Fot. Karol Jarosz
Reklama

Jak wygląda obecnie sytuacja polskich małych i średnich przedsiębiorców w związku z pandemią koronawirusa? Jest źle, bardzo źle, czy już tragicznie?
Jest źle, a nawet bardzo źle. Tragicznie jeszcze bym nie powiedział. Po pierwsze, ludzie mają jakieś zapasy. Po drugie, nie skończył się miesiąc, więc jeszcze nie trzeba płacić wszystkich stałych kosztów. Ale to oczywiście kwestia dziesięciu dni. Przedsiębiorcy pozbawieni przychodu albo tacy, którym przychód bardzo mocno spadł, już widzą, że nie mają i nie będą mieli pieniędzy w kasie.

Brał Pan udział w przygotowaniach rządowego pakietu antykryzysowego?
Nie.

Dlaczego? Nie został Pan zaproszony, czy nie chciał wziąć w tych ustaleniach udziału?
Bardzo chętnie wziąłbym w nich udział, ale nie dostałem do konsultacji propozycji w tym pakiecie zawartych. Natomiast jak już pakiet został ogłoszony, od razu bardzo energicznie przystąpiliśmy do prac nad nim. Wspólnie z ponad dwustoma organizacjami, które zrzesza Rada Przedsiębiorców przy Rzeczniku MŚP. Mamy dużo uwag, uszczegółowień i rozszerzeń, ale przede wszystkim w pierwszej kolejności trzeba znieść obciążenia biurokratyczne, które w całym tym pomyśle niesienia pomocy przedsiębiorcom są zawarte. Ta mitręga biurokratyczna przesunie ewentualną pomoc w czasie. A czasu nie ma.

No właśnie, wszyscy przedsiębiorcy powtarzają jak zaklęcie: kluczowy jest czas.
Zgadza się. I proszę zobaczyć, w pakiecie mamy na przykład zapis, że uprawnienie do pomocy nabywa przedsiębiorca, który wykaże, że miesiąc do miesiąca miał spadek obrotów o 15 proc., a dwa miesiące do dwóch miesięcy 25 proc. I co? Ma czekać następny miesiąc? A potem następne trzy miesiące? Przecież wtedy będzie już pozamiatane.

Dlaczego w tym pakiecie jest mowa o prolongatach i ratach, a nie ma nic o umorzeniu zobowiązań publicznoprawnych? Skąd teraz firmy mają na nie wziąć pieniądze?
Przede wszystkim muszę powiedzieć, że najbardziej przedsiębiorców rozczarowało to, że nie został umorzony, a tylko odroczony ZUS. Podobne uniki robią niektóre samorządy w związku z moim apelem o umorzenie firmom czynszów w lokalach komunalnych. Na przykład w Warszawie i Poznaniu samorządowcy stwierdzili, że nie umorzą, tylko przełożą płatność o trzy miesiące. To jest dokładnie to samo. W momencie, kiedy wiemy, że 50 proc. MŚP nie mają żadnych zasobów finansowych – żyją z miesiąca na miesiąc, czyli zarabiają pieniądze, opłacają koszty stałe, coś tam może odłożą, ale w większości raczej nie – to im odroczenie tych płatności o trzy miesiące nic nie da. To żadna pomoc. Bo skąd ci ludzie za trzy miesiące mają wziąć pieniądze, skoro przez ten czas nie będą zarabiać? Do tego przy tym rozwiązaniu o odroczeniu ZUS-u zastosowano zasadę de minimis i opracowano takie wnioski, których przeciętny przedsiębiorca nie jest w stanie wypełnić. Czyli znów dodatkowa biurokracja. Ja natomiast proponuję bardzo proste rozwiązanie – dobrowolny ZUS dla każdego przedsiębiorcy przez najbliższe trzy miesiące. Jeśli przedsiębiorca chce i stać go na to, niech płaci składkę i niech mu wzrasta na emerytalnym koncie. Jeśli natomiast kogoś nie stać, to niech nie płaci. Policzyliśmy to w Biurze Rzecznika MŚP i wyszło nam, że ok. 1,5 miliarda złotych miesięcznie kosztowałoby, gdyby wszyscy przedsiębiorcy przestali płacić. Uważamy jednak, że byłoby takich przedsiębiorców ok. 50 proc., więc wyszłoby 0,75 mld zł razy trzy miesiące, czyli 2,25 miliarda złotych. I to jest realna pomoc dla małych firm, którą rząd może tym firmom zaproponować od razu. Wystarczyłoby, żeby przedsiębiorca drogą e-mailową lub pocztową złożył wniosek do ZUS-u, w którym poinformowałby o rezygnacji przez trzy miesiące z płacenia składki. I tyle.

Jest odzew ze strony rządu na ten pomysł?
Niestety, jak na razie nie ma. Jestem tym bardzo zdziwiony. Rząd powinien wsłuchiwać się w to, co mówią ludzie, a w tej chwili o niczym innym nie mówi się na forach społecznościowych, jak tylko o tym, że przełożenie ZUS-u to nie umorzenie. Wszyscy podkreślają, że to nie jest żadna pomoc. Poza tym opozycja ma złożyć w Sejmie projekt w sprawie umorzenia składek na ZUS, więc nawet politycznie wypadałoby zareagować na tę propozycję. Tym bardziej że odrzucenie tego projektu nie będzie łatwe.

Docierają do nas informacje, że część krajów recepty na kryzys związany z pandemią upatruje w obniżeniu podatków. Czy to nie jest najlepszy moment, by również u nas zaproponować takie rozwiązanie?
To nie jest takie proste. Po pierwsze, nie wiemy tak naprawdę, co proponują rządy tych krajów, bo informacje, jakie do nas docierają, to tylko dziennikarskie doniesienia. Nie ma w nich żadnych konkretów ani szczegółów. Po drugie, skoro oczekujemy pomocy od państwa, to nie domagajmy się uszczuplenia budżetu centralnego. Inna sprawa jest taka, że oczywiście trzeba obciążenia podatkowe przesunąć w czasie. Szczególnie obciążenia biurokratyczne, jak na przykład kontrole skarbowe. I wiem, że takie działania rząd planuje. Natomiast żądanie obniżenia podatków w sytuacji kryzysowej łatwe ani dla budżetu, ani dla nas wszystkich nie będzie. Zwracam zresztą uwagę na to, że jeśli przedsiębiorca nie ma w danym miesiącu dochodu, to nie płaci podatku dochodowego. Jeśli firma nie ma sprzedaży, to nie płaci VAT-u.

Niemniej podatki od wypłat pracowników płacić trzeba.
I to jest niewątpliwie kłopot. W tym jednak przypadku rząd wychodzi z inicjatywą i chce zapłacić 40 proc. kosztów utrzymania pracownika i obniżyć te koszty o 20 proc. przez obniżenie wynagrodzenia. Tu jest zaproponowana konkretna pomoc.

Wraca też temat zawieszenia po zakończeniu kwarantanny ustawy ograniczającej handel w niedziele, co miałoby pozwolić dźwignąć się z zapaści m.in. sektorowi MŚP. Popiera Pan ten pomysł?
Nie popieram. Zagraniczne korporacje tylko czekały na moment, kiedy będą mogły wykorzystać ten temat w tak cyniczny sposób. Wszystkie badania, jakie przeprowadziła minister Emilewicz, wskazują, że wprowadzenie ograniczenia handlu w niedzielę pomaga polskim firmom. Przesunęło obrót z handlu wielkopowierzchniowego do turystyki i usług. Jeżeli przywrócimy handel w niedziele, pieniądze z tych branż odpłyną, a przecież turystyka i usługi najbardziej ucierpiały.

Rozmawiał Krzysztof Budka