Fot. Pixabay

Dziennik podaje, że nie żyje dwóch z czterech pacjentów onkologicznych, którzy trafili do Wojskowego Instytutu Medycznego (WIM) w Warszawie z jednego z prywatnych stołecznych szpitali. Tydzień wcześniej wypisano ich z tamtejszego oddziału hematoonkologii, który okazał się ogniskiem koronawirusa.

Z relacji bliskich wynika, że prywatny szpital wypisał ich do domu z zaleceniem „domowej kwarantanny”. Po kilku dniach zaczęli gorączkować, więc, jak miał im doradzić personel prywatnej placówki, pojechali do WIM.

Prof. Wiesław W. Jędrzejczak, wieloletni konsultant krajowy hematoonkologii, uważa, że w takiej sytuacji prywatny szpital powinien zapewnić pacjentom opiekę. A Szymon Chrostowski z Fundacji Wygrajmy Zdrowie uważa zachowanie lecznicy za niedopuszczalne.

Według "Rzeczpospolitej" przykładów odsyłania kłopotliwych pacjentów do szpitali publicznych jest więcej. – Od początku epidemii przybyło nam pilnych pacjentów ortopedycznych, bo leczące ich dotychczas kliniki prywatne, które musiały wstrzymać lukratywne zabiegi planowe, zamknęły się, czekając na lepsze czasy – mówi dyrektor szpitala na Mazowszu.

– Wiadomo, że w razie jakichkolwiek powikłań rodzącą i noworodka prywatna klinika odeśle do nas, mimo że poród kosztuje tam ponad 10 tys. zł – komentuje położnik z jednej z największych klinik w stolicy.

Prof. Andrzej Marszałek, wicedyrektor Wielkopolskiego Centrum Onkologii, uważa, że problemem jest brak jednolitych zasad gry. – Choć placówki publiczne i prywatne leczą za pieniądze z NFZ, w jednostce prywatnej można dokonywać „wyboru” pacjentów, np. takich, którzy spełniają kryteria dobrze finansowanego programu lekowego, a jednostka publiczna musi zająć się wszystkimi – tłumaczy.

Źródło: rp.pl