Troska o środowisko nie musi być zawłaszczona przez lewicę, a debata na temat zmian klimatycznych i ich negatywnych konsekwencji nie musi być wymianą ciosów pomiędzy etatystami chcącymi kolejnych regulacji i zdezorientowaną prawicą, która uważa, że nie ma problemu. Libertarianie mogą stanąć na czele trzeciej frakcji – i mieć autentyczne rozwiązania.

Poglądy polityczne i szerzej, społeczne, przypominają łączone promocje. Jeśli kupisz garnitur, to dorzucimy ci krawat, bo przecież na pewno się przyda. Jeśli uważasz, że opodatkowanie powinno być progresywne i możliwie wysokie dla najlepiej zarabiających, że broń należy ściśle reglamentować i jesteś do tego weganinem, to pewnie też poprzesz regulacje środowiskowe – suflowane przez tych, którzy uwielbiają regulować i mają w tym niezłą wprawę.

Takie poglądowe „kombajny” są jednak często zrządzeniem dziejowego przypadku i nie wynikają z aplikacji jakichś marmurowych filozofii do świata polityki. To pozszywane koce zrobione z fragmentów różnych myśli, podejść, interesów, przekonań pewnych grup i ich oczekiwań. Sprzedawane są razem, ale wcale nie musi być tak, że rozsądny wyborca mógłby nie chcieć rozprucia takiej narzuty mającej przykrywać wyselekcjonowaną grupę głosujących. Idee zawarte w pakietach, czy to prawicowych, czy lewicowych, można od siebie odseparowywać. I to bardzo dobrze dla środowiska, bo niebędący ani prawicą ani lewicą libertarianie mogą nie tylko pruć cudze pomysły, ale też zszywać swoje własne ich kombinacje. Czemu nie mielibyśmy dzięki temu łączyć troski o dobro planety z troską o bycie wolnym od państwowych regulacji?

Tym bardziej, że prawica, oczywiście ujmowana tutaj jako szerokie zjawisko  (są na szczęście wyjątki), bardzo często udaje, że problemu ze zmianami klimatycznymi nie ma i jest on jedynie wymysłem przewrażliwionych pięknoduchów. Ta intelektualna absencja stwarza próżnię dla tych, którzy mieliby jakiś program pozytywny, jednocześnie zaś byliby niechętni dla metod aplikacji ratowania środowiska przy pomocy wysokich podatków, kontroli i nachalnej propagandy sugerującej, że jeśli zjadłem dziś kotleta, to jestem mordercą i przeze mnie złości się Greta Thunberg. Libertarianie są właśnie kimś takim. Przeciwnikami regulacji, którzy mogą jednocześnie dostrzec problem. Podobnie jak ekologicznie bardziej świadoma część prawicy, którą dla uproszczenia można nazywać zielonymi konserwatystami.

Libertarianie mają swoją własną motywację do tego, aby zabiegać o środowisko. Świat, w którym poradziliśmy sobie z globalnym ociepleniem, hałdami odpadów, masowym wymieraniem gatunków i do tego potrafimy produkować tanią i czystą energię, to świat dający więcej przestrzeni na indywidualne decyzje, w którym nie jesteśmy ograniczani możliwymi negatywnymi konsekwencjami traktowania Ziemi i jej atmosfery jako śmietniska. W drugą stronę, w świecie, który ludzie dzielą już tylko ze szczurami i karaluchami, wyniszczonym, przegrzanym i wyjałowionym – zakres naszych indywidualnych możliwości na to, aby realizować swoją wolność, będzie musiał być niewielki. Od tej negatywnej, nie tylko dla środowiska, także dla wolności, przyszłości trzeba uciekać już teraz. Nie można jednak robić tego przy pomocy środków, jakie już dziś zmniejszałyby naszą wolność – na czele z etatystycznymi rozwiązaniami.

Aby realizować swoje postulaty, lub choćby o nich informować szersze kręgi odbiorców, najpierw trzeba wejść do debaty. Libertarianie, adwokaci wolności osobistej jednostki, nie są obecnie dobrze przygotowani do rozmowy na temat środowiska. O ile, na przykład, do debaty na temat inflacji jesteśmy przygotowani niejako zawsze, o tyle dopiero pojawiamy się jako rozmówca przy stole, gdzie omawiane są zielone problemy. I zupełnie niedawno lepiej zaznaczyliśmy naszą chęć udziału w tej dyskusji.

Publikacja International Declaration on Market Environmentalism czyli Deklaracji Rynkowego Enwiromentalizmu przez koalicję około stu dwudziestu organizacji libertariańskich, liberalnych i niekiedy nawet konserwatywnych, jest już jakąś podstawą pod ponadnarodowy front proponowania rozwiązań rynkowych w dbaniu o środowisko i przeciwdziałanie zmianom klimatycznym. W taki sposób, aby przy okazji nie rozdymać władzy państwa nad obywatelami. Deklaracja jest zupełnie świeża, w Internecie ukazała się ósmego listopada tego roku, podpisałem ją w imieniu Fundacji Wolności i Przedsiębiorczości, której jestem wiceprezesem. Obejmuje ona cztery punkty, co do których tak szeroka koalicja mogła się zgodzić. Dotyczą one używania rozwiązań rynkowych zamiast państwowych w trosce o środowisko i akcentują istotność praw własności jako instytucji pozwalającej lepiej zarządzać zasobami i stymulującej dbanie o nie, bo przecież jeśli przestrzeń jest niczyja, to wielu chętniej ją zanieczyści. Sygnatariusze podnoszą też walor decentralizacji jako mechanizmu pozwalającego lepiej rozwiązywać problem zarządzania wiedzą niezbędną do ratowania przyrody. Deklaracja w swoim ostatnim punkcie sprzeciwia się nihilizmowi, mizantropii i patrzeniu na ludzi jak na problem. Wprost przeciwnie, czwarty punkt jest pochwałą ludzkiej przedsiębiorczości i uznaniem innowacji jako procesu, który da narzędzia do poradzenia sobie z kryzysem. Twórcza destrukcja musi jednak pozostać niezaburzona, a ludziom trzeba pozwolić działać na rzecz poprawy sytuacji środowiskowej. Etatyzacja ich wysiłków nie przyniesie wiele dobrego.

Deklaracja sama w sobie nie jest jeszcze żadnym rozwiązaniem, jest dopiero podstawą pod przyszłe propozycje. Uzupełnia ją książka Green Market Revolution, która rozwija jej tezy. Książkę w wersji .pdf można bezpłatnie pobrać z Internetu.

Potrzeba jednak więcej, niż tylko to. Po pierwsze, libertarianie muszą zacząć być bardziej aktywni także w tych obszarach debaty publicznej, które są po prostu bardzo ważne i dotyczą najistotniejszych, kluczowych tematów. Przydatność Ziemi do życia na pewno jest jednym z nich. Po drugie, libertarianie muszą mieć rozwiązania – deklarowanie, że chcemy je mieć, to jedno, ale prędzej czy później pojawi się szansa na pokazanie nie tylko chęci. Po trzecie, skuteczne komunikowanie – a później także wdrażanie – złotych rozwiązań na zielone problemy będzie procesem, a nie jednorazową okolicznością. I na to również trzeba się będzie przygotować. Wcale nie jest to paradoksem, że rozszerzenie tematyki, w jakiej docelowo ma skutecznie poruszać się ruch libertariański, wzmocni go i pozwoli mu być też lepszym na innych, bardziej dla niego tradycyjnych polach. Nowy obszar może zadziałać jako bodziec do szybszej profesjonalizacji. I bardzo dobre.

Ponadnarodowy problem z zanieczyszczeniem planety i libertariańskie odpowiedzi należy też jednak przykładać do krajowych realiów. Polscy libertarianie powinni apelować i lobbować na rzecz budowy pierwszej polskiej elektrowni atomowej, nie tylko jednoznacznie opowiadając się za produkcją czystej i bezpiecznej energii, ale też powiedzieć innym, że właśnie to proponujemy. Nawet tak dużą inwestycję może finansować prywatny kapitał i to również należy podnosić, akcentując przy tym korzyści płynące z przedsiębiorczości, podziału pracy i wykorzystaniu osiągnięć nauki dla naszych codziennych potrzeb. Jeśli jednak doszłoby do tego, że elektrownia byłaby budowana za publiczne środki, to libertarianie muszą zabiegać o przejrzystość wydatków. I szacunek nie tylko dla środowiska, ale też dla podatnika.

Marcin Chmielowski