1 września 1939 roku hitlerowskie Niemcy zaatakowały Polskę. Naprzeciw siebie stanęły dwie armie i dwie gospodarki. Było to przysłowiowe starcie Dawida z Goliatem, przy czym Goliatowi aktywnie pomagali jeszcze: giermek – Słowacja, radziecki niedźwiedź oraz… Anglia i Francja, nie wywiązując się z sojuszniczych zobowiązań wobec Polski.

Trzecia Rzesza i Druga Rzeczypospolita dysponowały zasadniczo różnym potencjałem gospodarczym, co odbiło się na liczebności i uzbrojeniu obu armii. Przeciwko niemieckiej – liczącej 1,85 miliona żołnierzy i wspomagających ją Słowaków w sile kolejnych 50 tysięcy – niedawno odrodzona Polska zdołała wystawić armię liczącą 950 tysięcy żołnierzy.

Choć wydatki II RP na cele obronne sięgnęły w 1939 roku 30 procent budżetu to próba dogonienia, pod względem technologicznym, armii europejskich kompletnie się nie powiodła. Plan modernizacji wojska podpisany przez Edwarda Rydza-Śmigłego w 1936 roku zakładał, że uda się to za sześć lat. Wielu wcześniejszych zaniedbań nie dało się szybko zniwelować.

Co prawda dysponowaliśmy świetną i nowoczesną bronią z najwyższej światowej półki – w dodatku rodzimej produkcji, jak karabiny przeciwpancerne Ur, czołgi 7TP czy bombowce „Łoś”, jednak było tego niewiele. Wojna wybuchła w połowie planu zakładającego modernizację polskiego wojska. Nowoczesna armia niemiecka miała więc przeciwko sobie armię w miarę liczną, ale niemogącą sprostać wymogom nowoczesnego pola bitwy. Polskie lotnictwo i broń pancerna nie mogły się równać z niemiecką Luftwaffe i pancernymi zagonami Guderiana.

Niemieckie triki

W tym momencie warto zadać pytanie: co władze ówczesnej Polski mogły uczynić, by przyspieszyć rozwój gospodarczy? Zdaniem części dzisiejszych ekonomistów, zbyt słaby rozwój gospodarczy II RP spowodowany był, między innymi, parytetem złota. Gdy podczas Wielkiego Kryzysu większość państw decydowało się na dewaluację swojej waluty, polski rząd starał się ją umacniać. Na dewaluację własnej waluty zdecydowali się Brytyjczycy, państwa skandynawskie, Czechosłowacja, Japonia, USA i inne państwa. Polska zrobiła to dopiero w 1939 roku.

Jak z Wielkim Kryzysem poradziły sobie Niemcy?

Nie od dziś wiadomo, że Adolf Hitler doszedł do władzy w dużej mierze dzięki obietnicy gospodarczej odbudowy Niemiec. Jeszcze w styczniu 1933 roku, w ostatnich miesiącach Republiki Weimarskiej, bezrobocie sięgało aż 6 milionów osób. W rok po przejęciu władzy przez nazistów odtrąbiono niebywały sukces – spadek bezrobocia do 3,3 miliona. Jak to się stało? Hitlerowi potrzebny był sukces, który utwierdzi Niemców w przekonaniu, iż kanclerz rodem z Austrii jest najlepszym z możliwych wyborów. W uzyskaniu tak dobrych statystyk nazistom pomogło kilka trików.

Po pierwsze, ze statystyk wykluczono bezrobotne kobiety uznając, że ich miejsce jest w domu przy dzieciach. Dodatkowo, gdy tylko było to możliwe, zwalniano kobiety z pracy, zatrudniając w to miejsce mężczyzn. Statystyki “poprawiano” także poprzez usuwanie z nich Żydów, których w Niemczech mieszkało około pięciuset tysięcy.

Dalszy spadek bezrobocia w kolejnych latach spowodowany był także przywróceniem obowiązkowej służby wojskowej. Wielu bezrobotnych trafiło do armii, więc z miejsca przestało być bezrobotnymi (warto w tym miejscu dodać, że była to propozycja nie do odrzucenia: albo armia, albo obóz koncentracyjny).

Kolejnym etapem walki z bezrobociem stały się ogromne nakłady na rozwój przemysłu zbrojeniowego i rozpoczęcie dużych robót publicznych (budowa autostrad). Wszystkie te inwestycje potrzebowały tysięcy rąk do pracy.

Siła przez radość

Nazistowska propaganda doskonale potrafiła rozegrać sprawy gospodarki. Wprawdzie za rządów nazistów Niemcy nie zarabiali dużo, jednak władza rozdawała uznaniowo różne dobra po atrakcyjnych cenach. Szczególną popularnością cieszył się program „Kraft durch Freude” (Siła przez radość), który organizował czas wolny niemieckich robotników. Ludzie pracy, w ramach tego programu, mogli korzystać z atrakcyjnych cenowo wycieczek; na przykład na narty w bawarskie Alpy za 28 marek, albo promem na Wyspy Kanaryjskie za 62 marki (dla porównania miesięczne wynagrodzenie robotnika w fabryce Kruppa wynosiło 180 marek). Robotnicy byli zadowoleni, a machina propagandowa mogła pokazać, jak narodowi socjaliści dbają o niemieckich pracowników.

Dużą popularnością cieszył się też program oszczędzania na volkswagena „garbusa”, który okazał się klasycznym… przekrętem. Na kosztujące niemal tysiąc marek auto robotnik mógł wpłacać 20 marek miesięcznie. Po uzbieraniu 750 marek uczestnik programu miał się już cieszyć nowym autem, spłacając brakującą kwotę. W praktyce samochodu nie otrzymał żaden z uczestników programu, a zebrane na kontach pieniądze rząd przeznaczył na zbrojenia.

Mit sukcesu

W 1939 roku niemieccy robotnicy mogli za swoją wypłatę kupić o jedną czwartą mniej niż przed przejęciem władzy przez NSDAP. Skąd zatem mit sukcesu ekonomicznego Niemiec za rządów Hitlera?

Biorąc pod uwagę fakt, że podczas rządów nazistów zadłużenie Niemiec wzrosło pięciokrotnie, śmiało można mówić o niezwykłym sukcesie, ale tylko i wyłącznie propagandy Josepha Goebbelsa. Niemcy i świat usłyszeli to, co mieli usłyszeć: kwitnąca gospodarka i sukces, który mógł zagwarantować jedynie narodowy socjalizm. Fakty przedstawiały się zgoła inaczej.

Hitler realizował, de facto, tylko jeden program gospodarczy – zbrojenia za wszelką cenę. Dlatego też naziści wkrótce niebotycznie podnieśli podatki. III Rzesza zafundowała swoim obywatelom 21 różnych podatków, w tym specjalny na zbrojenia. Najwyższy był podatek dochodowy, z sześcioma progami od rocznych dochodów. Najwyższy próg, dla obywateli od 100 tysięcy marek rocznego dochodu, nakładał aż pięćdziesięcioprocentowy podatek na rzecz państwa. Jedynym wyjątkiem od tej zasady był… kanclerz.

Otóż Adolf Hitler, pobierając jako szef rządu 44 tysiące marek rocznie (dla porównania roczna pensja nauczyciela wynosiła niecałe 5 tysięcy marek) zarobił dodatkowo na tantiemach autorskich bestsellera, jakim okazała się „Mein Kampf”, niebotyczną sumę 1,23 miliona marek. Powinien był więc odprowadzić 600 tysięcy marek podatku. Nie uczynił tego na prośbę… bawarskiego urzędu podatkowego, którego szef, Ludwig Mirre, napisał list do kanclerza z zapytaniem, czy może go zwolnić z obowiązku podatku dochodowego oraz darować wszelkie inne zaległe podatki. Uniżona prośba została rozpatrzona pozytywnie. Hitler łaskawie przystał na propozycję bawarskiego urzędnika, a następnie mianował go szefem wszystkich urzędów podatkowych w Niemczech.

Historia ta uczy dwóch rzeczy: potwierdza orwellowską zasadę, że są równi i równiejsi oraz przeraża popularnością idei nazistowskiej wśród Niemców w czasach III Rzeszy. Ktoś przecież tę „Mein Kampf” kupował…

Zadłużanie na potęgę

Wysokie podatki nie gwarantowały jednak takiego rozmachu zbrojeń o jakim marzył Hitler. Dlatego naziści coraz bardziej zadłużali państwo. W 1928 roku rząd niemiecki miał 10 miliardów marek wpływów podatkowych i 12 miliardów marek wydatków, podczas gdy w 1939 roku stosunek ten wynosił odpowiednio 15 i 30 miliardów marek. Cóż, socjalizm kosztuje. Również ten narodowy.

W każdym roku od objęcia władzy naziści zwiększali zadłużenie. W efekcie dług publiczny wzrósł w ciągu czterech lat dwukrotnie – z 12 procent w 1933 roku do 25,5 procent PKB w 1937. Prezes Reichsbanku Hjalmar Schacht, w przemowie wygłoszonej 29 listopada 1938 roku stwierdził: “Żaden bank centralny w czasie pokoju nie prowadził takiej odważnej polityki kredytowej jak Reichsbank, od momentu przejęcia władzy przez narodowych socjalistów. To dzięki tej polityce kredytowej Niemcy uzbroiły się tak, że nikt nie może im dorównać”.

Jak się okazało, tą odważną polityką Reichsbanku był sprytny pomysł jego dyrektora na ominięcie ustawy z 1924 roku, zgodnie z którą bezpośrednia pożyczka banku centralnego Niemiec dla rządu nie mogła przekroczyć 100 milionów marek. Wtedy prezes Reischbanku wprowadził do obiegu tzw. weksle Mefo, wystawione na firmę wydmuszkę Metallurgische Forschungsgesellschaft. Weksle te były gwarantowane przez państwo, a firmy mogły je zamienić na gotówkę w jakimkolwiek niemieckim banku. W ten sposób weksle Mefo w latach 1934-1938 pokryły około 30 procent wydatków na zbrojenia, a w obiegu krążyło – bagatela – 12 miliardów marek w wekslach.

Jak uniknąć bankructwa

Wkrótce Schacht, pełniący jednocześnie funkcję ministra ds. gospodarki, zalarmował Hitlera, że taka polityka może doprowadzić Rzeszę do bankructwa, bo wskutek tej operacji finansowej zadłużenie państwa było w rzeczywistości dużo większe niż podawały oficjalne dane. Hitler na te słowa zareagował bardzo szybko. Zdymisjonował Schachta, powołując w jego miejsce ślepo mu oddanego Hermanna Goeringa. Ten twardą ręką prowadził politykę zbrojenia za wszelką cenę. Ceny i płace zaczęły być ściśle kontrolowane przez państwo, a dywidendy firm obniżono do zaledwie sześciu procent.

W 1939 roku dług publiczny wynosił już 46 procent, ale w armii niemieckiej służyło 1,4 miliona żołnierzy. Wiadomo było, że Hitler prze do wojny i wojna – z punktu widzenia gospodarki Niemiec – stawała się niemal koniecznością, bo mogła uratować III Rzeszę od bankructwa. Wyglądało to tak, jakby Hitler świadomie palił za sobą mosty. I tak było. Hitlera interesowała wojna, a jego pierwszym łupem miała stać się Polska. Od 1 września 1939 roku III Rzesza zaczęła prowadzić nową politykę gospodarczą, polegającą na totalnej i systematycznej grabieży podbitych krajów i uczynieniu z ich obywateli najtańszej siły roboczej, która zapracuje na spłatę nazistowskich długów.

Na koniec refleksja: gdyby kanclerz Heinrich Bruning nie trzymał się kurczowo polityki zaciskania pasa (polityki deflacyjnej) w standardzie złota, która doprowadziła do trzydziestoprocentowego bezrobocia wśród niemieckich robotników, być może pewien malarz z Austrii nie zastąpiłby go na kanclerskim stołku…