Ewidentnie rządzącym nie idzie uwolnienie potencjału lądowej energetyki wiatrowej – twierdzi „lobbysta wiatrowy” Janusz Gajowiecki z Polskiego Stowarzyszenia Energetyki Wiatrowej. Jeśli to prawda, to tylko dobrze. Zmiana tak zwanej ustawy odległościowej 10H w kierunku pozwolenia stawiania wiatraków tam, gdzie tylko się to komuś spodoba, byłaby o wiele większym błędem niż przed laty jej nagłe wprowadzenie.

wal_172619/Pixabay

Z pewnością warto by było, by opinia publiczna oficjalną drogą i sposób komunikatywny mogła posiąść wiedzę, co stanowi osławione już tzw. kamienie milowe, przeszkadzające jakoby w uruchomieniu dla Polski pieniędzy z UE na popandemiczną rewitalizację Europy – w ramach tzw. Krajowego Programu Odbudowy. Może przydałaby się tu jakaś kampania społeczna? Bo jeśli zachodnie, głównie niemieckie firmy wsparte przez eurokratów, miałyby teraz nastawiać nam tych wiatraków „w opór”, nie zważając na interes mieszkańców, architekturę krajobrazu, czy wreszcie na względy ekologiczne – to nie! Jesteśmy temu przeciwni.

Premier o wiatrakach

Niechętny zmianie ustawy wydaje się być sam premier Mateusz Morawiecki. Tak mówił o tym ostatnio na spotkaniu w Kole (woj. wielkopolskie), przytoczmy w całości dla utrwalenia:
„Jeśli nawet by nastąpiła zmiana [ustawy odległościowej z 2016 r. – red.], jakby Sejm zadecydował, jakaś liberalizacja, to na pewno musi się to odbyć w zgodzie ze społecznościami lokalnymi, żeby nie było jednak takich przypadków, że się stawia te wiatraki komuś praktycznie pod domem. Czyli musi tutaj być jakby utrzymana zasada nieszkodzenia” – powiedział. „Owszem, jakby wolność gospodarcza, energia z wiatraków – wszystko bardzo ważne – ale swoboda normalnego życia, normalnego funkcjonowania człowieka, gospodarstwa domowego, wioski, miasta, jest też nadrzędną wartością i trzeba te dwie wartości ze sobą niejako pojednać, trzeba znaleźć kompromis pomiędzy nimi” – dodał premier.

O jakim „kompromisie” tu mowa?

Dyskusje polityków wokół usytuowania wiatraków toczą się nie wokół uzyskania jakiejkolwiek „zgody społeczności lokalnych” – nie łudźmy się. Oni tylko, podobno wspierając się ekspertami, sondują, czy uda się te wiatraki w myśl oczekiwań lobbystów jak najbardziej zagęścić. Czy elektrownia wiatrowa składająca się nierzadko z całej rozległej fermy wiatraków będzie mogła być budowana 200 metrów od twojego domu, czy stanie może w „kompromisowej” odległości 500 metrów? A tu zależność jest prosta jak drut: im bardziej zbliży się wiatraki do domów, tym bardziej będą one dokuczliwe. Ta odległość 1 km została w 2016 r. wymyślona nie bez kozery. Chodziło o to, by zagwarantować właśnie ową „swobodę normalnego życia, normalnego funkcjonowania człowieka” – jak raczył był zauważyć pan premier.

Bałamutne są też twierdzenia branży wiatrakowej, że „na zmiany w ustawie odległościowejczeka nie tylko branża energetyczna, ale także przemysł, któremu doskwierają wysokie ceny energii, samorządy, którym brakuje wpływów z podatków od inwestycji, jakie planowane są od lat, wreszcie – wszyscy Polacy” – tak to przedstawia bowiem szef wiatrakowego lobby na przykład w ostatnim wywiadzie dla Interii. Ani branża energetyczna, ani przemysł nie czekają na żadne wiatraki. Jeśli już na coś czekają, to na atom, być może też na wybudowanie rozległych ferm wiatrowych, ale na szelfie bałtyckim, bo tam naprawdę wystarczająco wieje. Czyli na te źródła, które zapewnią duże ilości niezawodnej i stabilnej energii.

Dotowana energia jest tańsza?

Prawda jest taka, że produkcja prądu z wiatraków na lądzie w naszej szerokości geograficznej przeciętnie daje ok. 20-procentową wydajność. Nie zmieniają tego w sposób decydujący nawet okresowe fronty burzowe. W gruncie rzeczy nie istnieje coś takiego jak „tańsza energia z wiatraków” na którą to jakoby czekają wszyscy Polacy – to nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Choćby dlatego, że energetyka wiatrowa jest dotowana i – co zrozumiałe – zwolniona z opłat za emisję CO2 z „wysokoemisyjnych źródeł”. Jej dotowanie polega głównie na tym (ale nie tylko), że jest kontraktowana na giełdach energii po najwyższym z możliwych kursie. Po uwzględnieniu tych już naprawdę odległych od wolnego rynku mechanizmów, energia z wiatraków tańsza już nie jest. Co ciekawe, chociaż wiatraki „za Tuska” powstawały na potęgę, energia zamiast tanieć, nadal tylko drożała.

Wracając jednak do tej kluczowej sprawy, czyli odległości, w jakiej wiatraki mogłyby być budowane. 500 metrów od domów to – zdaniem cytowanego wcześniej lobbysty – podobno „europejski standard”. O prawdziwym standardzie można by osobno podyskutować, ale jedno jest pewne: tak jak przed nowelizacją ustawy wiatrakowej ludziom przeszkadzały wiatrakowe hałasy, szkodziły ich zdrowiu i otaczającej przyrodzie, tak nadal im przeszkadzają i szkodzą. Istnieje także ewidentny problem z utylizacją odpadów części elementów, z których wiatrowe elektrownie są zbudowane – tu też nic się nie zmieniło. Zmieniło się natomiast z pewnością jedno: zaczyna brakować lokalizacji pod inwestycje wiatrakowe i tu właśnie jest największy ból… Bo wiatracznym inwestorom coraz trudniej jest zarobić.

 

Poprzedni artykułPolska a Europa – podwyżki cen energii
Następny artykułSukces „gołębiej” opozycji w wyborach lokalnych na Tajwanie