W moim przekonaniu jest ona dosyć mała. Polskie przedsiębiorstwa coraz lepiej radzą sobie w konkurencji z zachodnimi podmiotami. W ten sposób padają niejako ofiarą swojego sukcesu. W teorii Unia gwarantuje funkcjonowanie jednolitego rynku, decydować powinien na nim nie kraj pochodzenia firmy ale jakość oferowanych przez nią towarów lub usług. Tyle w teorii, praktyka wygląda jednak inaczej. Bogate kraje Wspólnoty chronią rodzime przedsiębiorstwa przed konkurencją np. z Europy Wschodniej często bezczelnie naginając unijne regulacje. Co więcej wywierają także nacisk na instytucje UE, tak aby te wprowadzały niekorzystne prawo ( m.in. dyrektywy) blokujące ekspansję np. polskich przedsiębiorstw. Doświadcza tego nasz sektor transportowy. I nie mam dobrych wiadomości. Uważam, że ten trend będzie się nasilał. Im lepsi w czymś będziemy i im trudniej będzie z nami konkurować w ramach uczciwego mechanizmu rynkowego, tym więcej będzie prawnych kłód rzucanych nam pod nogi. Nie możemy być naiwni, wiara w to że ktoś nam pomoże – np. Komisja Europejska – to właśnie przejaw takiej naiwności. Od dawna powtarzam, że w UE potrzebny jest silny polski lobbing, dobrze zorganizowany i wspierany przez państwo. Na tym nie można oszczędzać, chyba że od razu chcemy wywiesić białą flagę. Same dokumenty w rodzaju „czarnej księgi” nie wystarczą. Warto także zabiegać o to aby zwiększyć liczbę polskich urzędników w takich instytucjach jak Komisja. Jesteśmy tam niedoreprezentowani, co ma swoje konsekwencje w przyjmowanych na szczeblu unijnym regulacjach. Wszystko to efekt wieloletnich zaniedbań, i od ich niwelowania trzeba zacząć. „Czarna księga” to zdecydowanie za mało.

Poprzedni artykułFinansowy szantaż wobec Polski
Następny artykułMilczarski: w ciągu 10 lat LOT chce zwiększyć swój udział w chińskim rynku