Trudno pojąć, dlaczego Polacy, którzy już płacą koszmarne pieniądze za wywóz selekcjonowanych śmieci, mieliby przeprowadzać jeszcze dodatkową selekcję, bawić się w kolejne worki i transportować je potem do miejsca zbiórki, żeby odzyskać własne pieniądze. Skoro w ramach selekcji odpadów już jest frakcja, zawierająca plastik, to po co kolejna komplikacja? – pyta w najnowszym felietonie Łukasz Warzecha.

Fot. PAP/Artur Reszko

Niedawno musiałem pozbyć się zepsutego telewizora oraz przy okazji kilku innych mniejszych sprzętów elektronicznych. Kiedyś takie rzeczy wynosiło się po prostu na śmietnik. Teraz teoretycznie tak zrobić nie wolno – w najlepszym przypadku żadna z firm odbierających odpady ich nie zabierze, a w najgorszym może się nawet skończyć grzywną. Teraz elektrośmieci trzeba przekazać do wyspecjalizowanego punktu.

Nie jestem ideowym przeciwnikiem segregacji śmieci. Jestem natomiast przeciwnikiem nakładania na obywateli kolejnych obowiązków bez zapewnienia im możliwości ich wypełniania w taki sposób, żeby nie wymagało to angażowania wysiłku i pieniędzy. Państwo i tak wystarczająco wiele własnych obowiązków zrzuca na nas. Jeśli elektrośmieci mają być wyrzucane osobno, to powinno to być tak samo proste jak wyrzucenie zwykłego worka z odpadkami. Ale nie jest.

W różnych miejscowościach bywa różnie, bo za gospodarkę odpadami odpowiadają gminy, przy czym całkowitej dowolności tutaj oczywiście nie ma – jest ustawa i wszystko musi być jej podporządkowane. W przypadku mojej gminy elektrośmieci można odstawić w środy i soboty przez kilka godzin do siedziby jednej firmy, która od mojego domu jest oddalona o 17 km, a dojazd zajmuje około pół godziny w jedną stronę. Musiałem zatem zabrać telewizor do własnego auta, dojechać do wspomnianej firmy, tam samodzielnie wywaliłem odpady do wskazanych pojemników – zostałem przy tym spisany, bo elektrośmieci mogą wyrzucać tam tylko mieszkańcy gminy – po czym pokonałem tę samą trasę w drugą stronę. Straciłem czas, zapłaciłem za benzynę (horrendalnie drogą) i wykonałem za firmę zajmującą się odpadami część jej pracy. Firma na tym zarobi, bo zużyta elektronika jest bardzo cennym źródłem potrzebnych materiałów. Ja nie zyskałem nic – przeciwnie, straciłem.

To nie jest normalne, tak samo jak nie jest normalne, że w polskich warunkach absurdalnie drobiazgowa segregacja odpadów, zrzucona na obywateli, którzy w ten sposób wyręczają wyspecjalizowane firmy, nie daje ludziom żadnej korzyści. Pozwala jedynie uniknąć kary w postaci drastycznie, absurdalnie wręcz wysokich kosztów za wyrzucanie bez selekcji, która to kara jest zresztą nierzadko – w zależności od regulacji w danym miejscu – nakładana na wszystkich mieszkańców nieruchomości na zasadzie odpowiedzialności zbiorowej. Mówiąc inaczej: jeśli pomożesz środowisku i państwu w gospodarce odpadami, to zyskasz na tym tyle, że nie zostaniesz surowo ukarany. Bardzo zachęcające i motywujące.

Pamiętam świetnie moment, gdy miała wejść w życie nowa, zaprojektowana przez Platformę Obywatelską ustawa śmieciowa. Spierałem się wtedy intensywnie z przedstawicielami ówczesnej władzy o jej skutki. Twierdziłem, że nie będzie dużo lepiej, ale za to będzie dużo drożej, a dodatkowo powstaną furtki dla lokalnej korupcji. Miałem rację – tylko co to za satysfakcja, skoro ze skutkami tego absurdu zmagamy się do dzisiaj?

Jak to zwykle w Polsce, wszystko stoi na głowie. Mieszkaniec gminy, wykonujący w istocie pracę za firmę zajmującą się wywozem śmieci, nie jest w żaden sposób za to nagradzany. Podobnie jak osoba odwożąca na własny koszt elektrośmieci do punktu ich zbiórki. To paradoksalnie sytuacja gorsza nawet niż w komunie, gdy za dowiezienie makulatury albo butelek do punktu skupu dostawało się pieniądze.

Teraz natomiast władza, realizując unijną dyrektywę o odzyskiwaniu plastiku, zamierza nałożyć na nas kolejny obowiązek, udając, że nikt przecież nikomu niczego nie nakazuje: wszystkie plastikowe opakowania mają być obarczone kaucją, którą będziemy mogli odzyskać, jeśli odwieziemy je do punktu zbiórki. Wadliwe jest już samo założenie w postaci narzucenia kaucji na każde plastikowe opakowanie. Gdyby rządowi zależało, żeby oczyszczaniem miast z plastiku zajęli się panowie kloszardowie, którzy mogliby pełnić w ten sposób bardzo pożyteczną rolę, ale bez obciążania obywateli – powinni wprowadzić system skupu, a nie kaucji. Zero dodatkowego kosztu przy zakupie towarów w plastiku – niewielkie wynagrodzenie za zebranie plastiku i odstawienie do punktu. Zaręczam, że to by działało. Ale to przecież byłoby za proste i zbyt korzystne dla obywateli. W Polsce tak nie można.

Mamy zatem mieć kaucje. Przede wszystkim trudno pojąć, dlaczego Polacy, którzy już płacą koszmarne pieniądze za wywóz selekcjonowanych śmieci, mieliby przeprowadzać jeszcze dodatkową selekcję, bawić się w kolejne worki i transportować je potem do miejsca zbiórki, żeby odzyskać własne pieniądze. Skoro w ramach selekcji odpadów już jest frakcja, zawierająca plastik, to po co kolejna komplikacja? A jeżeli rząd nie jest w stanie osiągnąć zakładanego w dyrektywie poziomu odzysku plastiku – niech kombinuje, jak to zrobić w taki sposób, żeby poprzez finansowy szantaż nie zwalać kolejnych obowiązków na obywateli.

Z praktycznego punktu widzenia, od strony klienta, nie jest to wcale taka łatwa sprawa. Ludzie, którzy mają rodzinę i robią większe zakupy raz na jakiś czas, mieliby swoje samochody zamieniać w śmieciarki z plastikiem, odwożąc do sklepu worki wypchane butelkami i opakowaniami, a emeryci mieliby w tym samym celu zaiwaniać do osiedlowego spożywczaka. A to też tylko pod warunkiem, że punkty odbioru plastiku byłyby praktycznie w każdym sklepie – bo jeśli nie, problem robi się jeszcze większy.

Tutaj zaś zrozumiały opór stawiają przedsiębiorcy. Rząd zakłada, że punkt odbioru plastiku miałby się znaleźć w każdym sklepie od 100 metrów kwadratowych powierzchni handlowej wzwyż. To oznacza – po pierwsze – że są okolice, gdzie do takiego punktu byłoby całkiem daleko. Po drugie zaś – że osobne miejsce na składowanie plastiku musiałby wygospodarować już średniej wielkości osiedlowy sklepik. Ten plastik ktoś musiałby tam odbierać, układać, potem zajmować się przekazywaniem go firmie odbierającej. Entuzjaści systemu kaucyjnego chyba nie zdają sobie sprawy, że to wszystko kosztuje i dla małego przedsiębiorcy oznacza, że dochodzi mu kolejny obowiązek. A koszty oczywiście zostaną przerzucone na klienta.

Mowa jest też o systemie automatów. Wspaniale – ale kto miałby ten system sfinansować, utrzymywać, serwisować, obsługiwać, odbierać plastik? Jak podzielić koszty pomiędzy producentów opakowań? Ile takich automatów mogłoby w Polsce stanąć? Bo żeby proces zwracania opakowań nie stał się koszmarną uciążliwością dla konsumentów, musiałyby ich być dziesiątki tysięcy.

To wszystko nie trzyma się kupy. Przedsiębiorcy protestują – i mają rację. Rządzący znowu próbują wypełniać swoje zobowiązania ich i naszym kosztem.

Łukasz Warzecha

Poprzedni artykułUnijna solidarność jest mitem!
Następny artykułStraż miejska będzie kontrolować, czy przedsiębiorca wydał paragon