Biznes Polski z Unią Europejską wychodzi tak, że zmarnujemy 529 mld euro własnych pieniędzy po to, żeby dostać z Brukseli 116 mld euro. Zmarnujemy 4,5 razy więcej, niż dostaniemy. Taki interes mogli nam zafundować tylko politycy. A ludzie wierzą w ich słowa, jak to zyskujemy na uniotransferach.

Tomasz Cukiernik

„Zbliża się porozumienie UE w sprawie Fit For 55 i rozszerzenie ETS na budownictwo i transport. Jaki koszt dla Polski do 2030 roku? Dodatkowe 189 mld euro. Całe KPO ze swoimi kamieniami milowymi to 24 mld euro (za które do 2058 zapłacimy 100 mld)” – napisał na Twitterze wiceminister sprawiedliwości Sebastian Kaleta z Solidarnej Polski, powołując się na raport Pekao SA sprzed roku. Problem w tym, że te 189 mld euro (w rzeczywistości z wyliczenia Pekao SA wynika kwota ponad 191 mld euro) to koszty DODATKOWE za rozszerzenie ETS-u, a przecież cały czas z tego tytułu koszty ponosimy. Z raportu Pekao SA wynika, że bez rozszerzenia i zaostrzenia ETS-u do 2030 r. koszty te wynoszą dla Polski gigantyczną kwotę 338 mld euro, a z rozszerzeniem i zaostrzeniem – 529 mld euro.

Co się na to składa? W formie konieczności nabywania uprawnień do emisji dwutlenku węgla płacimy w ramach kupowania energii elektrycznej i ciepła czy produktów przemysłów energochłonnych. Do tego dojdzie zaostrzenie ETS-u w tych gałęziach gospodarki oraz rozszerzenia go o transport drogowy, transport indywidualny, emisje budynków i konieczne inwestycje związane z unijnym obowiązkiem wzrostu efektywności energetycznej. „Opodatkowali powietrze, teraz idą po samochody czy nasze domy. Wszystko ma mieć obciążenie europejskim szaleństwem – ETS. Sztuczne finansowe instrumenty jako podatek doprowadzą do ubóstwa i zrujnują budżety naszych rodzin. Dodatkowo pozbędziemy się stabilnych źródeł prądu” – napisał na Twitterze Jacek Ozdoba, wiceminister klimatu i środowiska z Solidarnej Polski.

Wiceminister Kaleta podał, że w tym czasie unijne transfery (KPO i unijne dotacje) wyniosą 115,9 mld euro. Czyli netto Polska poniesie aż 413 mld euro kosztów unijnej polityki klimatycznej. A to nie są przecież wszystkie wydatki związane z członkostwem Polski w Unii Europejskiej. Tyle nas kosztuje siedzenie w eurokołchozie, a tymczasem rząd PiS od wielu miesięcy próbuje wywalczyć te grosze na KPO, które oznaczają nic innego jak dodatkowe zadłużenie. „W KPO jest kilkaset kamieni milowych do zrealizowania. Wśród nich są również takie, które zaskoczyły opinię publiczną, a nawet polityków partii rządzącej! Cały fundusz sfinansowany jest ze wspólnego długu (spłacany do 2058 r.) i nowych zasobów własnych UE, do których należą też nowe, unijne, federalne podatki. A samo KPO jest podzielone na część pożyczkową i bezzwrotnej dotacji. Wymóg reformy wymiaru sprawiedliwości jest tylko maleńką, ale najgłośniejszą, częścią nałożonych na Polskę zobowiązań. Fundusz Odbudowy to nic innego jak pułapka, w której właśnie znalazła się Polska!” – słusznie napisała na Facebooku Anna Bryłka, wiceprezes Ruchu Narodowego.

Winny tej sytuacji jest zarówno obecny premier Mateusz Morawiecki, który zgadza się na wszystko, co podkłada mu Bruksela, jak i rządy aktualnej tzw. totalnej opozycji. To premier Donald Tusk podpisał w 2008 r. unijny pakt energetyczno-klimatyczny. – Po 2019 roku polski prąd nie zdrożeje dla odbiorców – bredziła z kolei w 2014 r. ówczesna premier Ewa Kopacz. Natomiast Marcin Korolec, ówczesny sekretarz stanu w Ministerstwie Środowiska i pełnomocnik rządu ds. polityki klimatycznej, twierdził wówczas, że „Polska będzie miała prawo do większej ilości uprawnień, niż to wynika z obecnych reguł”. Wkrótce okazało się, że jest dokładnie odwrotnie: przemysły energochłonne co roku mają obniżaną liczbę „darmowych” uprawnień, a energetyce zabrano wszystkie „darmowe” uprawnienia do emisji CO2.

W tym kontekście zaproszenie przez władze samorządowe województwa śląskiego na Śląsk, gdzie z powodu unijnej polityki energetyczno-klimatycznej zamykane są kopalnie węgla i wygaszane wielkie piece hutnicze, czołowego zwolennika zielonego wariactwa Unii Europejskiej, czyli arcyszkodnika Fransa Timmermansa, jest jak strzelenie Ślązakom w twarz. W Katowicach ten apostoł Zielonego Ładu bezczelnie wyraził nadzieję, że górnictwo w Polsce nie przetrwa do 2049 r. Komisarz przybył na Śląsk na zaproszenie Jakuba Chełstowskiego, marszałka województwa śląskiego, a w jego brudnym świetle ogrzewali się też destruktor polskiego górnictwa numer jeden, czyli prof. Jerzy Buzek, były premier, a aktualnie europoseł PO oraz prof. Marek Gzik, przewodniczący Sejmiku Województwa Śląskiego.

Jak działa ten Zielony Ład Timmermansa i ekipy? W połowie grudnia br. bloger Władysław Gawroński przedstawił obecną generację z jednostek OZE w Niemczech: elektrownie wiatrowe – 0 GW z 65 GW mocy zainstalowanej, elektrownie słoneczne – 0,4 GW z 60 GW mocy zainstalowanej, łącznie jednostki OZE – 0,4 GW ze 125 GW mocy zainstalowanej. Bloger dodał, że społeczeństwu mówi się o „dynamicznym” zarządzaniu energią elektryczną, a to będzie nic innego jak wymuszony zakaz używania pralek czy mikrofalówek wtedy, kiedy chcemy. A pamiętajmy, że koszty inwestycyjne w przypadku farm wiatrowych na Bałtyku, na które postawił polski rząd, są wielokrotnie wyższe niż w przypadku budowy elektrowni węglowej.

Absurdem jest to, że Unia Europejska najpierw karze ETS-em przemysły energochłonne, a potem łaskawie wyraża zgodę (lub nie), by podatnicy krajów członkowskich dotowały firmy dotknięte tą chorą polityką. Widać wyraźnie, że cały Fundusz Odbudowy i KPO to nic innego jak przejęcie ręcznego sterowania gospodarkami państw członkowskich z Brukseli. „Pakiet klimatyczno-energetyczny od początku jest tak przemyślany, by wspierać stare, bogate kraje w EU, a ograniczać rozwój i uniezależniać coraz mocniej te nowe kraje. Wystarczy spojrzeć na kraje nadbałtyckie lub bałkańskie, by zobaczyć, co się dzieje z ich cenami energii elektrycznej” – napisał Gawroński. Tymczasem 17 grudnia Urząd Regulacji Energetyki zatwierdził nowe stawki taryf energii elektrycznej dla gospodarstw domowych, w których wzrosty wynoszą ponad 150 proc. rdr.

Cała ta sprawa pokazuje zresztą też, że jeśli idzie o fundamentalne kwestie niekorzystne dla Polski i Polaków, to PO i PiS robią dokładnie to samo. Nie ma wśród nich sprzeczek nie tylko w kwestiach samego członkostwa w Unii Europejskiej, ale i wdrażania niekorzystnego ETS-u, zwiększania wydatków państwa i podnoszenia podatków, zadłużania sektora publicznego, likwidacji górnictwa czy bezmyślnego i bezrefleksyjnego przyjmowania wszystkich unijnych regulacji. Także w kwestii szczepionek kowidowych i wprowadzenia lockdownu koalicja rządowa i totalna opozycja miały to samo zdanie. Obozy polityczne różnią się tylko w drobnych, mało znaczących szczegółach. To nie są przeciwne orientacje. To jest jeden antypolski obóz.

Tylko politycy Solidarnej Polski i Konfederacji sprzeciwiają się ETS-owi i domagają się wyjścia Polski z tego absurdalnego systemu. Posłowie tej pierwszej partii złożyli ostatnio w Sejmie projekt ustawy, który ma zmierzać do zawieszenia funkcjonowania tego systemu w Polsce. – Wypowiedzieć pakiet klimatyczny i wszystkie ograniczenia, które narzuca na nas Unia Europejska. Ci ludzie, którzy tutaj protestują za naszymi plecami, powinni mieć pracę, a dzięki tej pracy my powinniśmy mieć tani węgiel i tani prąd. To są bardzo proste postulaty – mówił z kolei podczas protestu górników w obronie polskiego górnictwa poseł Artur Dziambor. Ale PiS-owska część rządu nic sobie z tego nie robi i dalej brnie w koszty, które zapłacą wszyscy Polacy, w rezultacie czego gospodarka straci konkurencyjność, wzrośnie bezrobocie i obniży się nam poziom życia. Jak zauważył wiceminister Ozdoba, tylko w tym roku każda czteroosobowa polska rodzina zapłaciła na ETS 3,5 tys. zł.

Tomasz Cukiernik

Poprzedni artykułWigilijne cuda wojny 1914 roku
Następny artykułRok 2022 w polskich firmach. Nie działo się najlepiej