Stało się to, co stać powinno się już dawno. Grzegorz Puda przestał pełnić funkcję Ministra Rolnictwa i Rozwoju Wsi, a rolnicy odetchnęli z ulgą. Nie od dziś wiadomo było, że z perspektywy politycznej usilne utrzymywanie Pudy na stanowisku nie opłacało się ani Prawu i Sprawiedliwości, ani rolnikom, którzy zgodnie powtarzali, że może i antybohater polskiej wsi ministrem rolnictwa był, ale ministrem rolników – nigdy.

Fot. PAP/Mateusz Marek

Nie najgorzej rolnicy oceniają także sam wybór, jakiego PiS dokonał obsadzając wolne stanowisko. Henryk Kowalczyk jest bowiem (cytując zasłyszane od gospodarzy zdania) politykiem doświadczonym, który z wsią – w przeciwieństwie do Grzegorza Pudy – ma wiele wspólnego. Decyzja o zmianie na stanowisku szefa resortu długoterminowo powinna się PiS-owi opłacić.

Czym podpadł Grzegorz Puda?

Tu rolnicy jednym tchem wymieniają całą litanię błędów, za które winą wprost obarczają byłego już gospodarza gmachu przy ulicy Wspólnej w Warszawie – jednak bezsprzecznie na pierwszy plan wysuwa się owiana na wsi złą sławą Piątka dla zwierząt. Chodzi o – na szczęście nieprzeprocedowaną – nowelizację ustawy o ochronie zwierząt, która jednym cięciem likwidowała hodowlę zwierząt futerkowych (Polska jest tu światowym liderem), sektor produkcji mięsa na potrzeby wspólnot religijnych (Polska jest tu jednym z unijnych czempionów), spuszczenie psów z uwięzi, a nawet… likwidację kolczatek odstraszających gołębie. Długo można by wymieniać absurdy tej fatalnej ustawy, która na całe miesiące skłóciła PiS z rolnikami. Pewne jest jednak to, że cała ustawa kosztowałaby Polskę kilka miliardów złotych… rocznie.

Posłem sprawozdawcą projektu tej ustawy był nie kto inny, jak właśnie Grzegorz Puda. Ten sam Grzegorz Puda, który w Senacie z szyderczym uśmiechem na ustach arogancko tłumaczył rolnikom, że politycy lepiej wiedzą, jak rolnicy powinni wykonywać swoje obowiązki. Tak z gospodarzami rozmawiać nie można, o czym przekonało się już wielu byłych ministrów. Jakby tego było mało, za swoje „zasługi” Puda nagrodzony został teką ministra, doprowadzając do dymisji Jana Krzysztofa Ardanowskiego, który zgodnie określany jest przez rolników jako najlepszy minister w historii resortu. Specjalista jakich mało i człowiek o ogromnym autorytecie wśród przedstawicieli sektora – Jan Krzysztof Ardanowski. Nie Grzegorz Puda.

We znaki hodowcom zwierząt dała się pewna indolencja w walce z epidemią afrykańskiego pomoru świń. Podobne pretensje do Grzegorza Pudy mogą mieć też hodowcy drobiu, którzy zanotowali rekordowe straty z powodu występowania grypy ptaków. Wsi niezbyt do gustu przypadła także zażyłość byłego szefa resortu z aktywistami antyhodowlanymi, czy brak działań w kwestii powołania Narodowego Holdingu Spożywczego. Długo by wymieniać… Fakt jest taki, że Pudy już nie ma.

Henryk Kowalczyk, czyli dobra zmiana

Rolnicy najpewniej chcieliby powrotu na stanowisko szefa resortu Jana Krzysztofa Ardanowskiego, ale – patrząc z perspektywy politycznej – byłoby to jawne przyznanie się do błędu. Jest jak jest i gospodarze narzekać nie powinni, bo Henryk Kowalczyk dał się już poznać jako obrońca polskiej wsi. Był to jeden z kilkunastu polityków Prawa i Sprawiedliwości, którzy głosowali przeciwko wejściu w życie Piątki dla zwierząt. Obecny minister został nawet za to głosowanie, niezgodne z partyjną dyscypliną, zawieszony w prawach członka partii.

W 2018 roku Kowalczyk był już ministrem środowiska, a 14 lat temu piastował funkcję wiceministra rolnictwa właśnie. Z wsią związany jest od najmłodszych lat i przez samych rolników odbierany jest jako „swój chłop”. Tak też należy odczytywać ten wybór. Henryk Kowalczyk jest absolutnym przeciwieństwem Grzegorza Pudy i szansą na, przynajmniej częściową, odbudowę zaufania rolników do partii rządzącej.

Polityczna roszada

Prawo i Sprawiedliwość postanowiło zatem – w czasie trwającej już, długiej kampanii wyborczej – wyczyścić szachownicę. Obserwujemy dziś polityczną grę antagonizmów, ponieważ cechy reprezentowane przez Henryka Kowalczyka mogą szybko pomóc gospodarzom zapomnieć o ciemnych miesiącach protestów przeciw działaniom ministerstwa.

Nowy sternik wziął się szybko do pracy i częściowo uprzątnął już bałagan wynikający z polityki prowadzonej przez ostatnie miesiące przez resort. Ruszyły prace nad Narodowym Holdingiem Spożywczym i wreszcie mowa jest o realnych terminach rozpoczęcia jego funkcjonowania. Kowalczyk zapowiedział także faktyczne porzucenie założeń Piątki dla zwierząt, rozpoczął walkę z horrendalnie wysokimi cenami nawozów i innymi kosztami, które na co dzień przytłaczają rolników.

Wieś bierze tę zmianę za dobrą monetę i – z pewną ostrożnością – jest w stanie nowemu ministrowi zaufać. To zaufanie przerodzi się zapewne w głosy wyborcze. Pytanie – czy nowy minister zdąży sprostać oczekiwaniom wsi przed kolejnymi wyborami?