W Holandii trwają największe od lat protesty rolników. Trudno się dziwić – działania rządu Królestwa Niderlandów pokazują bowiem, że władze traktują gospodarzy, przedstawicieli silnego sektora zapewniającego rodakom bezpieczeństwo żywnościowe, jak wroga.

Protest holenderskich rolników na A7 (fot. Frank Magdelyns/Pixabay)

Rola rolników w czasie pandemii koronawirusa, która zachwiała wskaźnikami produkcji rolnej i stabilnością łańcuchów dostaw, w czasie niepewnego dostępu do żywności spowodowanego wojną na Ukrainie oraz zawirowań na rynkach energii, a co za tym idzie na rynkach nawozów i środków ochrony roślin – jest nie do przecenienia. Tymczasem rząd Holandii wybrał ścieżkę wykraczającą daleko poza ramy skrajnie zideologizowanej doktryny Komisji Europejskiej. Doktryny, której emanacją są tak szalone – z punktu widzenia gospodarzy – pomysły jak Europejski Zielony Ład, którego finalnym etapem będzie wypchnięcie „szkodliwej” produkcji rolnej poza granice Unii Europejskiej i zniwelowanie możliwości produkcyjnych rolników Wspólnoty, a nie – jak wmawiają nam unijni dygnitarze – walka o klimat.

Protest, ale przeciw czemu?

Holenderscy rolnicy od długiego czasu przestrzegali, że jeśli polityka rządu nie ulegnie zmianie, nastąpi moment przesilenia. Od lat gospodarze obarczani są przez tamtejsze silnie lewicowe społeczeństwo i część obozu władzy winą za zmiany klimatyczne. Dziennikarze, politycy, a nawet influencerzy nabierali wody w usta, gdy rolnicy udowadniali, że to przemysł czy choćby transport odpowiadają za znacznie większą część zanieczyszczeń wypuszczanych do atmosfery.

Na nic zdały się tłumaczenia, że przecież to właśnie rolnicy rokrocznie zasilają kraj nowymi roślinami, dbają o bioróżnorodność – której zachowanie jest przecież w ich interesie – i dobrowolnie wdrażają proekologiczne rozwiązania w swoich gospodarstwach. Ludzie nie mający nic wspólnego z wsią wiedzą lepiej i już! Efekty łatwo zauważyć.

Jednym z nich, który przelał czarę goryczy, jest zaprezentowany w czerwcu tego roku projekt nowej polityki azotowej, która w praktyce uniemożliwia wielu rolnikom prowadzenie gospodarstw. Jedyną szansą (sic!) na wdrożenie rządowych planów jest zamknięcie części gospodarstw i wypchnięcie poza holenderskie granice większości hodowanych tam obecnie zwierząt. Trudno się zatem dziwić, że protestujący nie chcą być kozłem ofiarnym polityki klimatycznej i postanowili wziąć sprawy w swoje ręce.

Z bronią na rolników!

Rekordowy – jak dotąd – protest holenderskich rolników rozpoczął się 22 czerwca w Geldrii, na terenie jednego z gospodarstw rolnych. W to miejsce zjechało kilkadziesiąt tysięcy gospodarzy, którzy wcześniej ciągnikami zablokowali najważniejsze drogi w kraju. Co ciekawe, nie rozjuszyło to Holendrów, który – nawet mimo licznych blokad – w pierwszych dniach manifestacji zdecydowanie popierali działania rolników.

Płomienne przemówienia i ciągniki rozstawione na najważniejszych arteriach Holandii, choć spełniły swoją medialną rolę, nie otworzyły oczu przeciwnikom niderlandzkich gospodarstw. Stało się to dopiero wówczas, gdy rolnicy wstrzymali część dostaw do sklepów. Mówiąc wprost – Holendrzy, patrząc na puste półki sklepowe, przez kilka dni odczuwali na własnej skórze skutki braku owoców pracy rolników. Sceny niczym z PRL-u, a odczuwane tym dotkliwiej, że w dyskontach zabrakło nawet sojowego mleka do latte, owoców, warzyw czy mięsa, które – wbrew obiegowej opinii – Holendrzy spożywają nad wyraz chętnie.

Opustoszałe magazyny zbiegły się w czasie z protestem na autostradzie A32 pod Heerenven. Wówczas to jeden z gospodarzy (nastolatek) postanowił ominąć ciągnikiem policyjną blokadę. Jakież było jego zdziwienie, gdy policja… otworzyła do niego ogień. Nie strzelano w opony, nie były to także strzały ostrzegawcze – w szybie kabiny ciągnika doszukano się natomiast dwóch dziur po kulach. W ostatnich dniach dowiedzieliśmy się już, że policjanci „niewłaściwie ocenili sytuację” i strzały były niepotrzebne. A gdyby rolnik zginął? Cóż, taka jest cena lewicowej idei siłą zaszczepianej holenderskiemu społeczeństwu.

Nie tylko Holendrzy

Protesty holenderskich rolników spotkały się z szerokim wsparciem ich kolegów z wielu państw Unii Europejskiej. Słowa otuchy i specjalną odezwę wystosowali też Polacy skupieni wokół inicjatywy #EUnitedAgri. Niemcy – będący częścią tej samej grupy – w ostatnich dniach wielokrotnie wyjeżdżali traktorami na drogi. Kolejne manifestacje są tylko kwestią czasu.

Rolnicy nie są już chłopcami do bicia. Bezbronne rozdrobnienie i dbanie tylko o czubek własnego nosa zamienili na ponadnarodowe zjednoczenie, którego efektem jest intensyfikacja protestów w ostatnich latach. Nie ma co się dziwić. Nie ma też co liczyć na zmianę tego stanu rzeczy, o ile unijna i krajowe polityki dotyczące rolnictwa nie ulegną poważnej transformacji. Rolnicy już wiedzą, a niedługo wiedza ta dotrze do szerokich rzeszy obywateli: BEZ ROLNIKÓW NIE MA ŻYWNOŚCI.

Poprzedni artykułNadchodzi fala upadłości!
Następny artykułCo jest siłą polskiego eksportu?