Tablice unijne stoją niemal na każdym rogu ulicy. Nieraz po kilka obok siebie. Przekaz jest jasny: Polacy – dobroczynna Unia Europejska bezinteresownie wydaje na was miliardy.

Niestety, to tylko jedna strona medalu. Ta, którą widać. Jest jeszcze druga – nieco ukryta, o której mówi się znacznie rzadziej. Analiza szeregu aspektów związanych z wykorzystywaniem unijnych funduszy pokazuje, że niekoniecznie są one tak korzystne, jak się powszechnie uważa.

Przede wszystkim to, co powstaje z unijnych funduszy, tylko częściowo jest finansowane przez Unię Europejską. Z ministerialnego serwisu mapadotacji.gov.pl wynika, że nie licząc dotacji i dopłat do rolnictwa, do 3 sierpnia br. przy współfinansowaniu funduszy unijnych zrealizowano 260 871 projektów o łącznej wartości 1 088,6 mld zł, z czego dofinansowanie z UE wyniosło 642,5 mld zł (59 proc.). Oznacza to, że 41 proc. wartości projektów unijnych było finansowane z polskich źródeł. Współfinansowanie projektów UE (i EFTA) z budżetu państwa w latach 2004-2020 wyniosło 122,9 mld zł. Ale pamiętajmy jeszcze o polskiej składce do UE, która w latach 2004-2020 sięgnęła 239,4 mld zł, co oznacza, że około jedna trzecia tzw. środków unijnych to pieniądze polskie.

Żebracza mentalność

Ale istnienie unijnych dotacji generuje cały szereg jeszcze innych kosztów. Fundusze unijne to pieniądze zabrane pod przymusem podatkowym, które poprzez wielostopniową sieć biurokratyczną przekazywane są beneficjentom. Urzędnicy też muszą z czegoś żyć, a zbieranie i rozdawanie pieniędzy kosztuje, więc suma rozdanych dotacji zawsze będzie niższa niż kwota zebrana w podatkach.

Z drugiej strony powstał cały przemysł zajmujący się pisaniem wniosków o unijne fundusze. Samorządy, firmy i inne podmioty albo same zatrudniają ekspertów, by starać się o dotacje, albo zlecają to firmom zewnętrznym.

– Wydatek na profesjonalnie zrobiony wniosek o dotację inwestycyjną to od kilku do kilkunastu procent wartości tej dotacji. Taki wniosek to mnóstwo papierkowej roboty. Czasem to są miesiące pracy – mówi ekonomistka Beata Pachnik-Łodzińska, właścicielka biura podatkowego Tax Expert Consulting w Zielonej Górze.

Sam proces ubiegania się o dotacje może być drogą przez mękę, bo w znacznie większym stopniu niż wartość merytoryczna projektu liczy się właściwe przygotowanie formalne wniosku. Przedsiębiorcy żalą się, że obowiązują skomplikowane wymogi i – żeby zdobyć potrzebne dokumenty – trzeba ciągle kombinować, a potem jest weryfikacja i sprawdzanie faktur, w których zawsze coś jest źle. W rezultacie bardzo długo czeka się na pieniądze.

Pojawia się żebracza mentalność. Przedsiębiorcy zaczynają myśleć nie o tym, jak rozkręcić firmę, zdobyć nowego klienta, tylko jak uzyskać dotację i jak ją potem rozliczyć. Trudno oszacować stratę polegająca na tym, czego firmy NIE ZROBIŁY, bo zamiast biznesem, zajmowały się dotacyjną papierologią. Nie rozwinęły i siebie, i niedoszłego kontrahenta, u którego NIE KUPIŁY maszyny czy produktu.

– Koszt rozproszenia uwagi. Jeżeli ktoś nie wykonuje czynności produktywnych, to traci zdolność do wykonywania czynności produktywnych, a zaczyna wykonywać czynności nieproduktywne. Mało tego, uczy się tego. Nabywa takiej umiejętności polegającej na kłamstwie, oszustwie, zniekształcaniu faktów, nazywaniu rzeczy innymi słowami. To jest niepowetowana strata. Tego nie da się wyliczyć w pieniądzach – mówi Marek Bernaciak, przedsiębiorca z Koła.

Co więcej, jeśli firma nie poradzi sobie z warunkami, do których się zobowiązała w umowie dotacyjnej, może zostać bankrutem z długami i z koniecznością zwrotu dotacji. A koszty ponoszą także niedoszli beneficjenci, których wnioski odpadły w konkursie (także przez nepotyzm i korupcję). Oznacza to, że pieniądze, czas i wysiłki skierowane na pozyskanie dotacji zostały bezpowrotnie stracone. Są takie konkursy, w których łączny koszt przygotowania wniosków jest wyższy niż pula do rozdysponowania.

(Nie)potrzebne projekty

Kolejne straty wynikają z tego, że wiele „inwestycji” – szczególnie samorządowych, współfinansowanych przez UE – niekoniecznie jest niezbędnych, a potem generują koszty związane z utrzymywaniem obiektów, takich jak domy kultury, muzea, opery czy stadiony. Na przykład budowa Muzeum Śląskiego kosztowała 261,3 mln zł (w tym unijna dotacja wyniosła 178,2 mln zł), ale jego roczne utrzymanie to kilkadziesiąt milionów złotych. Na Mazowszu gminy nie miały pieniędzy, by sfinansować utrzymanie wybudowanych z dotacji świetlic, więc stały puste. Na dodatek w tego typu obiektach z reguły obowiązuje pięcioletni okres, w czasie którego nie można pobierać opłat za oferowane tam usługi. W całej Polsce z pomocą unijnych dotacji powstawały też strefy gospodarcze, do których jednak latami nie udawało się ściągnąć żadnego inwestora albo nieliczni zajmowali ułamek dostępnych tam terenów.

Niejednokrotnie też realizowane przez gminy projekty dotacyjne mijają się z potrzebami mieszkańców. W Czeladzi (woj. śląskie) brakuje miejsc parkingowych, ale dotacje były na ścieżki rowerowe, więc na nich teraz mieszkańcy… parkują swoje auta. W wielu miastach, aby dostać dotację na remont dróg, wprowadza się buspasy utrudniające ruch i tym samym powodujące większe zużycie paliwa. Z dotacji unijnych w podkarpackiej gminie Gorzyce przez pola wybudowano asfaltową drogę… donikąd. Za pieniądze unijne buduje się za duże biblioteki czy infokioski, z których nikt nie korzysta. Kilkanaście razy drożej niż cena rynkowa kosztują finansowane przez UE portale dla miłośników sportów wodnych czy kotów, znikające po pięcioletnim okresie trwałości projektu.

Niejednokrotnie efekty dotacji unijnych są nietrwałe i przeciwne do założonych. Na przykład z kontroli NIK wynika, że ogromne wsparcie unijne dla bezrobotnych na rozpoczęcie działalności gospodarczej nie przełożyło się na zwiększenie liczby trwałych miejsc pracy w województwie lubelskim, a doszło do szeregu nadużyć. Wielu beneficjentów wykorzystało dotacje otwierając firmę, ale bez zamiaru zajmowania się biznesem przez dłuższy czas. Niektórzy korzystali z funduszy tylko po to, by wesprzeć finansowo działalność członków rodziny.

– Bierze się 24 tys. zł, kupuje jakieś rzeczy, na przykład komputery czy inny sprzęt. Po roku zamyka się działalność. Jeśli te pieniądze pobudziły kogoś do aktywności, co się rzadko zdarza, jest to w porywach co najwyżej 20 procent – ocenia księgowa ze Śląska.

Mimo 60 instrumentów finansowego wsparcia publicznego przeznaczonych na rozwój innowacji oraz badań i rozwoju w przedsiębiorstwach i miliardów euro na ten cel, doszło do pogorszenia sytuacji w tej dziedzinie. Otóż według GUS w latach 2008-2017 w przypadku przedsiębiorstw przemysłowych liczba przedsiębiorstw innowacyjnych zmniejszyła się z 21,4 do 18,5 proc. ogółu przedsiębiorstw. Z kolei w przypadku przedsiębiorstw usługowych liczba przedsiębiorstw innowacyjnych zmniejszyła się z 16,1 do 10,4 proc.

Podobne wnioski wypływają z raportu NIK z 2018 roku, w którym Izba stwierdza, że „udzielana pomoc publiczna nie wpływa w zauważalny sposób na podwyższenie innowacyjności polskiej gospodarki” i „w efekcie Polska wciąż – mimo pokaźnych nakładów finansowych i specjalnych programów wsparcia – jest na dalekich pozycjach w europejskich rankingach innowacyjności”. Mimo czy z powodu?

Zatruty pieniądz

Wynika to z faktu, że jak dawno temu zauważył prof. Milton Friedman, wydawanie pieniędzy przez urzędników to najmniej racjonalny sposób ich wykorzystania, bo cudze pieniądze przeznaczane są na cudze potrzeby. Dlatego powinno się ograniczać zadania i budżety władz publicznych. Fundusze unijne idą w dokładnie przeciwnym kierunku. Co więcej, samorządy, realizując coraz więcej europrojektów, bezmyślnie się zadłużają. Od czasu wejścia do UE długi polskich samorządów zwiększyły się aż o 400 proc., co przede wszystkim jest skutkiem konieczności wysupłania wkładu własnego, a potem utrzymywania różnych projektów. Pierwsza przez dotacje zbankrutowała zachodniopomorska gmina Ostrowice. Która będzie kolejna?

To urzędnik decyduje najpierw o programach i celach, na jakie zostaną przeznaczone fundusze unijne, a potem inny biurokrata – o konkretnym ich rozdysponowaniu. W ten sposób utrwala się fałszywy stereotyp, że urzędnik wie lepiej.

– Unijne dotacje to jest zatruty pieniądz. Kiedy wpłacamy te pieniądze w ramach składki, są one czyste. Możemy je wydać na cokolwiek, jak chcemy. I nie jest obciążony żadnymi służebnościami czy wadami prawnymi. To, co dostajemy z powrotem w postaci dotacji, to jest tak naprawdę tylko bon towarowy, który możemy wydać zgodnie z rozporządzeniami i zaleceniami tego, kto nam go daje. Nawet wtedy, kiedy zupełnie nie potrzebujemy kupować tych rzeczy, albo bardziej potrzebujemy inne, to musimy wydać w taki sposób, jak zostało to przewidziane – tłumaczy poseł Konfederacji Dobromir Sośnierz.

W efekcie unijne euro nie idzie na to, co jest potrzebne, tylko na to, co urzędnikom wydaje się, że jest potrzebne. Na przykład UE nie chce współfinansować energetyki węglowej ani gazowej. Chętnie natomiast płaci na energetykę wiatrową czy słoneczną. Odrzucane są wnioski składane przez polskie gminy, które przyjęły rezolucje dotyczące stref wolnych od LGBTI lub praw rodzinnych. Jednym słowem, żeby dostać dotację, trzeba się słuchać i być grzecznym. To oczywiście nic nowego, ale należy sobie z tego zdawać sprawę.

Ponadto z punktu widzenia Brukseli głównym celem dotacji nie jest pomoc firmom czy gminom, tylko realizacja unijnych polityk. Biorąc dotacje, samorządy przestają być niezależne także w innym wymiarze. – Jest taki zespół zależności związany z takim dziadowaniem, związany z pieniędzmi, które pochodzą ze źródeł pozabudżetowych. To spowodowało, że wójtowie, burmistrzowie, radni stoją jak głupi przed carem. Bo dużo zależy od wojewody, dużo zależy od sejmiku: ile dostaną subwencji, środków pomocowych – zauważa Stefan Oleszczuk, były burmistrz Kamienia Pomorskiego, były starosta kamieński.

Unijne dotacje to także zaproszenie do korupcji. Rządowy Program Przeciwdziałania Korupcji na lata 2014-2019 wśród obszarów życia społecznego w Polsce najbardziej zagrożonych korupcją wymienia właśnie obszar wdrażania programów unijnych. CBA co chwilę podaje informacje o kolejnej aferze związanej z wyłudzaniem unijnych srebrników. W tym celu najczęściej fałszowane są dokumenty. W takich sytuacjach należy winić nie tyle „przedsiębiorczych” beneficjentów, że biorą pieniądze, by je wydać z punktu widzenia programu dotacyjnego w sposób nieracjonalny i marnotrawny, ile bardziej system, który je w ogóle rozdaje.

To, czego nie widać

Niezwykle niepożądane jest też to, że dotacje unijne to rodzaj interwencjonizmu państwowego, który powoduje deformację relacji na rynku. To z kolei oznacza nieoptymalne wykorzystanie zasobów, których przecież mamy ograniczoną ilość. W branży szkoleń czy usług internetowych doszło do zdemolowania rynku. Firma szkoleniowa bez dotacji nie jest w stanie konkurować z firmą, która załatwiła sobie dotacje. Z kolei „darmowy” Internet z UE uderza w prywatne firmy, którym kurczy się rynek.

Co więcej, z powodu czekania na kwestie formalne i wypłatę dotacji, firmy zmuszone są do przesuwania inwestycji w czasie. Jest to szczególnie zabójcze w branży IT, w której wszystko bardzo szybko się zmienia. Innym niebezpieczeństwem jest konieczność drobiazgowego trzymania się przyjętych wstępnie założeń, co może powodować, że po latach w trakcie realizacji projekt staje się bezużyteczny.

W analizie FOR pt. „Fundusze UE nie zastąpią potrzebnych reform w Polsce” czytamy, iż zbiorczy przegląd badań ekonometrycznych prowadzi do wniosku, że oddziaływanie polityki spójności na tempo wzrostu PKB nie różni się istotnie od zera. Tymczasem dochodzimy do najważniejszego punktu – do tego, co francuski ekonomista Frédéric Bastiat określił jako „to, czego nie widać”. Na co wydanoby pieniądze, które w formie podatków zostały zabrane z realnej gospodarki po to, by można było rozdawać dotacje? Jedno jest pewne: wiele prywatnych inwestycji w ogóle nie powstało.

– Dotacje to kierowanie pieniędzy od ludzi, którzy wiedzieli, jak je wypracować, do tych, którzy nie wiedzieli, jak je wypracować. Od tych, którzy lepiej nimi zarządzali, do tych, którzy zazwyczaj zarządzają nimi gorzej – mówi poseł Sośnierz.

W rezultacie kosztem efektywnego sektora prywatnego dochodzi do rozszerzenia niewydajnego sektora publicznego. Według danych GUS inwestycje sektora prywatnego zmniejszyły się z 13,4 proc. w 2004 roku do 9,7 proc. PKB w 2018 roku. W tych latach inwestycje sektora publicznego zwiększyły się z 4,9 do 6,5 proc. PKB. Nie jest to korzystny trend. Co więcej, mimo tego rzęsistego deszczu euro, w ciągu ostatnich 25 lat wydatki inwestycyjne w Polsce, w relacji do PKB, bynajmniej nie były najwyższe w czasie członkostwa w UE, a w latach 1998-2000, kiedy to wyniosły około 24 proc. Z kolei najsłabszy był rok 2017 z 17,5 proc.