Czy wiecie, że odradzają się – w nowoczesnej postaci – rzemiosło, spółdzielczość, kooperatywna i indywidualna myśl techniczna? Ja nie wiedziałem. A okazuje się, że garażowe mikrofirmy to już światowy trend, trend oddolnej odpowiedzi na unifikację i marną jakość produktów wciskanych nam, za coraz większe pieniądze, przez korporacje.

garażowe mikrofirmy - grafika wpisu
fot: Ivan/Pexels.com

Jen Owen założył spółdzielnię, która „drukuje” protezy rąk i nóg. Protezy e-NABLE kosztują zaledwie 300-1100 dolarów. Za te spod taśmy produkcyjnej koncernów trzeba zapłacić co najmniej kilkanaście tysięcy. Jasne, że niektóre protezy stworzone przez tę spółdzielnię nie są tak doskonałe, jak rozreklamowane produkty korporacji. Jednak wielu mniej zamożnym Amerykanom (jest ich – wbrew pozorom – niemało!) wystarczają. Dziś spółdzielnia Owena ma już ponad 30 tysięcy członków.

Gabriel Licina zaczynał w wynajętej szopie. Cudem i fartem, po przystępnej cenie, udało mu się zdobyć miniaparaturę badawczą, dzięki której sam opracował terapię na chorobę genetyczną LPLD. Jak oceniają niezależni eksperci, metoda Liciny nie jest wcale mniej skuteczna niż znana w tym segmencie terapia Glybera, oferowana przez holenderską firmę farmaceutyczną UniQure. Ale z pewnością jest o wiele tańsza. U korporacjonisty za cykl terapeutyczny trzeba zapłacić przeszło milion dolarów. Kogo na to stać?

Koncernom się to nie podoba

Blisko osiem milionów Amerykanów potrzebuje codziennie insuliny. Cena tego hormonu przez ostatnie dwadzieścia lat rosła w tempie gargantuicznym, a państwa unikają refundowania go jak ognia. W 1998 r. na fiolkę insuliny wystarczyło 20 dolarów. Dziś bywa, że i 250 to za mało. Nie trzeba dodawać, że kilkunastokrotnego wzrostu ceny nie da się usprawiedliwić tylko spadkiem wartości dolara amerykańskiego.
Jeszcze w 2015 r. Anthony di Franco, inżynier komputerowy i cukrzyk, opracował wraz z gronem znajomych absolwentów studiów biochemicznych, tzw. Open Insulin Project. Insulinę wytwarzają w… domu, sprzedając ją potem za 7-20 dolarów. Można? Można.

Open Insulin Project jest już w wielu krajach. Insulina od nich nie jest dopuszczana do aptek i szpitali, ale większość krajów nie zakazuje jej produkcji na własne potrzeby w ramach zarejestrowanych spółdzielni. Nie trzeba dodawać, jak bardzo to się nie podoba środowiskom skupionym wokół przemysłu Big Pharma. Psuje i kompromituje to ich biznes.

Potencjał w umyśle i energii wynalazców

Postęp technologii i miniaturyzacja, także aparatury naukowo-badawczej, pozwalają tworzyć coraz więcej mikroprzedsiębiorstw mieszczących się – niczym w pierwszych latach Apple’a – w garażach czy w domowych piwnicach.

Powstaje całkiem nowy rodzaj wynalazczości nazywany ruchem DIY („do it yourself” – zrób to sam). Czasem nazywa się to do-ocracy, czyli demokracją tworzenia rzeczy samemu, bez konieczności polegania tylko na korporacjach. Mówi się też o nowym typie spółdzielczości. „Garażowi” twórcy nie mają ambicji ogłaszania nowych, wielkich odkryć naukowych i publikowania ich w naukowych pismach. Wszystko bazuje na nieprzebranych – jak się okazuje –zasobach inwencji lokalnych wynalazców. Nie potrzebują grantów, by tworzyć rzeczy społecznie użyteczne i skutecznie działające. Działają nie dla wielkich zysków, ale za to z intencją, by pomagać ludziom. To wartość bezwzględna i o ogromnym potencjale wzrostu. Większym nawet niż najbardziej atrakcyjne aktywa giełdowe czy złoto.

(na podstawie artykułu pt. „Era nowej, hightechowej wynalazczości i przedsiębiorczości”, prof. Mariusz Orłowski z Virginia Tech, członek Rady Programowej Kongresu Obywatelskiego; IBNGR).