Urząd antymonopolowy będzie oceniał, czy zakup spółki w Polsce przez podmiot spoza UE jest wrogim przejęciem, czy też zwykłą transakcją rynkową – przewidują zapisy tarczy 4.0. W związku z tymi zapisami pojawia się szereg pytań, na które rząd powinien jak najszybciej odpowiedzieć.

Rząd przyjął projekt kolejnego pakietu ustaw antykryzysowych, czyli tarczę 4.0. Znalazły się tu rozwiązania dotyczące wakacji kredytowych dla konsumentów, osłon finansowych dla samorządów czy dopłat do oprocentowania kredytów bankowych dla przedsiębiorców. Największe kontrowersje wzbudzają jednak tzw. przepisy antyprzejęciowe.

– Nie chcemy odstraszać inwestorów, tylko chronić polskie spółki przed wrogimi przejęciami z powodu gorszej sytuacji gospodarczej wywołanej epidemią – przekonuje Jadwiga Emilewicz, wicepremier i minister rozwoju. Dodaje, że przez kryzys wyceny polskich spółek mogą być szczególnie niskie, a ich kondycja finansowa bardzo trudna, przez co mogą stać się „łatwym łupem” dla inwestorów spoza UE.

– Obecna sytuacja może rodzić niebezpieczeństwo wrogich przejęć polskich przedsiębiorstw o strategicznym znaczeniu – wtóruje Tomasz Chróstny, prezes Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów. – Rozwiązania, które znalazły się w najnowszym projekcie tarczy antykryzysowej, zapobiegną tej sytuacji.

To właśnie UOKiK ma objąć nadzorem wszystkie inwestycje (po wejściu w życie ustawy), które skutkowałyby nabyciem, osiągnięciem znaczącego uczestnictwa lub nabyciem dominacji w polskiej spółce, dokonywane przez podmioty z siedzibą lub obywatelstwem (dla osób fizycznych) poza krajem członkowskim UE. Chodzi o spółki, których działalność jest ważna dla porządku publicznego, bezpieczeństwa publicznego lub zdrowia publicznego.

Do tego katalogu zaliczane są m.in. spółki publiczne, firmy prowadzące działalność gospodarczą związaną z energią elektryczną, gazem, paliwami, telekomunikacją, przetwórstwem żywności, produkcją leków, chemikaliów i nawozów, materiałami wybuchowymi, bronią i amunicją oraz wyrobami technologii o przeznaczeniu wojskowym lub policyjnym.

Ustawa obejmie także twórców oprogramowania wykorzystywanego w kluczowych sektorach, takich jak: elektrownie, paliwa, zaopatrzenie w wodę, zaopatrzenie w gotówkę, płatności kartą, szpitale, sprzedaż leków na receptę, transport drogą powietrzną, kolejową, morską lub żeglugą śródlądową, transport drogowy i publiczny oraz zaopatrywanie w żywność.

Co jest takiego w tych przepisach, że budzą one kontrowersje? Kierunek wydaje się słuszny, natomiast pojawia się w związku z tymi rozwiązaniami szereg pytań. Dlaczego ograniczenie inwestycji dotyczą wszystkich państw spoza Unii? W stosunku do Chin, szczególnie teraz, rzeczywiście powinniśmy być ostrożni, ale czy nałożenie restrykcji inwestycyjnych na USA i Wielką Brytanię nie podważy naszych dobrych relacji gospodarczych z tymi państwami? Czy rozwiązania wprowadzane przez rząd nie preferują inwestorów niemieckich? Nie jest przecież tajemnicą, że to Niemcy mają największe zdolności inwestycyjne spośród wszystkich krajów UE. Czy brak zagranicznych inwestycji nie spowoduje jeszcze większej recesji gospodarczej? Jaki jest pomysł rządu na pokrycie luki powstałej w wyniku ograniczenia inwestycji zagranicznych na tak długo?

Nikt nie powinien mieć wątpliwości, że potrzebujemy dobrego prawa, które w trudnych czasach pandemii zabezpieczy interesy polskich przedsiębiorstw. Niemniej na te pytania rząd – prędzej czy później – powinien znaleźć odpowiedzi.