Rosyjscy napastnicy przeliczyli się w swoich szacunkach. Nie udało im się osiągnąć szybkiego zwycięstwa nad Ukrainą. Wojna z manewrowej staje się materiałowa i wbrew pozorom to Ukraina może pozyskać dla siebie więcej zasobów niż Kreml. Narzędziem walki w wojnie zastępczej wschodu z zachodem stają się również sankcje i powinniśmy ich wobec Rosji używać jak najszerzej. W dłuższej perspektywie będzie to z pożytkiem dla samych Rosjan.

Bliskość Kijowa od granicy z Białorusią kusi Putina. Na pozór można tam dotrzeć w kilka godzin. Dystans jednak się wydłuża, kiedy obrona jest nadspodziewanie dobra, morale Ukraińców wysokie, nie doszło też do spodziewanego paraliżu decyzyjnego, rozkładu państwa, ucieczki legalnego rządu. Stało się wprost przeciwnie. Każdy kilometr zaczął się rozciągać coraz bardziej i bardziej, trochę jak w koszmarnym śnie, w jaki powoli zamienia się dla Putina ta wojna.

Wojna, która z szybkiego konfliktu opartego o kilka ogłuszających dla Ukraińców manewrów, zaczyna zamieniać się w konflikt materiałowy, oparty o dostępność zasobów. To nie będzie analogia a jedynie obrazek, ale w wolnej chwili proszę poszukać w Internecie zdjęć z amerykańskiej wojny secesyjnej. To pierwszy tak dobrze obfotografowany konflikt zbrojny, więc nie jest to bardzo trudne. Początek konfliktu wygląda trochę jak wojny napoleońskie. Wtedy jeszcze obie strony, a już szczególnie słabsze gospodarczo Południe, wierzyły w to, że uda się wygrać jedną wielką bitwą, która zmusi przeciwnika do zawarcia pokoju. Tak było do Gettysburga. Po tej bitwie wojna wkroczyła w swoją fazę materiałową, w której to oprócz dobrych dowódców i wysokiego morale żołnierzy coraz większą rolę zaczęły odgrywać takie atuty jak gęstość linii kolejowych, zaplecze technologiczne, fabryki i pracujący w nich robotnicy. Zdjęcia z końca wojny secesyjnej nie wyglądają już jak inspirowane rycinami i obrazami z czasów wojen napoleońskich. Wyglądają jak preludium do pierwszej wojny światowej.

Putin najpewniej liczył na szybkie zwycięstwo i w optymistycznym scenariuszu zakładał, że całość potrwa dwa, może trzy dni. Na szczęście dla Ukrainy, Europy i świata bardzo się pomylił, tym mocniej, że chyba uwierzył we własną propagandę. Okazało się, że jego armia cierpi na te same problemy, jakie miała armia iracka z czasów Saddama Husajna. Oderwany od dostępu do wiarygodnych informacji bliskowschodni dyktator był karmiony przez swoje otoczenie wiadomościami wyselekcjonowanymi i obliczonymi nie na dostarczenie mu wiedzy, ale dobrego samopoczucia. Oczywiście koło historii może się jeszcze nieraz obrócić i trzeba być przygotowanym na to, że Rosja, niestety, ale ostatecznie wygra to starcie. Póki co jednak takie ewentualne zwycięstwo nie tylko się oddala, ale też z każdą godziną kosztuje coraz więcej. Także dlatego, że struktura władzy w Rosji jest taka, jaka jest.

Rosja ma jednak potężną bazę materiałową, sprzęt i ludzi. Ukraina, choć jak na europejskie warunki to duży i ludny kraj, nie ma aż takiego potencjału. Ma jednak coś innego, a mianowicie poparcie opinii publicznej i polityków w wielu krajach. To oznacza, że tak długo, jak Ukraina utrzyma przynajmniej niektóre połączenia lądowe, powietrzne i morskie, tak długo będzie mogła otrzymywać materiały niezbędne do obrony. To oznacza, że za Ukrainą, państwem ekonomicznie słabym, stoją nie tylko wartości naszego europejskiego świata, ale też bogactwo wypracowane przez kraje ją popierające. Wojna na Ukrainie jest więc w pewnym sensie wojną zastępczą pomiędzy wschodem i zachodem nie tylko w wymiarze militarno-politycznym, ale również ideowym, a także gospodarczym. Bogatsze i bardziej liberalne kraje upominają się teraz o państwo, które woli być z nami, nie z Moskwą. Ukraina może liczyć na nasze portfele, bo zainwestowanie w nią to nie tylko ludzki odruch. To także walka z rosyjskim rozpasaniem i ambicjami Putina. Mamy sankcje i na szczęście zaczęliśmy ich używać.

W tym konflikcie są one bronią równie skuteczną, co Javeliny. I nie jest niczym sprzecznym z wolnym rynkiem, aby je stosować. Rozdział gospodarki od państwa to koncepcje w Rosji i na Białorusi, cichym agresorze, niemalże nieznane. Większy biznes jest tam wprost zależny od władzy, stanowi z nią konglomerat i jej napęd. Pieniądze pochodzące ze sprzedaży dóbr eksportowanych przez Rosję, przeważnie zresztą są to dobra nisko przetworzone, zasilają armię, która dokonała zbrojnej napaści na swojego sąsiada.

Uderzenie w ekonomiczny filar Rosji a także Białorusi nie jest walką z wolnym rynkiem czy też zaprzeczeniem wolnego rynku. Jest to strategia obliczona na szkodzenie tamtejszej władzy, której należy szkodzić, zasłużyła na to, zresztą już dawno temu, bo obecna wojna nie jest pierwszą, jaką wywołał Putin, a sam konflikt na Ukrainie zaczął się w 2014 roku, a nie przed weekendem. Co ważne, mówimy o dyktatorskich rządach, które nie tylko atakują sąsiedni kraj, ale też zabetonowaną i oligarchiczną strukturą gospodarki uniemożliwiają swoim własnym obywatelom normalny rozwój, dławią przedsiębiorczość, w strachu przed wszystkim co z zachodu depczą jak najbardziej liberalne wartości, wolność ekspresji i myśli.

Wielu Rosjan jednak nawet o tym nie wie. Wielu z nich jest przekonanych, że na Ukrainie toczy się jakaś wojna z faszyzmem, bo tak usłyszeli w telewizji. Sankcje, które siłą rzeczy uderzą też i w nich, mają pokazać, że jest inaczej. I dać asumpt do postawienia się władzy. Budząc Rosjan z propagandowej drzemki, co prawda boleśnie, ale jednak, dajemy im szansę na zrobienie czegoś dobrego ze swoim rządem. Wyjście na ulice i wyprotestowanie zmian. Także po to, aby mogli w przyszłości dołączyć do wspólnoty, która wymienia się wartością za wartość i pośrednio też szacunkiem do drugiego człowieka, bo wolny rynek to współpraca i zrozumienie tego jest jednym z narzędzi umacniających światowy pokój.

Marcin Chmielowski
autor jest wiceprezesem Fundacji Wolności i Przedsiębiorczości

Poprzedni artykułDotacje unijne wyłudzane na masową skalę
Następny artykułPolitycy rzadko tracą na zmianach, które wprowadzają