiązania, które można zastosować, czy ten sam efekt da się osiągnąć w sposób mniej inwazyjny oraz przede wszystkim, czy problem faktycznie wymaga rozwiązania.
6 MIN CZYTANIA

Historia udowadnia, że jest słabą nauczycielką

Polemika z głupstwem nobilituje je bez potrzeby – pisał przed laty Stefan Kisielewski. Prawda dość oczywista, ale jakże trudno dla ludzi posługujących się tą sentencją przyswajalna. Sam Kisiel przecież notorycznie, przez całe życie polemizował wyśmiewając absurdy. Oczywiście z niewielkim skutkiem, bo głupota, nie tylko w dyskursie publicznym, ale i działaniach politycznych jak tryumfowała, tak i tryumfuje.
4 MIN CZYTANIA

Obyczaje jak za Sasa

Kupiłem sobie w antykwariacie książkę księdza Jędrzeja Kitowicza „Opis obyczajów za panowania Augusta III”. Autor dość późno poczuł wokację do stanu duchownego, a wcześniej z niejednego komina wygartywał, obracając się w różnych środowiskach, dzięki czemu jego opis w znacznej części opiera się na obserwacjach własnych. Wyjątkowo, na przykład w opisach Siczy Zaporoskiej i obyczajów „hajdamackich”, bierze z drugiej ręki.
6 MIN CZYTANIA

INNE TEGO AUTORA

Nowy stadion za 130 milionów wypełniany w 22 procentach

Tak marnuje się pieniądze podatników. Wybudowany za olbrzymią sumę piłkarski stadion wypełniany jest przez kibiców w zaledwie 22 proc. A bywało jeszcze gorzej.
2 MIN CZYTANIA

Eurokomisarz za czterodniowym tygodniem pracy

Unia Europejska powinna dążyć do wprowadzenia czterodniowego tygodnia pracy, zwłaszcza w sektorach, w których brakuje siły roboczej – powiedział Nicolas Schmit, unijny komisarz ds. zatrudnienia i praw socjalnych.
2 MIN CZYTANIA

Samorządowiec aresztowany za złote monety

Funkcjonariusze Centralnego Biura Antykorupcyjnego zatrzymali prezydenta Ostrowca Świętokrzyskiego. Sąd zdecydował, że trafi do aresztu na trzy miesiące.
< 1 MIN CZYTANIA