Cuda wigilijne na pierwszowojennych frontach Europy Zachodniej, polegające na spontanicznych rozejmach, a nawet brataniu się żołnierzy wrogich armii w okresie Świąt Bożego Narodzenia, doczekały się wielu filmowych ekranizacji. Tymczasem mało znane są cuda wigilijne na froncie wschodnim Wielkiej Wojny.

Teatrem działań frontu wschodniego były przede wszystkim ziemie polskie, krwawiące pod butem trzech zaborców, a wśród aktorów było także aż sześć milionów Polaków – żołnierzy wcielonych do trzech wrogich sobie armii. Zacznijmy jednak od początku…

Na Zachodzie bez zmian

Nic nie zapowiadało, że wojna, która wybuchła latem 1914 roku będzie przez potomnych nazywana I wojną światową. Zarówno żołnierze Niemiec i Austro-Węgier, jak i alianccy rekruci jechali na front z głębokim przeświadczeniem, że ich rozłąka z rodziną potrwa zaledwie kilka miesięcy. Taką nadzieję mieli też Polacy wcielani milionami do wrogich sobie armii. Wojna błyskawiczna planowana przez pewne siebie Państwa Centralne jesienią 1914 zamieniła się w wojnę pozycyjną.
Linię frontu zachodniego – od belgijskiej Flandrii po Szwajcarię – poprzecinały kilometrowe okopy zamieniane przez obydwie strony w twierdze nie do zdobycia. Pomiędzy dwoma pasami drutu kolczastego, transzei i schronów wrodzy żołnierze spoglądali na przeciwnika oddalonego nierzadko jedynie o kilkadziesiąt metrów zaoranej ziemi. Dokładnie takie pejzaże oglądali żołnierze alianccy i niemieccy pod belgijskim Ypres pod koniec pierwszego roku wojny.

Do chwilowego zawieszenia broni na czas Bożego Narodzenia wezwał na początku grudnia 1914 roku papież Benedykt XV. Początkowo Niemcy przychylali się do papieskiej propozycji, ale wojska alianckie zdecydowanie odmówiły, toteż żołnierze wrogich armii nie spodziewali się oficjalnego rozejmu. Jednak mimo to decyzje o przerwaniu ognia zapadały na wielu odcinkach frontu.

Zaczęło się od choinki

Wszystko zaczęło się od zauważalnego ruchu w okopach niemieckich. Niebawem, ku swojemu wielkiemu zdziwieniu, Anglicy zobaczyli we wrogich okopach pięknie przystrojoną dużą choinkę. Niemcy zaczęli też śpiewać znaną Brytyjczykom kolędę „Stille Nacht” („Cicha noc”). Kiedy skończył się niemiecki śpiew, w przeciwnym okopie zabrzmiała wersja angielska tej kolędy. Kolejna kolęda Anglików „O przybywajcie wierni” została wzmocniona niemieckimi głosami śpiewającymi ją… po łacinie: „ Adeste fideles”. Śmiertelni wrogowie wspólnie śpiewali jedną kolędę, która zdawała się łączyć głębokie okopy.

Kiedy śpiewy ucichły Niemcy i Anglicy, początkowo bardzo nieśmiało, zaczęli wychylać głowy z okopów, a w końcu wychodzić bez broni na pas ziemi niczyjej. Zaczęto składać sobie życzenia, częstować papierosami i chwalić się zdjęciami żon, dzieci i narzeczonych. Nie zabrakło prezentów, uścisków i łez. Jeden z niemieckich oficerów, widząc zaistniałą sytuację, rozkazał wytoczyć z pobliskiego browaru dwie beczki piwa. Anglicy zrewanżowali się swoim nieodłącznym puddingiem.

Mecz piłki nożnej

Żołnierzom obcującym na co dzień ze śmiercią brakowało śmiechu i rozrywki, toteż nic dziwnego, że wkrótce ktoś wpadł na pomysł rozegrania piłkarskiego meczu. Wybrani reprezentanci wojska niemieckiego i brytyjskiego rozegrali ze sobą zacięte spotkanie przy dopingu ogromnej rzeszy wojska. Wydarzenie to było tak niecodzienne, że postanowiono je utrwalić wieloma fotografiami.
Atmosfera była tak niesamowita, że gdyby nie żołnierskie mundury i wojenny krajobraz, nikt nie pomyślałby, że oto właśnie toczy się wojna światowa. Nikomu nie przeszkadzało też, że za wyznaczniki linii boiska posłużyły… druty kolczaste. Najważniejsza była zabawa. Wynik 3:2 dla Niemców wcale nie zepsuł świątecznego nastroju. Każdy wynosił z okopu swoje rarytasy: grzanki z herbatą, kawę, wino. Wszyscy zgodnie wznieśli toast za… pokój. Wspólne świętowanie trwało do końca Świąt.
Do okopów żołnierze wracali ze świadomością, że koniec Świąt będzie zarazem początkiem prawdziwego wojennego piekła.

Tymczasem na wschodzie…

Podczas I wojny światowej do szeregów armii trzech zaborców: niemieckiej, austro-węgierskiej i rosyjskiej wcielono blisko sześć milionów Polaków. Nierzadko przyszło im ginąć, nie z własnej woli, w dosłownie bratobójczych walkach. Polak walczył z Polakiem, tyle że w innym mundurze. Tak też było w grudniu 1914 roku, gdy front zatrzymał się m.in. na linii dolnej Bzury i Rawki. W ciężkich walkach, z okopów, strzelali do siebie polscy żołnierze z armii rosyjskiej do rekrutów Polaków z armii niemieckiej i austro-węgierskiej. Najbardziej krwawe walki toczyły się o Bolimowo i Sochaczew. Sam Sochaczew w walkach prowadzonych od 17 grudnia wielokrotnie przechodził z rąk do rąk.

Świąteczny czas zmiękczył serca wiarusów. 24 grudnia, kiedy pojawiła się pierwsza gwiazdka, wzruszeni żołnierze podzielili się chlebem zamiast opłatkiem i wręczyli sobie małe prezenty. Zaintonowana przez jednego z żołnierzy kolęda „Bóg się rodzi” szybko rozbrzmiała jednym polskim głosem w rosyjskich okopach. Kolejne zwrotki były jeszcze głośniejsze, gdyż z okopu niemieckiego również setki gardeł podchwyciły melodię, śpiewając ją coraz głośniej. W końcu zagrzmiał wspólny chór w języku polskim.

Wydarzenie to było bardzo wzruszające, z pewnością wiele żołnierskich oczu zaszkliło się od łez. Kolęda przypomniała żołnierzom nie tylko rozłąkę z rodziną, ale i los zniewolonej Ojczyzny, którą przypominały dalsze słowa pieśni: „Podnieś rękę Boże Dziecię, błogosław Ojczyznę miłą”.

Co się wydarzyło po Wigilii 24 grudnia pod Bolimowem i Sochaczewem? Spisane wspomnienia jednego z żołnierzy nie odnotowują, czy zawarty został nieformalny rozejm pomiędzy walczącymi, ale jest to bardzo prawdopodobne, gdyż kolejna wzmianka o walkach pojawia się dopiero po dwóch dniach – 26 grudnia. Taka przerwa w normalnych okolicznościach była nie do pomyślenia.

Nie dziwi zatem sposób przerwania rozejmu: gwałtowny atak 26 grudnia niemieckich samolotów, które zbombardowały sochaczewski rynek, zabijając ośmiu cywilów i raniąc kolejnych stu. Wydaje się, że wspólne kolędowanie polskich rekrutów było zagrożeniem dla niemieckich i rosyjskich oficerów. Polacy, będąc w przeważającej liczbie żołnierzami w dwóch wrogich sobie armiach, mogli przecież dojść do wniosku, że nie chcą ze sobą walczyć, a przecież nie ma groźniejszego wroga dla Niemca czy Rosjanina niż Polacy, którzy walczą pod swoim sztandarem.

Cud nad Rabą

W czasie adwentu 1914 roku wydarzył się nad Rabą cud, który w osłupienie wprawił carskich żołnierzy. Była to pierwsza interwencja Matki Bożej w obronie Polaków przed Rosjanami, jednak w przeciwieństwie do Cudu nad Wisłą, pojawienie się Matki Bożej przed żołnierzami carskimi w Myślenicach jest do dzisiaj praktycznie nieznane.

Na przełomie listopada i grudnia Ziemia Myślenicka była areną krwawych walk podczas carskiej ofensywy, mającej na celu zdobycie Krakowa. Na drodze do grodu Kraka armia rosyjska walczyła nad rzeką Rabą pod Myślenicami. Po pokonaniu wojsk austro-węgierskich i silnym ostrzale armatnim Rosjanie mieli przejść przez most na Rabie po to, by wkroczyć do praktycznie bezbronnego już miasta. Wtem w oparach mgieł i dymu armatniego ukazała się im postać Matki Bożej Myślenickiej z małym dzieckiem na ręku. „Matier Boża” szeroko rozpościerała przed Rosjanami płaszcz, jak gdyby chciała im zagrodzić dalszą drogę. Przerażeni Rosjanie bali się wkroczyć do miasta i pośpiesznie zmienili trasę marszu. Niebawem niektórzy z nich, będąc już w austriackiej niewoli, sami opowiadali o cudzie, a myśleniczanie nie mieli wątpliwości, komu zawdzięczają ocalenie. Cud nad Rabą przyczynił się do rozkwitu kultu Matki Bożej Myślenickiej, której mieszkańcy miasta dziękowali za ratunek, szczególnie w okresie Świąt Bożego Narodzenia 1914 roku.

Wyjątkowe życzenia

Oblegana po raz drugi przez armię rosyjską Twierdza Przemyśl także doświadczyła swoistego wigilijnego cudu. Rosjanie zaprzestali morderczego ostrzeliwania twierdzy, pozwalając jej załodze na spokojne świętowanie. Oczywiście nie trzeba dodawać, że w obu wrogich armiach bardzo licznym rekrutem byli Polacy. Wtedy to, na przedpolu VI obwodu obronnego, pojawiła się tablica z życzeniami dla załogi twierdzy: „Z całego serca życzymy Wam wszystkim dzielni obrońcy Przemyśla spokojnych i wesołych Świąt Bożego Narodzenia. Pokój, pokój na ziemi wszystkim ludziom dobrej woli. Niech Bóg spełni Wasze pragnienia – szczerze życzą oficerowie i żołnierze baterii nr 5, 10 Brygady Artylerii!”.

Jak podaje inna relacja, na następnym odcinku zasieku z drutu kolczastego sołdaci rosyjscy zawiesili kolejny transparent: „Niemcy, Węgrzy, Słowianie, Włosi, każdej nacji jej także należącej, nie jesteśmy waszymi wrogami: jesteście dzielnymi żołnierzami! Życzymy Wam dobrych Świąt Bożego Narodzenia! Pokój! Pokój! Pokój!”.

W świątecznym czasie pojawiło się też wiele poselstw carskiej armii z życzeniami i prezentami do dowódców poszczególnych jednostek Austro-Węgierskiej twierdzy, która tak naprawdę była polskim miastem. W odpowiedzi na takie zachowanie podkomendnych cara Komendantura Twierdzy postawiła na ziemi niczyjej choinkę, pod którą znalazły się prezenty dla oblegających. 13 dni później, gdy nadszedł czas świąt prawosławnych, twierdza kurtuazyjnie wstrzymała ostrzał.
Jeden z uczestnik walk pod Twierdzą Przemyśl tamtego roku zapisze w swoim pamiętniku: „Te święta (…) będziemy pamiętać jeszcze przez wiele lat”.

Nigdy więcej!

Do dowódców wrogich armii (również oszołomionych zaistniałymi na dużą skalę rozejmami) powoli zaczęło docierać, że żołnierzom po obu stronach okopów nie spieszy się do walki. Wiele z nich wznowiono dopiero po Nowym Roku i to na wyraźny rozkaz dowódców. Odnotowano nawet fakt, iż krnąbrna szkocka jednostka potrafiła utrzymać rozejm do 3 stycznia.

Dla wielu ówczesnych dowódców wydarzenia bożonarodzeniowe roku 1914 jawiły się jako śmiertelne zagrożenie dla żołnierskiego morale. Żołnierz miał być żądną krwi maszyną do zabijania wroga, a nie myślącym człowiekiem, życzącym sobie pokoju i bratającym się z wrogiem. Dlatego regułą w obu wrogich armiach stała się odtąd częsta relokacja frontowych oddziałów. Wojskowi dowódcy zdawali sobie sprawę, że żołnierzowi ciężko będzie strzelać do przeciwnika, z którym niedawno piło się toast za pokój.
Tym bardziej Niemcy, Austriacy i Rosjanie doskonale wiedzieli, że w ich szeregach służą żołnierze, których łączą nie tylko wigilijne toasty, ale też narodowość i więzy krwi. Tymi żołnierzami byli Polacy. Dlatego nie dziwi specjalnie fakt, iż w kolejnych latach wojny, w drugiej połowie grudnia wręcz wzmagano ostrzał artyleryjski nieprzyjacielskich stanowisk po to, aby żołnierzom po każdej stronie okopu wybić z głowy pomysły o wigilijnym rozejmie lub wspólnym śpiewaniu kolęd.

Zabiegi zaborców na niewiele się zdały. Polacy w obcych armiach postanowili walczyć o własną niepodległość. W grudniu 1914 roku pod Bolimowem naszych rodaków, choć w obcych mundurach i podzielonych wrogimi okopami, potrafiła połączyć piękna kolęda. Dzisiaj jako naród często sami kopiemy okopy i strzelamy do siebie słowami jak armatnimi pociskami. Zdałoby się prosić Boga o wigilijny cud mądrości na ten czas i na przyszłość. Wszak to sąsiedzi będą się cieszyć z podziałów.