Zwolnienia w Big Tech z 2022 roku okazały się być tak duże, że aż przeciągnęły się na rok 2023. I raczej nie skończą się w styczniu, choć to właśnie zupełnie niedawno redukcje zapowiedziały kolejne korporacje. Rynek pracy w tej branży wciąż jednak będzie szukał dna, choć trzeba też, dla lepszego zrozumienia sprawy, zastanowić się nad strukturą samych zwolnień i tym, co mogą one przynieść.

A ta jest różna. O ile wśród zwalnianych przez Alphabet (Google) 12 tys. pracowników są projektanci, inżynierowie i właściwie cały przekrój załogi, o tyle Amazon, który jeszcze niedawno zapowiadał pożegnanie z 10 tys. swoich ludzi, jednak podziękuje za współpracę 18 tys. – ale przede wszystkim z działów HR i e-commerce. Przynajmniej dla Jeffa Bezosa dolar wydany na programistę to dolar wydany lepiej niż na posadę Happines Menagera.

Same zwolnienia są zaś po części winą przepowiedni, która miała się samospełnić, ale jak zwykle to bywa w pracy z ludźmi i dla ludzi – coś poszło nie tak. Rok 2020 miał być przełomowy w przechodzeniu do świata wirtualnej gospodarki. I dla wielu taki właśnie był. O zdalną pracę jest teraz łatwiej niż przed pandemią, bo firmy chętniej współpracują z kimś widzianym tylko w okienku Zooma. Po prostu się przełamaliśmy i ta większa elastyczność, więcej szans na pracę dzięki technologii, to coś dobrego.

Jednocześnie może i doszło do przełomu, ale nie wszędzie i nie dla wszystkich, a trend okazał się być wolniejszy, niż wielu menedżerów najwyższego szczebla zakładało jeszcze w 2020 roku. Korporacje, które wtedy zwiększały zatrudnienie, teraz je redukują, bo okazało się, że nic nie rośnie w nieskończoność, nawet Internet ma swoje granice jak najbardziej zresztą posadowione w naszej nierozciągliwej czasoprzestrzeni. Godziny spędzone na przeglądaniu mediów społecznościowych nawet w zupełnie nieprawdopodobnym przecież scenariuszu zsumują się do 24 na dobę i choć możemy w nieskończoność ślęczeć nad wirtualnymi podpowiedziami nowych produktów do kupienia przez Internet, to czasem nie mamy już miejsca na postawienie na półce kolejnej kupionej tak książki, albo na przykład lodówki, bo Amazon już od dawna handluje wszystkim.

Zawiodły więc strategie, co najwyraźniej widać w przypadku Metaverse. Czy to z przyczyn technologicznych, czy jakichś innych, wciąż nie jest on alternatywą dla bardziej tradycyjnych sposobów pracowania i odpoczynku po pracy, choć amalgamatyzacja rzeczywistości wirtualnej z realną na pewno będzie postępować. Opowieści snute na groteskowo wielkiej scenie i opakowane jako przełomowe, towarzyszące im prezentacje i wzmożenie mają swoją cenę, ale inwestorzy nie będą przepłacać w nieskończoność za obietnicę zysków. Kupowanie marzeń jest przyjemne, ale partycypacja w profitach płynących z ich spieniężenia jeszcze bardziej. Stąd korekta, którą widać w całej branży, bo Metaverse jest jednym z cały czas dopracowywanych pomysłów, ale nie jedynym.

Są też przyczyny zewnętrzne, takie jak niekorzystna sytuacja makroekonomiczna i inflacja, która w USA na szczęście dla Amerykanów i tak jest cieniem tego, co przeżywają nasze polskie portfele.

No dobrze, ale czy to początek pękania bańki? Niekoniecznie. Raczej jest to przyśpieszone odchudzanie po dobrym dla branży zainteresowanej tym, abyśmy jak najwięcej czasu spędzali w Internecie, okresie, który rozpoczął się w 2020 roku. I to właśnie odchudzanie, jeśli będzie się przeciągać, może mieć zbawienne skutki. Po pierwsze, nie wszyscy zwolnieni znajdą pracę u konkurencji, tym bardziej jeśli konkurencja też zwalnia. Za to niektórzy z nich stworzą nowe firmy, które rzucą wyzwanie starym. Kryzys nie jest tragedią tylko zmianą. Co z nią zrobimy – to już inna sprawa, ale przetasowanie kart niektórym może wyjść na dobre, choć oczywiście utrata pracy to nic przyjemnego.

Po drugie, ci, którzy nie stracą pracy, będą musieli poważnie zastanowić się nad swoimi priorytetami. Dla niektórych będą to po prostu zarobki – to bardzo zdrowa postawa, praca to nie wolontariat. Dla innych: możliwość pracy zdalnej. Dla kogoś jeszcze trzeciego: priorytetem może być nieuciążliwość pracy pozwalająca na rozwój swoich własnych projektów albo choćby opiekę nad kimś ze swojej rodziny. I taki namysł może im wyjść tylko na dobre. Warto mieć porządek nie tylko na pulpicie, ale też w życiu.

Po trzecie i najmniej prawdopodobne. Choć spółki technologiczne to tak pojemny termin, że mieści się w nim zarówno produkcja samochodów elektrycznych, platformy społecznościowe, giełdy kryptowalut i sprzedaż przez Internet, to jednak w przypadku miksowania tej branży z animowaniem, a nie tylko obsługiwaniem społeczności, obecny kryzys też może wyjść na plus. Klasyczny problem takich mediów jak Facebook czy Twitter polega na tym, że lubią one przedstawiać się tylko jako ramka, którą mogą wypełniać użytkownicy. W rzeczywistości jednak są one czymś bardziej na kształt gazety, w której redaktorami są przedstawiciele – i przedstawicielki, pamiętajmy o feminatywach szczególnie w przypadku tak sfeminizowanej branży – firm odpowiadający za jak najbardziej progresywne i lewicowe odczytanie regulaminów. Internet, który miał wyzwolić od gatekeeperów, dorobił się swoich własnych. Część z nich traci teraz pracę. Mogą zostać zastąpieni przez algorytmicznych odpowiedników i to na pewno w jakiejś skali się wydarzy. Ale może też okazać się, że Big Tech zobaczy, z czego biorą się pieniądze. I niekoniecznie jest to lansowanie tylko jednego przekazu.

Marcin Chmielowski
* autor jest wiceprezesem Fundacji Wolności i Przedsiębiorczości

Poprzedni artykułWycinają lasy, by wypełnić unijne wymogi
Następny artykułSzef chińskiej dyplomacji wystąpił na meczu NBA