Dochód gwarantowany wprowadza nas na drogę, na końcu której jest omnipotentne państwo, obywatele pozostający na jego łasce, uwspólnotowienie wszystkiego, co uwspólnotowić się da. Przeciwko temu powinni się buntować wszyscy ludzie mający jakiekolwiek poczucie godności i etyki. Dlaczego więc pomysł popiera „publicysta katolicki” Tomasz Terlikowski? – pyta w najnowszym felietonie Łukasz Warzecha.

Fot. PAP/Artur Reszko

Czy katolicki publicysta może popierać pomysły wymyślone przez diabła? Nie powinien, jeśli stać go na choćby pobieżną refleksję. A jednak. Tomasz Terlikowski (wciąż oficjalnie „publicysta katolicki”) oznajmił na Twitterze, że popiera postulaty Partii Razem w sprawie gwarantowanego dochodu bezwarunkowego (znanego także jako gwarantowany dochód podstawowy, lecz jako że skrót od tego określenia – GDP – może się mylić z angielskim skrótem oznaczającym PKB (GDP – gross domestic product), będę używał pojęcia pierwszego i skrótu GDB).

„Program dochodu gwarantowanego w północnych gminach, leżących przy granicy z Rosją to dobra informacja. Programy takie ożywiają gospodarczo biedniejsze wspólnoty, zmniejszają przestrzenie ubóstwa, wzmacniają pozycję pracownika na rynku pracy, wspomagają bezpieczeństwa socjalnego” – napisał Terlikowski. Śmiało mogę stwierdzić, że Terlikowski nie ma zielonego pojęcia, o czym pisze. Nie kwestionuję wiedzy Terlikowskiego w kwestiach Kościoła – choć bywa tu ostatnio mocno kontrowersyjnie – ale o ekonomii Terlikowski nie ma po prostu zielonego pojęcia, podobnie jak nie ma pojęcia o skutkach eksperymentów z GDB. Jego tłit to stek komunałów, których nijak nie da się udowodnić.

Polski eksperyment jest promowany przez skrajną lewicę, czyli właśnie Partię Razem, realizuje go Stowarzyszenie Warmińsko-Mazurskich Gmin Pogranicza i ma to potrwać dwa lata, a w komitecie nadzorującym te działania (który, jak zakładam, nie działa pro bono) zasiada między innymi wielki zwolennik GDB, dr Maciej Szlinder właśnie od Razemków. Wszyscy będą dostawać po 1300 zł miesięcznie.

Ciekawostką jest, że choć GDB jest koncepcją stricte lewicową z ducha, to niektórzy na lewicy mają z nim problem, ponieważ twierdzą, że to pomysł… liberalny. Liberalny na takiej samej zasadzie jak polski program 500 Plus, czyli jego liberalizm polega na tym, że to nie państwo mówi obywatelowi, na co ma wydać pieniądze, które od niego dostaje, ale może on sobie z nimi zrobić, co chce. Na przykład opłacić kurs programowania albo wydać na wódkę. Przy czym, gwoli ścisłości, ta dowolność w przypadku 500 Plus jest jednak ograniczona i w jakimś stopniu kontrolowana, a rodziny, które kasę niejako sprzeniewierzają, mogą przestać otrzymywać gotówkowe transfery.

Zarzuty wobec GDB mogą być dwojakiej natury: prakseologiczne oraz etyczno-ideowe. Te drugie uważam za ważniejsze, ale zacznę od tych pierwszych.

Prakseologia to nauka o osiąganiu celów (w Polsce rozwijana swego czasu przez wybitnego filozofa Tadeusza Kotarbińskiego, autora słynnego „Traktatu o dobrej robocie”). Celem GDB jest to, co Terlikowski opisuje fałszywie jako cel, który nie jest przedmiotem badań czy weryfikacji, ale którego osiągnięcie jest oczywiste i pewne. To oczywiste nadużycie. GDB próbowano w wielu miejscach na świecie, w niektórych coś na jego kształt jest cały czas realizowane, ale absolutnie nie można twierdzić, jak to czyni Terlikowski, że efektem jest zawsze zmniejszanie ubóstwa czy poprawienie pozycji pracownika na rynku pracy. Jedną z zasadniczych obaw, którą starano się zawsze weryfikować w trakcie eksperymentów z GDB, była gotowość do podejmowania pracy.

Efekty natomiast bywały rozmaite. Finlandia na przykład eksperymentowała z GDB na małą skalę przez rok w latach 2017–2018. Jedynym efektem było lepsze samopoczucie (trudno się dziwić) obdarowywanych.

W 2017 r. przeprowadzono eksperyment z GDB w Barcelonie w Hiszpanii. Wyniki były podobne: żadnego wpływu na znajdowanie pracy, za to podwyższenie satysfakcji z życia (wszak niemal każdy chciałby dostawać pieniądze za nic). Przy czym do programu zakwalifikować się mogły w drodze losowania rodziny spośród najuboższych w mieście – a to już bardziej przypomina program socjalny niż GDB.

W tym samym okresie projekt oparty na GDB wprowadzono w kanadyjskiej prowincji Ontario w trzech jej miastach. Lecz znów – był on skierowany do osób w gorszej sytuacji. W 2018 r. projekt został skasowany przez nowy konserwatywny rząd prowincji, który otrzymał od pracowników socjalnych sygnały, że GDB zniechęca ludzi do pracy. W konsekwencji część uczestników programu wniosła nawet sprawy do sądu przeciwko rządowi prowincji.

Ciekawym przypadkiem jest Alaska, gdzie od 1982 r. mieszkańcy otrzymują comiesięczny dochód bez żadnych warunków. Jego wysokość jest uzależniona od aktualnych cen surowców naturalnych, wydobywanych na Alasce – ropy i gazu. Ekonomiści stwierdzili, że program nie ma żadnego wpływu na zatrudnienie, ale zwiększa dzietność. Przy czym alaskański GDB jest przypadkiem wyjątkowym, tak jak wyjątkowa jest Alaska z jej ogromnie trudnymi warunkami naturalnymi, ale też bogactwem złóż. Można od biedy uznać, że obywatelom Alaski płaci się „pensję” w zamian za gotowość funkcjonowania w tak nieprzychylnym otoczeniu, a pensja ta bierze się z tego, co jest uznawane za wspólne dobro mieszkańców. Trudno to zatem porównywać do Polski pod jakimkolwiek względem.

Trzeba w ogóle zauważyć, że choć pewne cechy i skutki GDB są uniwersalne – o tym niżej – są też takie, które będą ściśle uzależnione od miejsca i okoliczności, w jakich zostaje wprowadzony. Trudno porównywać Alaskę (ponad 1,7 mln km kwadratowych powierzchni, 0,42 osoby na km kwadratowy, 740 tys. mieszkańców, 75 tys. dol. PKB per capita w 2021 r., o 6 tys. dol. więcej niż w całych USA) z Polską.

Niezależnie od tego istnieją bardzo mocne argumenty etyczne i polityczne przeciwko wprowadzaniu GDB. Pierwszy z nich to zerwanie w ludzkiej świadomości fundamentalnego połączenia pomiędzy pracą a otrzymywaniem wynagrodzenia. Tu trzeba podkreślić słowo: wynagrodzenia – nie „pieniędzy” w ogóle, bo oczywiście spora część obywateli otrzymuje różnego rodzaju transfery socjalne, które jednak powiązane są zawsze z jakimś obiektywnym warunkiem. Renta dotyczy osób, które z jakichś powodów pracować nie mogą, na emeryturę emeryci sobie zapracowali, wsparcie socjalne dotyczy rodzin w trudnej sytuacji finansowej, a nawet 500 Plus wiąże się z posiadaniem przynajmniej jednego dziecka w wieku do 18 lat. Gwarantowany dochód bezwarunkowy natomiast nawet w swojej nazwie sygnalizuje dwie kwestie: po pierwsze – że jest właśnie bezwarunkowy, a więc otrzymywanie go nie zależy od spełnienia żadnych kryteriów formalnych; po drugie – że jest dochodem, nie jakiegoś rodzaju zapomogą. W ten sposób na poziomie etycznym rozłącza się pojęcie dochodu z wykonywaną pracą.

GDB jest zresztą na poziomie etycznym nie tylko skrajnie demoralizujący, ale też jest porażająco niesprawiedliwy. W polskim przypadku te same 1300 złotych będzie dostawać najciężej pracująca samotna matka, obskakująca półtora etatu, żeby zapewnić swoim dzieciom godne życie i przyszłość – i zdegenerowany pijaczyna, wycierający przez cały dzień ławkę przed miejscowym sklepem, który cały swój udział w eksperymencie wyda na najtańsze wina. A pamiętajmy, że przecież pieniądze nie biorą się znikąd. Pijaczek nie wnosi do budżetu niemal nic poza podatkami pośrednimi zawartymi w cenie alkoholu i jakiejś bułki od czasu do czasu – samotna matka wnosi znacznie więcej, a ktoś, kto ciężką pracą doszedł do jako takiej pozycji i pieniędzy – jeszcze więcej. Trudno pojąć, dlaczego ktoś podpisujący się pod podstawowymi regułami etycznymi miałby taki stan rzeczy akceptować.

Drugi ważki argument, tym razem politycznej natury, to postępujące uzależnienie obywateli od państwa – które i tak jest w Polsce na bardzo wysokim poziomie. Wynika to i z ogromnej liczby transferów socjalnych, i z bardzo dużego udziału państwa w gospodarce oraz rozdętego sektora publicznego. Wszyscy pracownicy państwowych firm czy sektora publicznego są od państwa uzależnieni. Wprowadzenie rozwiązań takich jak GDB tę zależność jeszcze by powiększyło. Jest to również sposób, w jaki rządzący hodują sobie wierny elektorat.

GDB to pomysł – jako się rzekło – diabelski. Wprowadza nas na drogę, na końcu której jest omnipotentne państwo, obywatele pozostający na jego łasce, uwspólnotowienie wszystkiego, co uwspólnotowić się da. Przeciwko temu powinni się buntować wszyscy ludzie mający jakiekolwiek poczucie godności i etyki.

Łukasz Warzecha

Poprzedni artykułOpłaty licznikowe nie są przychodem z najmu
Następny artykułSektor transportu na skraju przepaści?