„Czy możesz sobie wyobrazić, jak to będzie? Tak bez ograniczeń i swobodnie”. Bez maseczek, masowych testów, cyfrowych aplikacji śledzących nasze kontakty i status medyczny, reprymend od polityków i ekspertów oraz przymusowych nakazów pozostania w domu. Wiecznej wojny „wolnościowych” zwolenników modelu szwedzkiego z bardziej „rygorystycznymi” zwolennikami strategii chińskiej – pisze w dzisiejszym felietonie Michał Góra.

W 1967 roku Jim Morrison napisał słowa do piosenki „The End”, którą wykonywał wraz ze swoim zespołem The Doors. W tym przypadku nie mogło jednak chodzić o nadchodzący koniec pandemii, ponieważ ta zaczęła się dopiero rok później. W latach 1968-1969 rozlała się bowiem grypa Hongkong, uważana za dość łagodną, choć według różnych szacunków pozbawiła życia od 1 do nawet 4 mln ludzi na całym świecie. Populacja była przy tym wówczas mniejsza o połowę w stosunku do obecnej. Co ciekawe, pomimo tego, w sierpniu 1969 roku odbył się słynny masowy Festiwal w Woodstock. Niemniej, jak zauważa Aleksander Świeszewski na łamach Polityki, „The Doors odrzucili propozycję występu, nad czym później mocno ubolewali”.

Gdyby jednak się zgodzili i zagrali, być może Jim Morrison zakończyłby występ właśnie wspomnianym utworem i zaśpiewał do wyimaginowanego przyjaciela: „Czy możesz sobie wyobrazić, jak to będzie? Tak bez ograniczeń i swobodnie”. Bez maseczek, masowych testów, cyfrowych aplikacji śledzących nasze kontakty i status medyczny, reprymend od polityków i ekspertów oraz przymusowych nakazów pozostania w domu. Wiecznej wojny „wolnościowych” zwolenników modelu szwedzkiego z bardziej „rygorystycznymi” zwolennikami strategii chińskiej. Bez policji zaglądającej ludziom do siatek z zakupami i twórczo interpretującej przepisy, infografik i dekretów ministerialnych zastępujących ustawy, a także przedsiębiorstw zamkniętych wbrew woli właścicieli. Oby po wielu miesiącach edukacji zdalnej nie spełniła się inna narkotyczna wizja Morrisona: „zaś wszystkie dzieci są szalone”.

Wspominam o tym, bo o końcu epidemii w Polsce zaczęli mówić niezależnie od siebie dwaj „społeczni” analitycy. Matematyk Krzysztof Szczawiński, kojarzony raczej ze „sceptyczną” stroną dyskursu publicznego, ogłosił na Facebooku, że „To już jest koniec tej epidemii w Polsce!”. Można by mu zarzucić nadmierny optymizm albo fantazjowanie, gdyby nie to, że Michał Rogalski (słynny 19-latek, który nieco skompromitował organy państwa, zbierając dane statystyczne w czasie kryzysu sanitarnego) został zacytowany przez Die Welt prognozując „(…) ostatnią tego rodzaju w Polsce i w Europie” falę zakażeń.

Wielu z nas czeka na chwilę podobną do tej, jaka przydarzyła się 10 sierpnia 2010 r., kiedy ówczesna Dyrektor Generalny Światowej Organizacji Zdrowia ogłosiła koniec ostatniej pandemii grypy. Będzie to przede wszystkim oznaczało koniec wzmożonego napływu pacjentów do szpitali oraz utraty wielu lat życia. Chociaż to ostatnie nie jest pewne, ponieważ kilka opracowań naukowych – w tym autorstwa Pinara Jenkinsa, Karola Sikora i Paula Dolana w European Journal of Clinical Oncology – stawia zdroworozsądkową w sumie tezę, zgodnie z którą „jest możliwe, że zapobieganie zgonom wywołanym COVID-19 poprzez lockdowny będzie skutkować większą liczbą utraconych lat życia niż ocalonych”. Po wielu miesiącach restrykcji, blokad gospodarczych, zatrzymania stacjonarnej edukacji i erozji praw obywatelskich może być więc tak, jak w innej piosence. Kuba Sienkiewicz z Elektrycznych Gitar – skądinąd zresztą lekarz – śpiewał przecież: „To już jest koniec nie ma już nic. Jesteśmy wolni możemy iść”.