Sytuacja jest po prostu fatalna. Znacznie gorsza z polskiego punktu widzenia niż podczas kryzysu finansowego w 2008 r. – pisze w swoim najnowszym felietonie Łukasz Warzecha, odnosząc się m.in. do radykalnych wzrostów cen prądu i gazu.

Fot. PAP/Artur Reszko

Jest gorzej niż można było sądzić. Szef Urzędu Regulacji Energetyki ogłosił podwyżki cen prądu i gazu tak horrendalne, że trzeba było uruchomić w Sejmie temat TVN, żeby tę sprawę przykryć. Ale jej przecież przykryć się nie da. 24 proc. podwyżek taryf prądu i 54 proc. gazu dla użytkowników indywidualnych to tylko połowa powieści. W praktyce przełoży się to na od kilkudziesięciu do nawet kilkuset złotych więcej miesięcznie, jeśli ktoś zainwestował w „ekologiczny” gaz i tak ogrzewa dom. A uczyniło to w ostatnich latach wiele osób, idąc za głosem rządzących i likwidując piec na węgiel.

Tylko że to jedynie połowa opowieści, bo druga, znacznie gorsza połowa, to taryfy dla firm. A tutaj jest już jazda bez trzymanki. Wiele podmiotów odnotowuje wzrost cen o kilkaset procent w ciągu kilkunastu miesięcy.

Gaz i prąd są zaś niezbędne do wytwarzania właściwie wszystkiego. Dwa przykładowe, najbardziej bezpośrednie przełożenia zwyżki cen gazu? Po pierwsze – żywność, bo gaz to produkcja nawozów, których ceny już i tak galopują w dramatycznym tempie. Po drugie – duża część materiałów budowalnych (m.in. styropian czy ceramika), a więc radykalny wzrost cen remontów oraz nowych nieruchomości. Dlatego analitycy już zaczęli rewizję prognoz rozwoju gospodarczego oraz inflacji. Ta druga ma sięgnąć – według analityków Pekao – w szczytowym momencie (2. kwartał 2022 r.) niemal 10 proc., a średniorocznie – aż 8 proc. w pesymistycznym wariancie. Na pewno będzie reagował – po niewczasie – NBP, dalej podnosząc stopy procentowe, co odetnie także przedsiębiorców od kredytów. Zarazem banki ociągają się z podnoszeniem oprocentowania depozytów, co osłabia efekt podnoszenia stóp.

Rząd będzie chciał rozwiązywać problem po swojemu. Nie może nic z nim zrobić u źródła, którym jest głównie unijna polityka klimatyczna – tutaj pozbawiliśmy się w zasadzie wszelkich atutów i nic nam nie zostało. Może natomiast działać swoją ulubioną metodę, czyli próbując rozdawać pieniądze. To jednak jedynie wzmocni inflację, a efekt ulgi będzie krótkoterminowy.

Sytuacja jest po prostu fatalna. Znacznie gorsza z polskiego punktu widzenia niż podczas kryzysu finansowego w 2008 r. Nie tylko nałożyły się na siebie ekowariactwo UE, socjalistyczna redystrybucja polskiego rządu i zagrywki gazowego imperium oraz pandemia (na którą reakcja rządów i struktur międzynarodowych rodzi gigantyczne wątpliwości i również uderza w gospodarkę), ale też wszystko to – mając działanie co najmniej regionalne, jeśli nie globalne – chwieje całym międzynarodowym porządkiem.

Są dwa potencjalne punkty zapalne na świecie – jeden blisko, drugi daleko od nas. Pierwszy to oczywiście Ukraina i panika Moskwy wynikająca z przekonania, że możliwe jest poszerzenie zachodniej strefy wpływów. O zapobieżenie mu toczy się teraz gra. Drugi to Tajwan. O możliwości chińskiego uderzenia na Formozę mówi się od zawsze, ale temat na jakiś czas zniknął z oficjalnej agendy. Wrócił kilka lat temu, a od jakichś dwóch lat – co najbardziej niepokojące – zaczyna się przewijać w wypowiedziach analityków związanych z Komunistyczną Partią Chin, a nawet samych członków kierownictwa państwa. Niby aluzyjnie, niby w zawoalowanej postaci, ale w państwie takim jak Chiny nic takiego nie dzieje się bez przyczyny.

Każdy z tych scenariuszy – militarna próba destabilizacji Ukrainy przez Rosję lub chińskie uderzenie na Tajwan, które przecież musiałoby wywołać reakcję Waszyngtonu, taką czy inną – dla gospodarki światowej oznacza kolejny wstrząs, który i my w naszym grajdole odczujemy.

W niedawno opublikowanym na łamach The Wall Street Journal artykule Andrew A. Michta – amerykański analityk polskiego pochodzenia zakłada, że do konfrontacji Chin lub Rosji z USA może dojść już w ciągu najbliższych pięciu lat. Na zagrożenie nadchodzącą wojną wskazuje też polski popularyzator koncepcji geopolitycznych Jacek Bartosiak. Jeśli wydawało nam się, że powiedzenie o „wsi spokojnej, wsi wesołej” w naszym polskim zakątku będzie trwało po wieczne czasy – srodze się myliliśmy. Zawieruchy na wyższym poziomie zaczęły już nami miotać i łatwo mogą nas rzucić na skały. Jasne jest, że nie możemy nic z tym zrobić na wyższym poziomie. Problem w tym, że nie robimy nawet tego, co moglibyśmy w naszej małej łupinie.