W okresie członkostwa Polski w Unii Europejskiej mocno wzrosła nasza wymiana handlowa. Czy jednak jest to ewidentna zasługa Brukseli? Nie jest to takie jednoznaczne, jakby się wydawało.

Wikimedialmages/Pixabay

Wolna wymiana handlowa oraz możliwości wzajemnych inwestycji w ramach Europejskiego Obszaru Gospodarczego to niezaprzeczalnie najważniejsze elementy członkostwa Polski w Unii Europejskiej. To dzięki dostępowi do ponad 400 milionów konsumentów polskie firmy mogą handlować oraz inwestować i w ten sposób się rozwijać. Wszystko pozostałe składniki, w tym unijne dotacje czy ingerencja Brukseli w sprawy ideologiczne, to mało znaczące drobiazgi i dodatki, które jednak mają raczej negatywny wydźwięk.

Rośnie polski udział

Jak w takim razie z punktu widzenia statystyk handlowych wygląda nasze członkostwo w Unii Europejskiej? Według danych unijnego urzędu statystycznego Eurostat, w 2004 r. udział Polski w wewnątrzunijnym imporcie towarów wynosił 3,2 proc. i w kolejnych latach wzrastał, by w 2021 r. (bez Wielkiej Brytanii, ale z Rumunią, Bułgarią i Chorwacją) sięgnąć 5,7 proc. Odpowiednio w wewnątrzunijnym eksporcie w tym samym czasie ten udział Polski wzrósł z 2,7 proc. do 6,3 proc. Ale należy zwrócić uwagę, że w ciągu kilkunastu lat naszego członkostwa w UE udział podmiotów zagranicznych w polskiej wymianie handlowej sięgnął ok. 50 proc. Można się więc domyślać, że również połowa zysków z tego handlu idzie do zagranicznej kieszeni.

To oczywiste, że Bruksela, a konkretnie jej polityki i regulacje, mają istotny wpływ na polską wymianę towarów i usług. Z jednej strony w ramach Europejskiego Obszaru Gospodarczego handel jest ułatwiany, z drugiej strony jednak utrudnia się handel z krajami pozaunijnymi, wprowadzając cła i inne bariery pozataryfowe, a ostatnio nawet coś, co nazwano granicznym podatkiem węglowym – od importu żelaza, stali, cementu, aluminium, nawozów, energii elektrycznej i wodoru. Ten nowy podatek ma na celu spowodowanie, że importowane z zagranicy towary będą droższe. To z kolei uderzy w konkurencyjność unijnego przemysłu, który wykorzystuje je w produkcji. Z drugiej strony uczciwie należy wspomnieć o istnieniu kilku umów wolnohandlowych Unii Europejskiej. Niestety, porozumienia te Bruksela podpisała z mniej istotnymi krajami trzecimi. Poza sąsiadami z Europy czy Afryki Północnej z ważniejszych państw są to Japonia, Korea Południowa i Meksyk. Brakuje umów wolnohandlowych z USA, Chinami, Indiami czy Brazylią. Dodatkowo, wchodząc do Unii Europejskiej Polska musiała wprowadzić lub podwyższyć cła na handel z naszymi wschodnimi sąsiadami, a ponadto Bruksela wprowadza regulacje, takie jak dotyczące delegacji pracowników czy pakiety mobilności, które utrudniają ekspansję polskich firm na rynki Europy Zachodniej.

Rynki bardziej atrakcyjne

Mimo tych wszystkich trudności, a korzystając z możliwości, które daje Europejski Obszar Gospodarczy, polskim firmom udaje się rozwijać i zwiększać wymianę handlową. Z danych Eurostatu wynika, że pomiędzy Polską a krajami Wspólnoty kilkukrotnie wzrósł handel (zarówno eksport, jak i import) wszystkimi rodzajami towarów: produktami spożywczymi i papierosami, surowcami, paliwami, produktami chemicznymi, maszynami, urządzeniami i sprzętem transportowym oraz towarami przemysłowymi.

Według Eurostatu w 2004 r. eksport z Polski do Unii wyniósł 45,4 mld euro, a w 2021 r. było to już 216,2 mld euro. Oznacza to wzrost w tym okresie o 376 proc. Z kolei import do Polski z krajów Unii w 2004 r. wyniósł 51,9 mld euro, a w 2021 r. – 192,2 mld euro. Oznacza to wzrost o 270 proc.

Jednak – co ciekawe – mimo wspólnego rynku udział UE w polskiej wymianie handlowej spadł. W przypadku eksportu udział ten zmniejszył się minimalnie z 75,3 proc. w 2004 r. do 75 proc. w 2021 r. Spadek był znacznie większy w przypadku importu. Udział UE w polskim imporcie obniżył się z 72 proc. w 2004 r. do 66,4 proc. w 2021 r. To by oznaczało, że kraje unijne mają nam coraz mniej do zaoferowania, a bardziej opłaca nam się sprowadzać towary spoza Unii.

I rzeczywiście statystyki pokazują, że handel Polski z państwami pozaunijnymi wzrastał jeszcze bardziej dynamicznie niż współpraca gospodarcza z krajami członkowskimi. Otóż według Eurostatu eksport z Polski do krajów pozaunijnych w latach 2004-2021 zwiększył się z 14,9 mld euro do 72 mld euro, czyli o 383 proc., a import z tych krajów wzrósł z 20,2 mld euro do 97,4 mld euro, czyli o 382 proc. Czyżby jednak rynki pozaunijne były dla polskich firm bardziej atrakcyjne niż unijne?

Głęboki deficyt

Zastanawiający może być też fakt, że z danych Głównego Urzędu Statystycznego wynika, iż polski handel zagraniczny towarami wzrastał znacznie szybciej w ciągu 10 lat przed wejściem Polski do Unii Europejskiej niż w ciągu pierwszych 10 lat naszego w niej członkostwa. W pierwszym przypadku wzrost wyniósł ponad 317 proc., a w drugim – zaledwie 177 proc. Wydaje się, że wynikało to z tego, iż w latach 90. XX w. i na początku XXI w. mieliśmy w tej dziedzinie bardzo dużo do nadrobienia po okresie Polski Ludowej, kiedy kontakty gospodarcze z Zachodem były niemal odcięte. Czyli do nadrabiania tych zaległości nie było konieczne członkostwo w Unii, choć należy zauważyć, że już w tamtym okresie Polska, jako państwo przygotowujące się do członkostwa, miała przywileje handlowe z krajami Wspólnoty.

Co więcej, kiedy wchodziliśmy do UE, bilans handlowy Polski z tym obszarem gospodarczym był ujemny i według danych Eurostatu w 2004 r. wynosił minus 6,5 mld euro. Przełamanie nastąpiło w latach 2012-2013. Od roku 2013 bilans handlu towarami Polski z krajami Unii jest dodatni, od tamtej pory rośnie i w 2021 r. sięgnął niemal 24 mld euro. Jednak mimo to razem w latach 2004-2021 Polska miała bardzo głęboki deficyt w towarowym handlu zagranicznym. Otóż z danych GUS wynika, że saldo obrotów towarowych handlu zagranicznego wyniosło w tym okresie łącznie ponad minus 120 mld euro (ok. minus 474 mld zł).

Należy jednak zaznaczyć, że z danych GUS możemy odczytać również, iż bilans Polski w handlu łącznie towarami i usługami w latach 2004-2021 był dodatni i wyniósł 254 mld zł (w latach 2004-2012 był ujemny, a w latach 2013-2021 – dodatni). Wynika to z faktu, że przez cały okres członkostwa Polski w UE bilans w handlu usługami był dodatni. Saldo handlu usługami szczególnie szybko rosło po roku 2014, w 2021 r. osiągając rekordową kwotę ponad 95 mld zł. W rezultacie według danych GUS w latach 2004-2021 skumulowany bilans zagranicznego obrotu usługami wyniósł 728 mld zł.

Niemcy na czele

Najważniejszym dla Polski partnerem handlowym są Niemcy. W 2021 r. niemal 29 proc. polskiego eksportu szło do naszego zachodniego sąsiada, podczas gdy niecałe 21 proc. naszego importu stamtąd pochodziło. To nie członkostwo w Unii sprawiło, że tak wygląda sytuacja. Niemcy były największym kooperantem handlowym Polski już w 1990 r. Drugim naszym partnerem, jeśli chodzi o eksport, w 2021 r. były Czechy, a trzecim Francja. W przypadku importu drugim partnerem były Chiny, a trzecim – Rosja. Po wybuchu wojny na Ukrainie z pewnością nastąpiły w tym zakresie roszady i Rosja spadła na dalsze miejsce.

Należy natomiast zwrócić uwagę na inny czynnik, który jeśli nie uniemożliwia, to przynajmniej utrudnia ekspansję polskich firm na rynki pozaunijne poprzez uderzenie w ich konkurencyjność. W ostatnim czasie nieproporcjonalnie dużo wzrosły ceny transportu do Ameryki. Polskie przedsiębiorstwa eksportujące do USA muszą płacić przewoźnikom morskim – duńskiej firmie Maersk czy też niemieckiej firmie Hapag-Lloyd – aż cztery razy więcej za przewóz kontenerów przez ocean.

Od 2020 r. cena za przewóz jednego kontenera wzrosła z ok. 3 tys. dolarów nie do 4 tys., jakby to wynikało z rynkowego wzrostu cen, lecz do ponad 12 tys. dolarów! Ten dodatkowy koszt przewozu morskiego (wynoszący ok. 8 tys. dolarów) przy wartości towaru w kontenerze np. 40 tys. dolarów, stanowi dla polskiej firmy dodatkowy koszt rzędu 20 proc. O tyle polski przedsiębiorca powinien podnieść cenę swoich produktów amerykańskim kontrahentom. Niestety, w praktyce jest to niemożliwe, bo nie może przekroczyć cen rynkowych w USA i musi się to odbyć kosztem wzrostu wynagrodzeń polskiego pracownika. Przyjmując, że w cenie produktu wartość robocizny stanowi też 20 proc., w polskiej firmie eksportującej do USA pracownik przez sześć miesięcy pracuje dla siebie i Polski, a przez kolejne pół roku pracuje dla takich krajów jak Niemcy czy Dania. Na problem ten zwraca uwagę Ryszard Florek, prezes firmy Fakro.

Duński problem

Korzystając na wzroście cen tylko firma Maersk, która dominuje w branży przewozów oceanicznych, za 2021 r. zanotowała 16 mld euro nadzwyczajnych zysków. Ktoś zapyta: dlaczego nasz kraj nie ma swojej floty morskiej i nie czerpie nadzwyczajnych zysków w nadzwyczajnych czasach?

– Dawniej Polskie Linie Oceaniczne miały około 180 statków, teraz mają tylko cztery. Czy nie można odnieść wrażenia, że płacimy dodatkowy haracz za to, że nie mamy polskich firm globalnych, skoro w transporcie samochodowym, gdzie istnieje silna polska konkurencja, ceny wzrosły w tym samym okresie tylko o 40 proc.? – zastanawia się prezes Florek. – Wchodząc do Unii Europejskiej, wierzyliśmy w złote reguły, które zapewnią wszystkim sprawiedliwe ramy do rozwoju. Okazuje się, że te reguły są stworzone dla silnych, którzy otrzymali dostęp do kolejnych rynków, eliminując z nich lokalnych konkurentów, rozwijając tylko własne firmy globalne. To pokazuje, jak jest skonstruowana Unia Europejska i kto z niej czerpie największe korzyści. Takiego porządku strzeże Dunka, unijna komisarz ds. konkurencji, Marghrethe Vestager i Komisja Europejska – dodaje Ryszard Florek.

Kula u nogi

Polskie firmy – zarówno na rynku krajowym, wewnątrzunijnym, jak i międzynarodowym – radzą sobie szczególnie dobrze tam, gdzie urzędnicy im nie przeszkadzają i nie utrudniają prowadzenia działalności. Szczególnie wolny dostęp do konsumentów Europejskiego Obszaru Gospodarczego spowodował, że wielu polskich przedsiębiorców odniosło wielki sukces. Jeśli rynkowa konkurencja jest uczciwa, to firmy z naszego kraju potrafią sobie z nią poradzić sami. Z drugiej strony – wbrew prodotacyjnej propagandzie Unii Europejskiej i polskiego rządu – nie warto sięgać po pomoc publiczną, bo ostatecznie może się ona okazać kulą u nogi.

 

Poprzedni artykułPapież Benedykt XVI – tajemnica obrońcy wiary
Następny artykułAmerykański gigant naftowy idzie na sądową konfrontację z Unią Europejską