fbpx
sobota, 22 czerwca, 2024
Strona głównaFelietonMiejsce pracy za 3 miliony złotych!

Miejsce pracy za 3 miliony złotych!

Prywaciarz to było określenie na poły opisowe, na poły pogardliwe. Prywaciarz w Peerelu pracował na swoim, a zdaniem wielu – musiało to oznaczać automatycznie, że oszukiwał i konkretnych ludzi, i socjalistyczną ojczyznę. Prywaciarz musiał być żenującym cwaniaczkiem, który na tych oszustwach dochrapywał się coraz większych pieniędzy, zwłaszcza w latach 70. i 80., kiedy już było trochę więcej swobody.

Prywaciarz miał więc nierzadko lepsze mieszkanie, może nawet dom, czasem lepszy samochód. Kiedy zatem dojeżdżała go skarbówka czy inne urzędy, bywało, że Polak pracujący za grosze „na państwowym” po cichu się cieszył i zacierał rączki.

W książce „Prywaciarze 1945-89”, wydanej w 2001 r. przez Fundację im. Leopolda Kronenberga i Ośrodek „Karta”, można znaleźć historie pokazujące, jakiego samozaparcia, tolerancji dla ryzyka i wytrwałości wymagało bycie w Peerelu prywaciarzem. Czasem lądowało się w więzieniu, choć nie zrobiło się nic złego. Peerelowska skarbówka potrafiła dowalić domiar tylko za to, że ktoś jako prywatny przedsiębiorca odnosił sukces większy niż niewydolne państwowe firmy.

Niewielu zapewne rozumie, że ci zarazem podziwiani, otaczani zazdrością i znienawidzeni ówcześni biznesmeni przechowali przez czas komuny to, co dla wolnych ludzi bardzo ważne: chęć pracy na swoim, robienia pieniędzy na własny rachunek, zachowania szacunku dla prywatnej własności. Te wartości bywały przechowywane w formie pozornie często nieatrakcyjnej, bo przecież faktycznie, żeby robić biznes w Peerelu, trzeba było kombinować (warto zwrócić uwagę, że np. w angielskim nie ma odpowiednika tego słowa), czasem oszukiwać, a przedsiębiorcy nie byli aniołami. Jednak ich rolę trudno przecenić. To jednak oni przechowali gen przedsiębiorczości w czasach jego niszczenia – nawet w okresie najbardziej ponurego stalinizmu.

Dzisiaj, jak się okazuje, wiele osób całkowicie samych z siebie powtarza bezmyślnie peerelowskie stereotypy na temat przedsiębiorców, używając nowego, pełnego pogardy określenia: „januszex”. Skala hejtu jest momentami wręcz zatrważająca. Władysław Gomułka śmieje się zza grobu i z radości klepie po plecach Józia Cyrankiewicza, siedzącego w sąsiednim kotle.

Przekonałem się o tym, gdy napisałem na Twitterze krótki komentarz do inwestycji Intela na Dolnym Śląsku:

Władzuchna chwali się inwestycją Intela pod Wrocławiem. 2 tys. miejsc pracy. Fajnie, niech sobie będzie. Tyle że polską gospodarkę napędzają i ponad 90% miejsc pracy tworzą mikro-, małe i średnie przedsiębiorstwa. Które rząd ciśnie, jak się da (po Polskim Ładzie – lawinowe podwyżki płacy minimalnej, a co za tym idzie – składek). Więc jest to nie tylko hipokryzja, ale po prostu działanie wbrew polskiemu interesowi, jeśli tworzy się specjalnie lepsze warunki dla wielkiej zachodniej korporacji, a dusi się rodzimy mały biznes.

Część odpowiedzi była skonstruowana według tego samego schematu: „januszexy” wyzyskują ludzi, płacą najmniej, jak się da, łamią prawa pracowników, są chytrzy, skąpi, nieinnowacyjni, coś tam sobie klepią na starych tokarkach czy obrabiarkach, są uosobieniem zacofania i patologii. Gdyby nie wynagrodzenie minimalne, pracownikom właściwie nic by nie płacili. Za to wielkie korporacje – o, to jest, panie, wspaniała rzecz! Taki Intel przynosi do ciemnej Polski innowacyjność, pociągnie za sobą innych, a i pracowników docenia, więcej im zapłaci i w ogóle jest wspaniały. Więc furda z „januszexami”, niech tam zdychają, wiwat wielkie korporacje!

Takie stawianie sprawy jest tak absurdalne i zarazem oburzające, na tak wielu poziomach, że aż trudno z tym dyskutować. Mimo to wskażę najważniejsze wady takiej postawy.

Po pierwsze – zamożność państw i społeczeństw buduje się nie na siłą rzeczy mniejszej liczbie wielkich firm, obojętnie: rodzimych czy zagranicznych, ale na rozproszonej drobnej przedsiębiorczości. Tak powstawały zasoby wszystkich dobrze sobie radzących państw, z USA na czele, gdzie do dziś ta zasada obowiązuje. Ogromne amerykańskie korporacje rodziły się z małych firm – dzięki temu, że miały odpowiednie warunki do rozwoju.

Co więcej, gdyby środek ciężkości znacząco przechylił się na stronę wielkich firm oraz państwowych podmiotów (które w Polsce i tak odgrywają nieproporcjonalnie wielką rolę – około 20 proc. zatrudnionych w sektorze publicznym), oznaczałoby to, że coraz większa liczba Polaków byłaby uzależniona od coraz mniejszej liczby podmiotów, czyli decyzji coraz mniejszej liczby ludzi. A to jest groźne już nie tylko gospodarczo, ale i politycznie. W przypadku tej konkretnej inwestycji, czyli Intela, dochodzi jeszcze zagraniczna własność. Na to nie można pozwolić. Sądzę jednak, że dokładnie o taki efekt chodzi władzy: wiele jej działań wskazuje na to, że celem jest niszczenie małych, aby ich miejsce mogli zajmować wielcy.

Po drugie – nie ma oficjalnej informacji o tym, jakie korzyści finansowe zaoferował polski rząd Intelowi w zamian za ulokowanie w Polsce fabryki układów scalonych. Wyliczenia, które tu i tam się pojawiają, podobno oparte na nieoficjalnych informacjach, mówią o 1,5 mld dolarów, czyli ponad 6 mld zł. Cała inwestycja ma być warta 4,6 mld dol., czyli ponad 18,5 mld zł. W fabryce ma być 2 tys. miejsc pracy. Jeśli informacja o korzyściach na sumę 6 mld zł jest prawdziwa – skandalem jest, że rząd nam tego wprost nie mówi – oznacza to, że jedno miejsce pracy kosztowało nas – uwaga – 3 mln zł! Tak: trzy miliony złotych.

Te pieniądze pochodzą m.in. z różnego rodzaju obciążeń płaconych przez drobne biznesy, które są nimi coraz bardziej przytłoczone, a olbrzymie wzrosty płacy minimalnej, zaplanowane na przyszły rok, dokręcą śrubę jeszcze mocniej. Pieniądze nie rosną na drzewach.

Po trzecie – opowieści o tym, że inwestycja taka jak fabryka Intela jakoś zasadniczo pcha nas do przodu, to bajki. Intel to amerykańska firma, która nie instaluje się w Polsce po to, żeby dzielić się z nami wiedzą opartą na pracy swojego departamentu R&D. Intel szukał miejsca, gdzie będzie mógł prowadzić swoje interesy możliwie najkorzystniej i najtaniej, i taką ofertę dostał od polskiego rządu. Nie poszły za tym przecież żadne warunki z polskiej strony, dotyczące na przykład dzielenia się technologiami.

Oczywiście jakiś wpływ istnienie tej fabryki będzie miało, ale ograniczony. Państwo, które dba o własnych przedsiębiorców i własny, a nie cudzy interes, powinno wybrać inną drogę: tak ukształtować system podatkowy oraz przepisy – w tym te dotyczące patentów, wdrażania rezultatów pracy zdolnych naukowców na uczelniach, wdrażania innowacji – żeby to polscy naukowcy, przedsiębiorcy i firmy mogły stawać się Intelami. Tymczasem system jest nielogiczny, szkodliwy, opresyjny i zniechęcający do pozostawania w kraju. I tu nic nie zmieniono. Jest jak było.

Po czwarte wreszcie – mówimy o równości szans. Jeśli Intel dostaje specjalne zachęty do inwestowania, to znaczy, że na ogólnych warunkach by takiej inwestycji w Polsce nie zainstalował. A to znaczy, że polskim firmom oferuje się warunki tak złe, że wielka amerykańska firma nie jest skłonna na ich podstawie działać. „Prywaciarze” od pana premiera specjalnych zachęt nie dostaną.

Jeśli ktoś dzisiaj narzeka, że „januszex” nie tworzy pracownikom tak komfortowych warunków pracy jak wielka korporacja, to niech porówna możliwości i otoczenie prawne oraz podatkowe, jakie dotyczą jednego i drugiego rodzaju podmiotów.

MŚP to obecnie 99,8 proc. polskich firm, a 97 proc. to mikrofirmy. Duże firmy to w naszym kraju tylko 0,2 proc. z ogółu przedsiębiorstw. W 2019 r. MŚP wytwarzały blisko 50 proc. PKB, a duże firmy tylko 22,7 proc. MŚP zatrudniały blisko 68 proc. osób pracujących w sektorze przedsiębiorstw. Prawie 42 proc. pracowało w mikrofirmach. I faktycznie – wynagrodzenie w dużych firmach było niemal dwukrotnie większe niż w najmniejszych firmach. W 2020 r. w tych pierwszych było to 6309 zł, a tych drugich – 3533 zł. Hejterzy uważają, że to dlatego, że „prywaciarz” musi wziąć kolejne BMW w leasingu. Ten schemat, mający pokazywać „cwaniactwo” przedsiębiorców, pojawił się w kilku wypowiedziach. Problem w tym, że powielający go nie biorą pod uwagę ani tego, z jakim obciążeniem muszą się zmagać małe firmy, ani tego, że w korporacji rozstrzał wynagrodzeń bywa gigantyczny, a najwyższego szczebla menadżerowie, niepracujący na swoim, zarabiają wielokrotnie więcej niż zwykli pracownicy. Średnia zatem wychodzi wysoka, ale to kwestia wynagrodzeń niewielkiej grupy ludzi.

Przy tym wszystkim widać ciekawy schemat: hejt na drobnych przedsiębiorców pojawia się często ze strony sympatyków obecnego obozu władzy. Jest w tym rozdwojenie jaźni, bo ta sama grupa ludzi zachwyca się hurrapatriotyczną narracją o sile Polski, a zarazem kompletnie nie dostrzega zagrożeń wynikających z obdarowywania preferencjami wielkich zagranicznych molochów. Gen nienawiści wobec „prywaciarzy” jest głęboko zakorzeniony – jak widać, znacznie głębiej niż powierzchowne przejawy patriotyzmu. Jak się okazuje, dla wielu wyrazem patriotycznej postawy nie jest ułatwienie działalności walczącym na co dzień z aparatem państwa drobnym polskim przedsiębiorcom, ale zalewanie publicznymi pieniędzmi wielkich korporacyjnych molochów, żeby łaskawie zechciały umieścić u nas swoje fabryki, które potem jeden czy drugi polityk będzie mógł z pompą otwierać. Takie otwarcie wygląda przecież znacznie efektowniej niż stworzenie sensownego systemu podatkowego i zlikwidowanie barier prawnych dla małych biznesów. W tym drugim przypadku żadnej wstęgi przeciąć się nie da.

Czy to oznacza, że mamy rezygnować z przyjmowania w Polsce zagranicznych inwestycji? Absolutnie nie. Natomiast w żadnym wypadku nie powinno się to dziać kosztem innych przedsiębiorców i ogółu podatników. Cały system powinien być skonstruowany w taki sposób, żeby ułatwiał działanie i Intelowi, i drobnemu przedsiębiorcy. Na tych samych warunkach. A nie wolno przy tym zapominać, kto pcha polską gospodarkę do przodu.

Niedawno odwiedziłem mały zakład kaletniczy w centrum Warszawy. Właściciel kontynuuje tradycję rodzinną – przejął biznes od swojego ojca. Konserwuje i naprawia torby, walizki, futerały. Obserwując rezultaty jego pracy (zakład ma też dobrze prowadzony profil w mediach społecznościowych) wiem, że dla właściciela i zarazem mistrza w tym fachu to nie tylko interes – to pasja. I powiem szczerze: bardziej cenię sobie tego jednego rzemieślnika, kontynuującego rodzinną tradycję we wciąż potrzebnym fachu, niż wygarniturowanego menadżera, który w imieniu zagranicznej korporacji negocjował z panem premierem, ile kasy z pieniędzy zabieranych również właścicielowi wspomnianego zakładu dostanie jego wielka firma. Zaś nazywanie takich właśnie polskich przedsiębiorców „januszami” i cwaniakami uważam za obrzydliwe.

Łukasz Warzecha

Każdy felietonista FPG24.PL prezentuje własne poglądy i opinie

Łukasz Warzecha
Łukasz Warzecha
Jeden z najpopularniejszych komentatorów sceny politycznej w Polsce. Konserwatysta i liberał gospodarczy. Publicysta „Do Rzeczy", „Forum Polskiej Gospodarki”, Onet.pl, „Rzeczpospolitej", Salon24 i kilku innych tytułów. Jak o sobie pisze na kanale YT: „Niewygodny dla każdej władzy”.

INNE Z TEJ KATEGORII

Czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal

Z pewnością zgodzimy się wszyscy, że najbardziej nieakceptowalną i wywołującą oburzenie formą działania każdej władzy, niezależnie od ustroju, jest działanie w tajemnicy przed własnym obywatelem. Nawet jeżeli nosi cechy legalności. A jednak decydentom i tak udaje się ukryć przed społeczeństwem zdecydowaną większość trudnych i nieakceptowanych działań, dzięki wypracowanemu przez wieki mechanizmowi.
5 MIN CZYTANIA

Legia jest dobra na wszystko!

No to mamy chyba „początek początku”. Dotychczas tylko się mówiło o wysłaniu wojsk NATO na Ukrainę, ale teraz Francja uderzyła – jak mówi poeta – „w czynów stal”, to znaczy wysłała do Doniecka 100 żołnierzy Legii Cudzoziemskiej. Muszę się pochwalić, że najwyraźniej prezydent Macron jakimści sposobem słucha moich życzliwych rad, bo nie dalej, jak kilka miesięcy temu, w nagraniu dla portalu „Niezależny Lublin”, dokładnie to mu doradzałem – żeby mianowicie, skoro nie może już wytrzymać, wysłał na Ukrainę kontyngent Legii Cudzoziemskiej.
5 MIN CZYTANIA

Rozzłościć się na śmierć

Nie spędziłem majówki przed komputerem i w Internecie. Ale po powrocie do codzienności tym bardziej widzę, że Internet stał się miejscem, gdzie po prostu nie można odpocząć.
6 MIN CZYTANIA

INNE TEGO AUTORA

Genius loci

Poprzednio byłem w Budapeszcie w marcu 2020 r. Już nadciągały czarne pandemiczne chmury, ale wciąż jeszcze wydawało się, że to będzie kolejna burza w szklance wody. Jak się stało – wiadomo. Wcześniej w drugiej stolicy Cesarstwa Austro-Węgierskiego bywałem wielokrotnie. Wyrobiłem sobie zatem jakiś jej własny obraz, a nawet coś więcej: trudne do dokładnego opisania i sprecyzowania wrażenie, które mamy, gdy trochę lepiej zapoznamy się z jakimś obcym miejscem.
5 MIN CZYTANIA

Znów nas okradną

Jeżeli za jakiś czas wszyscy pracujący na umowach cywilnoprawnych dostaną do ręki wynagrodzenia niższe o ponad 25 proc., to będą mogli podziękować w takim samym stopniu poprzedniej i obecnej władzy.
5 MIN CZYTANIA

Policja dla Polaków

Jednym z największych problemów polskiej policji – choć niejedynym, bo ta formacja ma ich multum – jest ogromny poziom wakatów: ponad 9,7 proc. Okazuje się, że jednym ze sposobów na ich zapełnienie ma być – na razie pozostające w sferze analiz – zatrudnianie w policji obcokrajowców. Czyli osób nieposiadających polskiego obywatelstwa. W tym kontekście mowa jest przede wszystkim o Ukraińcach, Białorusinach i Gruzinach.
3 MIN CZYTANIA