Ogłaszając Polski Ład politycy partii rządzącej zapewniali, że budżet na wprowadzanych zmianach podatkowych nic nie zyska. Równocześnie zapowiedziano zniesienie prawa do odliczenia składki zdrowotnej. A tylko podatnicy PIT opodatkowani według skali, odliczali z tego tytułu prawie 66 mld zł. W ten prosty sposób rząd zyskuje blisko 70 mld zł, które będzie mógł dowolnie rozdać.

wzrost składki zdrowotnej a budżet - grafika wpisu
fot. Shutterburg75/Pixabay.com

Ogłaszając Polski Ład rządzący obiecali podatnikom wyższą kwotę wolną od podatku (30 tys. zł), podniesienie drugiego progu skali podatkowej do 120 tys. zł i bliżej jeszcze nie sprecyzowaną „ulgę dla klasy średniej” (rozumianej jako osoby zarabiające do 10 tys. zł miesięcznie).
Równocześnie – nieco mniej ostentacyjnie – zapowiedziano zniesienie odliczenia składki zdrowotnej od podatku i podniesienie tej składki dla przedsiębiorców. Do tego obiecano szeroki program kolejnych transferów społecznych. Zapowiedziano też, że chociaż „bogaci” będą musieli do wspólnej kasy dołożyć więcej niż dotychczas, to budżet na całym programie nic nie zyska.

Budżet nie zyska? A może jednak zyska

Po wysłuchaniu tych zapewnień, jedna rzecz w tym rachunku pozostaje dla mnie niejasna. Rząd mówi, że w wyniku wprowadzonych zmian podatkowych podatnicy zyskają 18 mld zł. Taki ma być, jak rozumiem, koszt tych zmian (kwota wolna, podniesienie progu i tajemnicza „ulga dla klasy średniej”). Ceną za to ma być likwidacja odliczenia składki zdrowotnej.
Ale – jak podaje samo Ministerstwo Finansów – w rozliczeniu za 2019 rok (ostatni, za który są w tej chwili dostępne dane) odliczenie z tytułu składki zdrowotnej wyniosło niemal 66 mld zł (inne odliczenia od podatku to zaledwie nieco ponad 6 mld zł, z czego 5,63 mld przypadało na ulgę na dzieci).
Od razu dodajmy, że z tych 66 mld zł (dokładnie nieco ponad 65,7 mld) prawie 54,5 mld odliczyły osoby o dochodach z pierwszego przedziału skali podatkowej (zarabiający do 85 582 zł rocznie), a pozostałe 11,2 mld zł osoby o wyższych dochodach (jest ich zaledwie ok. 1,23 mln).
I mówimy tu tylko o tych podatnikach, którzy płacą podatek według skali podatkowej. W sumie z takich odliczeń korzysta dziś nieco ponad 21,7 mln podatników (wszystkich opodatkowanych według skali jest z kolei niemal 26,2 mln osób).

Zniesienie odliczenia dla wszystkich podatników PIT oznaczałoby, że dokładnie o tyle powinny wzrosnąć dochody budżetu z tytułu PIT. Jeśli zatem zyskamy 18 mld a stracimy 66 mld zł, to budżet będzie „do przodu” o jakieś 48 mld zł. No więc jak to jest? Budżet nic na tym nie zyskuje, czy jednak coś zyska…

Aby sobie uzmysłowić, jak duża to kwota, dla porównania możemy powiedzieć, że podatek należny za 2019 rok, to zdaniem resortu finansów ok. 79 mld zł. Gdyby nie odliczenie składki zdrowotnej, podatek należny wynosiłby nie 79 mld zł, ale 145 mld zł. To już bardzo blisko tego, co państwo zebrało z VAT (w 2020, w roku trwania kryzysu związanego z pandemią z VAT zebrano – według wstępnych szacunków, bo ostatecznych danych nadal brak – ok. 182 mld zł).

Dla wielu firm – realny wzrost obciążeń

Jeśli zatem zmiana związana z likwidacją odliczenia składki zdrowotnej ma być dla budżetu neutralna, to znaczy, że dodatkowe 48 mld zł rząd rozda w ramach nowych programów socjalnych przewidzianych w Polskim Ładzie. W istocie zatem sami ten program sfinansujemy w dość prosty skądinąd sposób: tracąc prawo do odliczenia składki zdrowotnej od podatku. Ale w takiej sytuacji zmiana ta nie jest dla budżetu neutralna. Gdyby nie ten dodatkowy zysk politycy nie mieliby bowiem czego rozdawać. To trochę tak, jakby ktoś wyciągał nam pieniądze z portfela i równocześnie oddał je nam jako prezent.

A przecież na tym zyski budżetu się nie kończą. Niezależnie od tego, ile budżet zarobi na zniesieniu odliczenia składki, dodatkowe wpływy da mu także podniesienie składki zdrowotnej dla przedsiębiorców. Podobnie jak osoby na etatach, mają oni zacząć płacić składkę zdrowotną według stawki 9 proc. dochodu (faktycznie chodzi tu jednak – jak należy mieć nadzieję – o dochód pomniejszony już o składki ZUS, tak jak liczy się to przy etacie).

I znów z danych za 2019 rok wynika, że na nieco ponad 26,2 mln podatników, osób rozliczających dochody z firm jest… no właśnie. Nie bardzo wiadomo, ile. Wiemy tylko na pewno, że podatników płacących tzw. liniowy PIT (stała stawka 19 proc.) jest ok. 700 tys. A z danych ogólnych (CEDIG) wynika, że małych firm jest w Polsce zarejestrowanych ok. 2,5 mln.
Dla wielu z tych firm zmiana zasad obliczania składki zdrowotnej oznaczać będzie realny wzrost obciążeń. Ale nie dla wszystkich. Płacenie składki od dochodu zamiast ryczałtu, poza podatnikami, których dochody miesięczne nie przekraczają 5,5 tys. zł opłacalne będzie także dla tych, którzy w danym miesiącu nie zarobią nic.
Obecnie, nawet jeśli w danym miesiącu przedsiębiorca nic nie zarobi, składki płacić musi. Płacąc składkę od dochodu nie musiałby tego robić za te miesiące, w których nie wystawi żadnej faktury. Jeśli jednak w kolejnych miesiącach będzie zarabiał powyżej 5,5 tys. zł to i tak nowa składka może kosztować go więcej niż dotychczas.

Dziś większość przedsiębiorców płaci zryczałtowaną stawkę składki zdrowotnej w stałej wysokości. Obecnie podstawa wymiaru tych składek nie może być niższa niż 30 proc. kwoty minimalnego wynagrodzenia i nie wyższa niż 60 proc. prognozowanego przeciętnego wynagrodzenia miesięcznego.
Oznacza to, że w 2021 roku podstawą jej wyliczenia jest kwota 4242,38 zł, a sama składka wynosi 381,81 zł. Po zmianie, składka wyniesie 90 zł od każdego 1 tys. zł dochodu. Dodatkowo premier omawiając system finansowania służby zdrowia zapowiedział, że składki tej nie będzie już można odliczać od podatku, tak jak ma to miejsce obecnie (odliczamy 7,75 proc. podstawy wymiaru składki, czyli w przypadku przedsiębiorców można odliczyć obecnie 328,78 zł miesięcznie).
Kiedy zatem nowe składki będą wyższe niż płacone obecnie? Ano właśnie przy wspomnianej wcześniej kwocie ok. 5,5 tys. zł. Przy takim dochodzie składka zdrowotna wyniesie już 405 zł (pod uwagę wziąłem podatnika liniowego PIT, który nie ma prawa do kwoty wolnej od podatku), zamiast dotychczasowych 381,81 zł. Nie są to zatem dochody zbyt wysokie, nawet jak na polskie warunki, skoro tzw. przeciętne wynagrodzenie w roku 2020 wynosiło 5167,47 zł.

Ale to, że zapłacą wyższe stawki jedynie przedsiębiorcy o zarobkach ok. 5,5 tys. zł to też tylko teoria. Trzeba bowiem pamiętać, że dziś z 381,81 zł składki, które płaci przedsiębiorca 328,78 zł odlicza on od podatku. A to oznacza, że faktyczny koszt składki to zaledwie 53,03 zł. Po zmianie tyle wyniesie składka od dochodu w wysokości 1587,37 zł – po odliczeniu składek ZUS zostaje bowiem podstawa wyliczenia 589 zł. Jeśli przemnożymy to przez 9 proc. otrzymujemy 53,03 zł składki. Każdy zatem, kto zarobi w przyszłości miesięcznie więcej niż 1,6 tys. zł, zapłaci faktycznie składkę zdrowotną wyższą niż dziś. Oczywiście, wyliczenie to abstrahuje od innych zmian podatkowych. Samo zapłacenie wyższej składki zdrowotnej nie musi oznaczać, że suma obciążeń wzrośnie już przy kwocie 1,6 tys. zł.
Z tego co dziś wiadomo, będzie tak dopiero przy zarobkach powyżej 5 tys. zł.

A co z kartą podatkową?

Trzeba jeszcze pamiętać, że część z 2,5 mln małych firm opodatkowana jest ryczałtem ewidencjonowanym i kartą podatkową. Ta ostatnia grupa będzie zresztą miała chyba z nową składką największy problem. Dla celów podatkowych podatnicy tacy nie musieli dotychczas obliczać dochodu. Ale teraz, na potrzeby składki zdrowotnej, będą chyba musieli to jednak robić. Nie bardzo wyobrażam sobie bowiem, aby miała być ona naliczana od przychodów. To praktycznie zabiłoby te formy opodatkowania. A rząd niedawno chwalił się tym, że umożliwił znacznie szerszej grupie podatników korzystanie z ryczałtu, podnosząc m.in. próg przychodów, do których jest to możliwe.