Jeśli chcesz zdrowo zjeść, najlepiej nie jedz… w ogóle. Polska żywność nie odstaje, niestety, od europejskiej bylejakości (chyba że dołożymy trochę wysiłku, by zdobyć lepszą), bo na rynku liczą się przede wszystkim łatwa dostępność, atrakcyjny wygląd – w tym opakowania – oraz jak najniższa cena.

klimkin/Pixabay

Niby wszystko jest w porządku. Chleb jak z reklamy, wypiekany lokalnie lub własnoręcznie, jak w czasach naszych babć. Szynka świeżutka i śliczna, prosto „od dziadunia”. Jabłka dorodne jak ze snu itd. itp. To wszystko ma się kojarzyć z dziecięcymi latami u dziadków na wsi. Z mitycznym, „prawdziwym” polskim jedzeniem. No i wielu się pewnie tak kojarzy. Naszą czujność usypiają też niektóre europejskie raporty: Europejski Urząd ds. Bezpieczeństwa Żywności w 2008 roku uznał, że 97 proc. próbek żywności w Polsce było wolne od pozostałości środków ochrony roślin lub zawierało jedynie śladowe ich ilości.

Inny urząd europejski nie jest już jednak aż tak entuzjastycznie nastawiony do polskiej produkcji żywności. Chodzi o znaną nam, z innej obecnie okoliczności, Europejską Agencję Leków (EMA). Ta twierdzi, że podczas gdy w całej Unii stosowanie antybiotyków w hodowli zwierząt spadło w latach 2010-2017 o 20 proc. w Polsce wzrosło w tym okresie o 30 proc.

Polski farmer nie taki łaskawy

Czyli co? Uprawy mamy zdrowe, a hodowlę nie? To nie jest takie proste, bo przemysłowa produkcja żywności pochodzi w ok. 80 proc. od 100 tysięcy gospodarstw, które mają obecnie charakter wielkich „kombinatów” produkcyjnych. W nich zaś chodzi o maksymalne wykorzystanie surowców i o maksymalizację zysków. Polski farmer to już coraz rzadziej indywidualny rolnik. To przedsiębiorca „pełną gębą”, taki sam, jak ten zachodni.

Nasze jedzenie w supermarketach faktycznie w coraz większym stopniu pochodzi z krajowych upraw czy hodowli. Co z tego jednak, jeśli wcale nie jest zdrowsze, a często także i nie smaczniejsze od importowanego?

Jak wskazuje Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów, który badał te same produkty oferowane w Europie Zachodniej i w Polsce, polski farmer także nie stroni od szpikowania bydła antybiotykami, od używania glifosatu, sztucznych utwardzaczy, barwników i wzmacniaczy smaku. Nasz rolnik nie waha się ich używać, bo liczy się zysk. Przede wszystkim zysk.

Nie jest żadną tajemnicą, że obecny szef NIK władzy panującej Anno Domini 2022 nie lubi – delikatnie mówiąc. Będzie więc przejaskrawiał, by jej dokuczyć maksymalnie. W najnowszym raporcie, dosłownie sprzed kilku dni, Najwyższa Izba Kontroli twierdzi wręcz, że Polska żywność jest… najgorsza w Europie. Naszpikowana antybiotykami i coraz częściej z „suplementem” w postaci salmonelli. Czy rzeczywiście jest aż tak źle?
Prawda leży zapewne gdzieś pośrodku. Tym bardziej, że NIK nie pozostawia też suchej nitki na żywności importowanej, która – w opinii urzędu – wcale nie jest lepszej jakości. I jedna, i druga „sprawiedliwie” zapełnia półki hipermarketów, supermarketów i dyskontów. Żałować tylko można, że polski rolnik przemysłowy zaczerpnął z Zachodu złe wzorce.
Przy rosnących kosztach produkcji krajowe jedzenie będzie też tracić konkurencyjność na rynkach eksportowych – jak dotąd wciąż „jedziemy” jeszcze na dobrej i utrwalonej, pozytywnej opinii marki.

I co dalej?

Śnią nam się jeszcze sny z dzieciństwa, kiedy to rolnik, wcześniej jeszcze chłopem zwany, hodował kilka krówek i świń karmionych tym, co wyrosło w gospodarstwie, a w sadzie czy na polu sypał tylko tyle środków ochrony roślin, by szkodniki plonów nie zjadły. To se ne vrati – jak mawiał klasyk.

Co więc z tym począć? Rolnik niech dotrzymuje słowa i jakość poprawi – niezależnie od tego, czy żywność sprzedaje jako ekologiczną, czy jako zwykłą. Nic jednak radykalnie się nie zmieni bez presji oddolnej, czyli naszej – konsumentów. Jest coraz drożej. Niech więc przynajmniej będzie zdrowiej i smaczniej.