Można by tradycyjnie i mało oryginalnie powiedzieć, że 2022 r. żegnamy z nadzieją, że kolejny będzie lepszy. Świadczyłoby to jednak o mocnym oderwaniu od rzeczywistości. Nie – w 2023 r. możemy zatęsknić za 2022, jakkolwiek nieprawdopodobnie by to brzmiało. Bo jak można zatęsknić za takim annus horribilis? W którego ostatnim dniu, jakby dla potwierdzenia dramatu, odszedł papież emeryt Benedykt XVI.

Fot. PAP/Artur Reszko

Świat, w tym świat gospodarki, przyspieszył w złym kierunku prawie trzy lata temu, gdy rozpoczęła się pandemia covid. Fatalne pod wieloma względami metody walki z wirusem, polegające na zamykaniu gospodarek i ludzi w domach, przyniosły szkody, których nikt do dziś w pełni nie podliczył. Spowodowały również zerwanie łańcuchów dostaw i wstrząsy trwające do dzisiaj. Mimo początkowych buńczucznych deklaracji, okazało się, że Chin jako producenta wielu niezbędnych rzeczy, w tym układów elektronicznych wykorzystywanych w niezliczonych urządzeniach, wcale tak łatwo zastąpić się nie da.

Zerwanie łańcuchów dostaw było w dużej mierze konsekwencją chińskich sposobów na zwalczanie epidemii, którymi zafascynowało się wiele zachodnich rządów. Dziś wspomina się o nich coraz częściej w kontekście kontroli obywateli w ogóle – ale to temat na inny tekst.

Wojna na Ukrainie nadeszła w momencie, kiedy wydawało się, że zaczyna się choćby częściowe wychodzenie na prostą. Zachód wprowadził sankcje, które na razie zaszkodziły przede wszystkim Europie, wpędzając ją w bezprecedensowy kryzys, dotykający zwykłych ludzi niemal tak boleśnie jak wielki kryzys sprzed prawie już stu lat. O ile pojawiają się szacunki strat, jakie ponosi z powodu sankcji Rosja – bo przecież absurdem byłoby twierdzić, że i ona w jakimś stopniu nie traci – to jednak brakuje analiz, które byłyby w stanie przewidzieć konsekwencje w dłuższym okresie. Pozostają ogólnikowe szacunki, że sankcje będą wywierały na Rosję znaczący wpływ „w ciągu paru lat”. Jak znaczący, ile to jest „parę lat” i czy w tym okresie Moskwie nie uda się zbudować alternatywnego systemu zbytu dla swoich surowców – o tym niemal się nie mówi. Rezygnacja z niepewnych i politycznie kontrolowanych źródeł ma oczywiście sens, ale planowa i kontrolowana. Na razie sytuacja sprawia wrażenie, jakby bilansu skutków podejmowanych na Zachodzie decyzji nikt nie sporządzał.

Polska okazała się gospodarczo kompletnie nieprzygotowana na to, co nastąpiło. Jakaś część impulsu inflacyjnego faktycznie ma związek z globalnymi zjawiskami, ale zdecydowana większość tego zjawiska jest spowodowana czynnikami wewnętrznymi. Argument, że inflacja urosła wszędzie, więc musi mieć pochodzenie całkowicie zewnętrzne, jest błędny. Po pierwsze – w wielu krajach prowadzono podobnie błędną politykę monetarną jak w Polsce i powiększano bez umiaru zadłużenie. Stąd podobne skutki w trudniejszym okresie. Po drugie – w naszym kraju inflacja była wyraźnie powyżej celu jeszcze przed wybuchem konfliktu.

Mamy za sobą rok szalejącej inflacji, ale 2023 – mimo bardzo umiarkowanie optymistycznych prognoz – może okazać się nawet gorszy. Zwiększenie obciążeń fiskalnych od 1 stycznia zwiększy inflację, a zgodnie z zapowiedziami Komisji Europejskiej – z powodu cen surowców bardzo ciężka może się okazać następna zima. Co więcej, nie mamy nadal pewności, czy nie wpadniemy w stagflację, a wydostać się ze stagflacyjnej spirali jest niezmiernie trudno. Nie zapominajmy też, że inflacja się kumuluje. W 2023 r. w najlepszym wypadku ceny będą rosły wolniej, ale przecież nie będą spadać (jak próbował wywodzić choćby pan poseł Kazimierz Smoliński z PiS).

No i wreszcie – to w 2023 r. ma nas dotknąć formalna recesja, czyli ujemny wzrost gospodarczy. A więc zjawisko nieznane praktycznie całemu pokoleniu Polaków. Ze wszystkimi tego konsekwencjami.

Sytuacja na Ukrainie również nie daje powodów do optymizmu, a na to nakłada się jeszcze rosnąca presja absurdalnej unijnej polityki klimatycznej. Tu warto przypomnieć, że pieniądze z KPO – o ile w ogóle Polska je dostanie – są ściśle znaczone. To nie są fundusze, które nasz kraj może wykorzystać na najpilniejsze potrzeby albo, jak próbował przekonywać pan premier, na rozbudowę armii. Ich zdecydowana większość musi być wykorzystana na „zazielenianie” gospodarki, czyli będą musiały być zużyte na inwestycje, które wcale nie są konieczne ani niecierpiące zwłoki. Do tego KPO musimy już teraz spłacać, a w związku z zawartymi w aneksie do polskiego planu warunkami, rozliczne koszty poniosą również obywatele (choćby kwestia opodatkowania aut spalinowych).

Zamiast uwolnienia gospodarki i przedsiębiorczości, ograniczenia biurokracji i obciążeń podatkowych mamy więcej tego samego: 13. i 14. emerytura, zadłużanie państwa na potęgę, wyprowadzanie kolejnych dziesiątków miliardów długu poza budżet i największy w historii wzrost składek dla przedsiębiorców. Sensownych pomysłów takich jak dobrowolny ZUS, proponowany przez rzecznika małych i średnich przedsiębiorców Adama Abramowicza, rządzący nie słuchają.

Opozycja – poza wolnościową częścią Konfederacji – nie prezentuje radykalnie odmiennego programu. Nie ma pomysłu ani na inflację, ani na ożywienie gospodarki. Nie planuje też znaczącego cięcia wydatków. O ile w ogóle można dociec, co planuje, bo Platforma Obywatelska ze swoich propozycji się wyborcom nie spowiada, rzekomo w obawie, że zostaną przechwycone przez PiS.

Wszystko to wygląda bardzo nieciekawie. Jedyna nadzieja w tym, co zwykle mówią doradcy inwestycyjni: w długim okresie musi nastąpić odbicie. Problem w tym, że odbicie mogłoby nastąpić, owszem, gdyby światowa gospodarka zmierzała w stronę większej wolności, a nie głębszej kontroli i nieustannego powiększania długu. I tu być może państwa zaskoczę, przytaczając słynne, ale też na ogół błędnie cytowane słowa Johna Maynarda Keynesa – którego podejście do ekonomii jest mi w większości z gruntu obce. Keynes napisał, że „w długim okresie wszyscy jesteśmy martwi” i to właśnie zdanie przywołuje się na ogół jako dowód na Keynsowskie lekceważenie dla długoterminowych konsekwencji zalecanych przez niego etatystycznych metod działania. Tymczasem sens tego cytatu jest odwrotny!

Keynes napisał te słowa w swoim „Traktacie o reformie monetarnej” (Tract on Monetary Reform) z 1923 r. Lecz cały wywód brzmi: „Długi okres jest błędnym przewodnikiem w sprawach bieżących. W długim okresie wszyscy jesteśmy martwi. Ekonomiści zbyt łatwo zajmują się zadaniami bezużytecznymi, jeżeli w burzliwych czasach umieją nam jedynie powiedzieć, że po przejściu sztormu ocean się znów wygładzi”. I tu z Keynesem nie sposób się nie zgodzić, choć argumentował w ten sposób przeciwko zdaniu się na siły rynku. Paradoks obecnego czasu chce jednak, że to właśnie zwolennicy metod Keynesa udzielają rady, którą on sam krytykował. Tymczasem warto podążyć tropem jego zalecenia i etatyzm póki czas zmienić na wolny rynek! Bez tego ocean nigdy się nie wygładzi.

Łukasz Warzecha

Poprzedni artykułNiepokojące wieści z Rosji: 71 tysięcy miejscowości jest odciętych od dostaw… wódki!
Następny artykułKończą się dobre czasy dla młodych przedsiębiorców?