fbpx
niedziela, 21 kwietnia, 2024
Strona głównaNaukaCzy da się udowodnić, że Bóg istnieje?

Czy da się udowodnić, że Bóg istnieje? [WYWIAD]

Czy można w kwadrans udowodnić, że Bóg istnieje? Krzysztof Oppenheim dowodzi, że można. Na bazie wczorajszego wywiadu poświęconemu historyczności Jezusa z Nazaretu, kontynuujemy naszą rozmowę, idąc krok dalej i zadając sobie pytanie, które nurtuje ludzkość od zarania dziejów: czy Bóg istnieje?

Wracamy do tematu wiary i Boga, którego istnienia podjął się Pan dowieść. Pierwsza część naszej rozmowy, tj. wykazanie, że Jezus Chrystus był postacią historyczną, poszła nam całkiem gładko, choć pewnie tych najbardziej zagorzałych ateistów nic nie przekona. Teraz czeka nas druga część zadania, trudniejsza: jak – wychodząc od Jezusa jako postaci historycznej – udowodnić istnienie Boga?

KRZYSZTOF OPPENHEIM: Wszak mamy stosowną zachętę płynącą wprost z Ewangelii św. Jana: „Błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli” (śmiech). Na początek tej części naszej rozmowy zadajmy sobie pytanie: co jest największą domeną Boga – bez względu na wyznanie – poza zakładanym przez wiernych czynieniem dobra i sprawowaniem nad nimi opieki? W jaki sposób Bóg może się objawiać swoim wyznawcom? Dowieść swego istnienia?

PRZECZYTAJ TEŻ: Czy Jezus Chrystus był postacią historyczną? 

Domyślam się, do czego Pan zmierza: mowa o czynieniu cudów. CUDA CZYNIĄ WIARĘ: to jeden z wniosków z naszej innej rozmowy o Synu Bożym.

Zgadza się. Szukajmy więc cudów, które miały miejsce za życia Jezusa Chrystusa oraz wkrótce po Jego śmierci.

W takim razie zdefiniujmy pojęcie „cud” – na użytek dalszych rozważań. Jan Apostoł na przykład w swojej Ewangelii nie używa słowa „cud”, ale „znak”. Niemniej chodzi o to samo. Dla ułatwienia sobie sprawy pozostańmy przy pojęciu „cud”. Jak go zdefiniować?

Krzysztof Oppenheim

Mamy tu dwie możliwości. Pierwsza z nich: wystąpiło zdarzenie, które zgodnie z rachunkiem prawdopodobieństwa mogło się wydarzyć wyłącznie teoretycznie. Przykład: trzy razy z rzędu trafiliśmy szóstkę w Lotto. Druga możliwość: zdarzenie, które nie mogło się wydarzyć, a jednak się wydarzyło. Mowa o sytuacji, kiedy wspomniany rachunek prawdopodobieństwa jest równy dokładnie zero. Przykłady: za kilka dni zaczynam mówić biegle po aramejsku, albo od następnego tygodnia tworzę wiersze równie piękne jak nasz wieszcz Adam Mickiewicz. Mimo moich licznych talentów (śmiech), żadnej z tych umiejętności w tak krótkim czasie nie nabędę. Zero szans.

Szukając cudów, które wydarzyły się 2000 lat temu, rzecz jasna nie dotrzemy  do relacji naocznych świadków.

Byłoby to rzeczywiście trudne, musimy więc z konieczności wybrać inną metodę. Przyjmijmy założenie, że Bóg nie istnieje i przyjrzyjmy się niektórym faktom znanym z Ewangelii, ale w nawiązaniu do naszej poprzedniej rozmowy, w której wykazałem, iż Jezus Chrystus był postacią historyczną. Ale skoro Boga nie ma – bo tak założyliśmy – to uznajemy, że Jezus Chrystus był jedynie człowiekiem, choć z pewnością wybitnie utalentowanym i to w wielu dziedzinach. Niemniej tylko człowiekiem.

Na pewno był wspaniałym mówcą z niespotykaną charyzmą. Czy jednak sama charyzma wystarczała, by zgromadzić wokół siebie tylu zwolenników? W dodatku wiernych sobie również po Jego męce i śmierci?

No właśnie. W tej wersji musimy przyjąć, iż opowieści o cudach Jezusa znane nam z Ewangelii są wyssane z palca lub bardzo mocno naciągane. Być może Jezus był co najwyżej sprawnym iluzjonistą. Wyobraźmy sobie tę sytuację, czyli cofnijmy się myślami 2000 lat wstecz. We wsi pojawia się nietypowy pod każdym względem nieznany wędrowiec. Pęknie mówi o Bogu, o nowej wierze i na dodatek niezwykle mądrze. Można by nawet powiedzieć, że zbyt mądrze – bo treści Jego wypowiedzi dla większości słuchaczy, ludzi prostych i niewykształconych, były tylko w niewielkim stopniu zrozumiałe. Jaka więc mogła być pierwsza reakcja ludzi, których napotkał na swojej drodze Jezus?

Pewnie poza zaciekawieniem – obawa. Mógł być postrzegany – tak dziś byśmy powiedzieli – jako sekciarz. Zresztą taką opinię mieli o Jezusie faryzeusze. Uznając Jezusa jako nauczyciela nowej wiary, można było mocno narazić się lokalnej władzy religijnej. Dużo do stracenia.

Taki wniosek sam się nasuwa. Ale przecież wiemy, że skoro chrześcijaństwo w tak błyskawicznym tempie się rozwinęło, to Jezus – mimo opisanych przez Pana okoliczności – pozyskiwał masowo wyznawców nowej wiary. Czyli pogłoska, iż jest Synem Bożym, musiała zostać szybko i szeroko rozpowszechniona. Jak to mogło się stać?

Wydaje się, że główną przyczyną było to, że Jezus Chrystus faktycznie czynił cuda. I działo się to na ich oczach. Same piękne słówka nie wystarczą, aby niemal natychmiast zmienić podejście do wiary i Boga kosztem popadnięcia w niełaskę lokalnych władz religijnych. A właśnie tym, czyli wykluczeniem z synagogi, groziło popieranie Jezusa i opowiadanie się za Nim.

Logika wskazuje nam więc jednoznacznie, że tak musiało być: oprócz piękno-mowy ów wędrowiec musiał dysponować dodatkowo niezwykle mocnymi atutami. Najpierw roztoczył wokół siebie aurę, iż jest Synem Bożym (pomógł w tym choćby Jan Chrzciciel), a do pięknej mowy i charyzmy „dołożył” jeszcze hurtowo czynione cuda. Wtedy pozyskanie w bardzo szybkim tempie licznej grupy wyznawców brzmi prawdopodobnie.

Spójrzmy na opis powołania pierwszych uczniów znany nam z Ewangelii św. Mateusza (Mt 4, 18-20): Gdy Jezus przechodził obok Jeziora Galilejskiego, ujrzał dwóch braci: Szymona, zwanego Piotrem, i brata jego, Andrzeja, jak zarzucali sieć w jezioro; byli bowiem rybakami. I rzekł do nich: «Pójdźcie za Mną, a uczynię was rybakami ludzi». Oni natychmiast zostawili sieci i poszli za Nim”. Czy takie zachowanie pierwszych dwóch apostołów nie wydaje się kolejnym potwierdzeniem faktu, że boskość Jezusa – poprzez czynienie cudów opisanych w Ewangeliach – była dla Jego otoczenia bardzo uprawdopodobniona? 

Ta kwestia, czyli irracjonalne zachowanie pierwszych uczniów Jezusa, była przedmiotem rozważań francuskiego filozofa i teologa Jean-Yves Leloupa w książce „Paradoks Chrześcijański. Być ludzkim i boskim zarazem”. Czytamy tam: „Jezus zaprasza swoich uczniów, by odważyli się prowadzić życie równie paradoksalne, jak Jego”. Dalej Leloup wymienia, jakie „widoki na przyszłość” miał do zaoferowania Jezus swoim uczniom i wyznawcom: „niepewny status społeczno- ekonomiczny, brak bieżących lub wystarczających środków finansowych, częsta konieczność życia na marginesie społeczeństwa, powszechnie spotykana dyskryminacja, oskarżenia o bezbożność, ignorowanie przez władze publiczne, gnębienie i prześladowanie, postrzeganie chrześcijaństwa jako kultu nielegalnego, tj. jako jakiejś nieistotnej społecznie sekty”.

Wydaje się więc absolutnie niemożliwe, aby Jezus zachęcał swoich pierwszych wyznawców do takiego życia wyłącznie mądrością, szlachetnością i piękną mową.

Tak na marginesie – Mahometowi tak łatwo nie szło z popularyzacją islamu. Ponoć w jego rodzinnej Mekce przez kilkanaście lat pozyskał ledwie około 100 zwolenników.

No właśnie, ale musimy jeszcze wziąć pod uwagę, że Mahomet był zamożny, dobrze obeznany i bywały w świecie, wykształcony oraz że doznał objawienia (jak twierdził) mając 40 lat. Pewnie wtedy zaczął głosić nową religię. Poza tym w procesie pozyskiwania wiernych Mahomet nie stronił od miecza.

Zapoznając się z życiorysem Jezusa Chrystusa, który pochodził z ubogiej rodziny, szkolił się na cieślę, wychowując się w rolniczej i rybackiej Galilei, można wyciągnąć wniosek, że Jezus z pewnością nie miał do czynienia z tzw. kulturą wyższą, w tym z dziełami antycznych filozofów. Czy jest więc możliwe, aby mając takie pochodzenie społeczne, Jezus, który wywodził się z warstwy niższej, stał się – samoistnie – największym filozofem świata? Nauka temu absolutnie przeczy. Jasno w tej kwestii wypowiada się uznana na całym świecie socjolingwistyczna teoria brytyjskiego socjologa Basila Bernsteina, która dowodzi, że wychowanie w rodzinie o niskim poziomie edukacji bez dostępu do nauczania w dobrych szkołach bardzo utrudnia, a często uniemożliwia rozwój intelektualny na wysokim poziomie.

Dodajmy tu, że Nazaret, w którym Jezus spędził około 30 lat swego życia, był wówczas małą, liczącą kilkuset mieszkańców wioską, położoną daleko od handlowego zgiełku. Dlatego Natanael, pochodzący z sąsiedniej Kany Galilejskiej, wyraził powszechne wówczas przekonanie mieszkańców sąsiednich miejscowości, że z Nazaretu nie może wyjść nic dobrego (J 1, 46).

Ale przecież nauki Jezusa, czyli filozofia na tak niemal niemożliwym do osiągnięcia poziomie, nie była jedyną bardzo mocną stroną Jezusa. Okazał się geniuszem w wielu innych dziedzinach.

Dowodząc historyczności Jezusa Chrystusa, wskazał Pan, że był On odkrywcą marketingu sieciowego. Z treści wielu przypowieści poznajemy Go jako osobę doskonale rozumiejącą przedsiębiorczość, także w odniesieniu do czasów obecnych. Te kwestie omawialiśmy w innej naszej rozmowie (TUTAJ).

Zgadza się, ale wciąż nie są to wszystkie niezwykłe umiejętności Jezusa, który spędził 30 pierwszych lat swego życia w małej wiosce, w zupełnej izolacji od wielkiego świata. W swojej „prywatnej” wojnie z faryzeuszami i saduceuszami stosował skutecznie techniki erystyczne, popisał się także razy kilka znajomością wiedzy Sun Tzu, chińskiego myśliciela, który uczył, jak pokonać wroga bez walki („Sztuka Wojny” Sun Tzu powstała ok. 400–500 lat przed Chrystusem).

Skoro podczas głoszenia swoich nauk Jezus porywał tłumy, musiał świetnie posługiwać się retoryką. Na pewno nie gorzej niż mistrz w tej dziedzinie – Cycero. Tyle że żyjący kilkadziesiąt lat przed Chrystusem Cycero był nie tylko świetnie wykształcony w zakresie prawa, ale także studiował retorykę w słynnej szkole Molona na Rodos (adeptem tej szkoły był również Juliusz Cezar).

Nie może nie dziwić reakcja Jezusa na niebezpieczną sytuację, która spotkała Go w rodzinnym Nazarecie, gdzie próbował głosić Dobrą Nowinę. O tym, co się wtedy wydarzyło, czytamy w Ewangelii św. Łukasza: „Wszyscy w synagodze, słysząc to, zawrzeli gniewem. Zerwali się, wyrzucili Go z miasta i, chcąc Go strącić w przepaść, wyprowadzili na szczyt góry, na której ich miasto było zbudowane. Lecz On przeszedł pomiędzy nimi i oddalił się”.

Jezus, zorientowawszy się, że nic nie zyska, próbując przekonać do swojej nauki „lokalsów” z rodzinnego Nazaretu, bardzo szybko znalazł wyjaśnienie tego, co Go spotkało, mówiąc: „Żaden prorok nie jest mile widziany w swojej ojczyźnie”.

Jezus Chrystus więc doskonale rozumiał także psychologię społeczną. Tyle że nauka ta powstała… pod koniec lat trzydziestych XX wieku.

To prawda: trudno założyć, że takim mega geniuszem mógł być mieszkaniec maleńkiej, prowincjonalnej i zacofanej wioski, nie mający żadnego dostępu do źródeł wiedzy. Najwięcej jednak wątpliwości budzić musi opisane w Ewangeliach śmierć i zmartwychwstanie Jezusa. Czy da się w jakiś sposób przekonać niedowiarków, że to naprawdę się wydarzyło?

Oczywiście. I wbrew pozorom – bardzo prosto. Znowu musimy cofnąć zegarki o te prawie 2000 lat i wyobrazić sobie, że uczestniczymy w Ostatniej Wieczerzy, a potem wychodzimy do Ogrodu Oliwnego. Imprezę psują nam niezapowiedziani goście, żołnierze rzymscy, którzy, jak wiemy: „podeszli, rzucili się na Jezusa i pochwycili Go”.

Pamiętamy dobrze, co było dalej: „W owej chwili Jezus rzekł do tłumów: «Wyszliście z mieczami i kijami jak na zbójcę, żeby Mnie pojmać. Codziennie zasiadałem w świątyni i nauczałem, a nie pochwyciliście Mnie. Lecz stało się to wszystko, żeby się wypełniły Pisma proroków». Wtedy wszyscy uczniowie opuścili Go i uciekli” (Mt 26, 55-56).

Powiem szczerze: pewnie zachowałbym się wtedy identycznie, też bym czmychnął. Ale przecież potem było znacznie gorzej… Droga krzyżowa i męczeńska śmierć na krzyżu.

Załóżmy w tym miejscu, że Jezus nie zmartwychwstał. Czy po tak wstrząsającym, makabrycznym widowisku, znalazłby się choć jeden śmiałek, aby kontynuować dzieło Jezusa? Niech każdy sam sobie odpowie, czy to, co wydarzyło się później – wspaniały i tak błyskawiczny rozwój chrześcijaństwa – byłoby możliwe, gdyby Jezus Chrystus nie zmartwychwstał? Nie ma takiej możliwości.

A jak Pan ocenia powstanie Ewangelii? Czy tu nie możemy także dopatrywać się cudu? 

Ależ tak! I to co najmniej w dwóch aspektach. Po pierwsze: ich treść. Jest to coś tak genialnego, że nie jest możliwe, aby tak wielkie Dzieło stworzył człowiek. Na przykład weźmy jedynie przypowieści, których w niniejszym opracowaniu biblia-online.pl wymienia ponad 40. Ileż jest w nich ponadczasowej mądrości!

Przykład? Przypowieść o Pracownikach w winnicy (Mt 20,1-16), która obnaża szkodliwość jawności wynagrodzeń, dziś zwanej „transparentnością”. Do czego próbują nas przymusić m.in. unijni oficjele.

A ten drugi aspekt, tj. poza głębią i ponadczasowością treści Ewangelii?

To dla mnie jeszcze bardziej zadziwiająca kwestia. W jaki sposób, z taką dokładnością, po kilku dekadach ewangeliści odtwarzali słowa Jezusa? Przy ówczesnym stanie „techniki” tworzenia piśmiennictwa, jak bardzo syzyfowej pracy musieli się oni podjąć! Czy może robili notatki (w czasie rzeczywistym – a to arcytrudna umiejętność!) z każdego wykładu Jezusa? A jeśli tak – to na czym? I potem przez kilkadziesiąt lat wozili je ze sobą? Przecież to brzmi zupełnie niedorzecznie! Ale jednak Ewangelie te powstały.

Tym osobom, które nie dostrzegają w stworzeniu Ewangelii cudu, proponuję proste zadanie. Oto treść „Kazania na Górze” z Ewangelii św. Mateusza, czyli jeden z najważniejszych przekazów Jezusa Chrystusa.

Poproś, żeby ktoś treść Kazania ci przeczytał – nawet i 10 razy. A potem za rok odtwórz z pamięci cały tekst tego wykładu. Apostoł Mateusz słyszał „Kazanie na Górze” pewnie tylko raz, a spisał je kilkadziesiąt lat później. Przy czym jest to niewielki fragment tej Ewangelii. Czyż to nie prawdziwy cud? A przecież dotyczy to wszystkich ewangelistów i całości ich pracy nad opisem życia i nauk Jezusa Chrystusa.

Trudno nie przyznać racji Pana wywodom. Nie chodzi tu bowiem o jedną sytuację, jedno wydarzenie, które można uznać za cud, ale ich wielość. Bowiem zgodnie z zasadami logiki, dedukcji, wiedzą psychologiczną, czy rachunkiem prawdopodobieństwa – żadna z nich nie miała prawa się wydarzyć.

Przypomnę raz jeszcze jedną z nauk mistrza dedukcji Sherlocka Holmesa:

Zbierz wszystkie fakty, wyeliminuj to co niemożliwe. To co pozostanie musi być prawdą. Nawet jeśli wydaje się to nieprawdopodobne.

Założenie, że Jezus Chrystus był jedynie człowiekiem i że nie łączyło Go nic z  Bogiem, poza wiarą, kompletnie się nie spina, jakbyśmy to dziś powiedzieli. Skoro tak, to znaczy, że bez Boga nie byłoby ani Jezusa Chrystusa, ani tym bardziej chrześcijaństwa, które ma na świecie ok. 2 mld wyznawców. Dodam tylko, iż argumentów, czyli innych nieopisanych w naszej rozmowie „cudów”, mam znacznie więcej. Jednak skoro ma to być tylko publikacja, a nie książka – musiałem się mocno zograniczać z materiałem dowodowym.

Panie Krzysztofie, bardzo dziękuję za tak ciekawe i całkiem nowatorskie przemyślenia, które – zdajemy sobie z tego sprawę – z pewnością nie trafią do każdego.

Przypomnę tu znaną maksymę Gilberta Chestertona: „Kto nie wierzy w Boga, uwierzy we wszystko”. Także w to, że chrześcijaństwo jest religią samosiejką, więc nie było żadnego Chrystusa, tylko bajeczki na jego temat. I takich osób na pewno nie przekonamy.

Cóż, dar logicznego myślenia nie wszystkim został przydzielony w jednakowych proporcjach i tego na pewno nie zmienimy.  Poza tym – powiedzmy sobie szczerze – dla znaczącej części populacji istnienie Boga nie byłoby na rękę, wszak moralności w dzisiejszym świecie jest coraz mniej.

Poniższy przekaz kieruję do tych osób z grupy homo sapiens, które tekst przeczytały, są jednak dalekie od wiary w Boga lub mają w tej kwestii poważne wątpliwości, ale nie odżegnują się od życia opartego na wartościach: Kto z Was znajdzie w moich wywodach choćby jeden błąd logiczny, niech pierwszy rzuci we mnie kamieniem!

Zanim jednak schylisz się po kamień, wskaż mi najpierw taki argument, który pojawił się w moim tekście, a ty zdołasz go podważyć.

Czy zatem możemy przyjąć, że uznając Pana „metody badawcze” jako w pełni wiarygodne, rozwiązaliśmy największą zagadkę świata, dowodząc istnienia Boga?

Panie Redaktorze, jedna poprawka: nie ja jestem twórcą tych metod badawczych, ja je tylko zastosowałem. W matematyce ta forma dochodzenia do prawdziwości twierdzenia jest doskonale znana, jej nazwa to „dowód nie wprost”. Jeśli chcemy udowodnić daną tezę, zakładamy jej przeciwieństwo, po czym dochodzimy do sprzeczności. Co oznacza prawdziwość tezy, którą mieliśmy za zadanie udowodnić.

Podsumujmy więc tezy z naszych obu rozmów.

Skoro dowiedliśmy, że Jezus Chrystus nie mógł był postacią fikcyjną, to oznacza, że istniał naprawdę. Nie ma trzeciej możliwości.

Skoro wykazaliśmy, że nie jest możliwe, żeby Bóg nie istniał – na co przedstawiliśmy wiele dowodów w niniejszej publikacji – to potwierdza istnienie Boga.

Czego należało dowieść.

Rozmawiał Krzysztof Budka

——————————————————————————————————————————————

Krzysztof OPPENHEIM: ekspert finansowy oraz od rynku nieruchomości, specjalizujący się m.in. w kredytach hipotecznych, przedsiębiorca. Od lipca 2016 roku prowadzi także kancelarię antywindykacyjną, o specjalnościach: upadłość konsumencka, pomoc zadłużonym przedsiębiorcom, spory „frankowe”. Członek Zespołu Roboczego ds. Restrukturyzacji i Upadłości w Radzie Przedsiębiorców przy Rzeczniku Małych i Średnich Przedsiębiorców.

Krzysztof Budka
Krzysztof Budka
Redaktor naczelny magazynu „Forum Polskiej Gospodarki" oraz serwisu FPG24.PL. Absolwent Wydziału Nauk Historycznych i Społecznych Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego. Dziennikarz z ponad 20-letnim stażem. Pracę w tym zawodzie rozpoczął podczas studiów pod koniec lat 90. jako reporter w telewizji Puls przy programie „Raport Specjalny". Pisał do działu politycznego w dzienniku „Życie", a następnie na ponad dekadę związał się z „Przeglądem Sportowym", gdzie był m.in. wydawcą, szefem działu Piłka Nożna oraz kierownikiem magazynu „Tygodnik Przeglądu Sportowego: Tempo". Współtworzył serwis internetowy FUTBOLFEJS.PL., a także prowadził audycję Liberator w Radiu Dla Ciebie. Zwycięzca Wielkiego Testu Piłkarskiego Biało-Czerwoni w TVP1 w 2012 roku.

INNE Z TEJ KATEGORII

Od fizyki do Boga [WYWIAD]

O połączeniu materii i ducha i o tym, czym jest myśl, a czym modlitwa w odniesieniu do teorii myśli o myśli rozmawiamy z jej twórcą, Michałem Garapichem.
9 MIN CZYTANIA

Czy niemiecki system szkolnictwa zawiódł?

Publiczna edukacja w Niemczech jest „bezpłatna” (czyli finansowana z podatków), jednak coraz więcej rodziców decyduje się posłać swoje dzieci do szkoły prywatnej, nawet jeśli wiąże się to z dodatkowymi kosztami. Czy dobre wykształcenie w Niemczech stanie się wkrótce przywilejem tylko tych, których będzie na nie stać?
5 MIN CZYTANIA

Czas skończyć z rozdawaniem laptopów w szkołach

Rozdawanie przez rządy laptopów w szkołach i bezrefleksyjna cyfryzacja to nie tylko marnotrawienie publicznych pieniędzy, ale także działanie na szkodę uczniów.
4 MIN CZYTANIA

INNE TEGO AUTORA

Dwa filary kompleksowej polityki mieszkaniowej [WYWIAD]

Skuteczna polityka mieszkaniowa powinna łączyć w sobie dwa bardzo ważne elementy: uczciwy i atrakcyjny kredyt hipoteczny oraz projekt budowy mieszkań na wynajem. W jaki sposób? Wyjaśniają to nasi eksperci – Krzysztof Czerkas i Krzysztof Oppenheim.
11 MIN CZYTANIA

Sektor MŚP musi mówić jednym głosem

Trwa proces budowy dużego środowiska polskich przedsiębiorców z sektora MŚP – pełnych zrozumienia swojej ogromnej wartości, tożsamości i swoich praw. Środowiska, które już niedługo będzie mogło mówić jednym głosem, którego żadna władza nie będzie mogła zlekceważyć – mówi nam Adam Abramowicz. Rozmawiamy u progu końca jego sześcioletniej kadencji w roli rzecznika MŚP.
9 MIN CZYTANIA

Polskie prawo pracy trzeba napisać od nowa [WYWIAD]

Prawo karne dotyczy 1 proc. obywateli, prawo cywilne – 10 proc., natomiast prawo pracy i ubezpieczeń społecznych dotyczy nas wszystkich. Dlatego o tę gałąź prawa powinno się szczególnie dbać. A mamy przestarzały, nieczytelny i nieprzejrzysty Kodeks pracy – mówi nam mec. Waldemar Gujski, jeden z najlepszych i najbardziej doświadczonych prawników zajmujących się prawem pracy.
11 MIN CZYTANIA