Wokół decyzji miasta Krakowa toczy się typowy dla współczesnej Polski spór, który można bez przesady nazwać cywilizacyjnym. Tyle że jego cywilizacyjne akcenty rozkładają się nieco inaczej niż wiele osób sobie wyobraża – pisze w najnowszym felietonie Łukasz Warzecha.

Fot. PAP/Artur Reszko

Krakowscy radni przegłosowali utworzenie w tym mieście strefy czystego transportu. Bynajmniej nie była to decyzja jednogłośna – 24 radnych było za, ale 13 było przeciw. Strefa ma zacząć obowiązywać w 2024 r. i już wiadomo, że będzie to mieć ogromne konsekwencje dla tysięcy posiadaczy starszych aut. Według urzędu miasta norm nie spełniało w grudniu ubiegłego roku aż 21 proc. samochodów zarejestrowanych w Krakowie. A przecież są jeszcze pojazdy mieszkańców okolicznych gmin, które w Krakowie zarejestrowane nie są, ale ich właściciele korzystają z nich regularnie, żeby do miasta wjechać. Krakowscy radni zadziałali najradykalniej na świecie: nigdzie indziej – w skali globalnej – nie ustanowiono strefą czystego transportu całego miasta.

W dużej mierze za tą decyzją stoją miejscy aktywiści, w tym wypadku z krakowskiego oddziału Alarmu Smogowego – ale nie tylko, bo miejscy aktywiści w ogóle walczą z motoryzacją. Ich aktywność to rak polskiego życia publicznego – pisałem o tym wiele w innych miejscach. Najogólniej rzecz ujmując, system działa dziś tak, że niewielkie, ale hiperaktywne grupki, nierzadko fanatyczne, ciesząc się przychylnością władz miast są w stanie regulować życie setek tysięcy albo nawet milionów. Zgodnie z własną ideologiczną agendą.

Tu trzeba jednak uczciwie przypomnieć, że Kraków nie mógłby swojej SCT wprowadzić, gdyby takiej możliwości nie stworzyła mu obecna władza. Odpowiednie regulacje zostały zawarte w Ustawie o elektromobilności. O tym, że rząd PiS jest najbardziej wrogim kierowcom gabinetem w historii III RP, również już wielokrotnie pisałem.

Wiadomo, że wokół decyzji miasta Krakowa toczy się typowy dla współczesnej Polski spór, który można bez przesady nazwać cywilizacyjnym. Tyle że jego cywilizacyjne akcenty rozkładają się nieco inaczej niż wiele osób sobie wyobraża. Nie jest to bowiem spór pomiędzy zwolennikami czystej i ekologicznej nowoczesności oraz ratowania planety przed „katastrofą klimatyczną” a obrzydliwie zacofanymi, egoistycznymi blachosmrodziarzami. To spór pomiędzy ludźmi, którzy uważają, że w imię wątpliwych korzyści oraz ideologii mają prawo odebrać innym wolność, zmusić ich do zmiany zwyczajów i sposobu życia, a więc zastosować po prostu inżynierię społeczną – a tymi, którzy trwają przy wartościach takich jak właśnie wolność czy prawo własności.

I o tym ostatnim, dość rzadko wspominanym aspekcie sprawy, warto napisać więcej. Niektórzy spośród komentujących decyzję rady miasta Krakowa zauważyli, że faktycznie narusza ona właśnie prawo własności. Powoduje bowiem, że posiadacze starszych aut, którzy przecież nabyli je i użytkują zgodnie z prawem, stracą możliwość korzystania z nich w Krakowie, a nawet – jeżeli mieszkają w samym mieście – właściwie zostaną swojej własności pozbawieni. Do tego będzie się sprowadzać SCT, bo przecież jaki sens ma zaparkowanie własnego auta poza granicami miasta, jeśli mieszka się w centrum, na Kazimierzu czy Krowodrzy?

Nie jest to jednak, wbrew pozorom, pierwsza taka sytuacja. Już kilka lat temu zauważyłem, że dokładnie według tej samej zasady postąpiono w tych miastach (należy do nich Kraków), gdzie wprowadzono zakaz korzystania z kominków. Jeśli ktoś sobie kominek w domu czy mieszkaniu legalnie zbudował – czasem przecież dodatkowo inwestując na przykład w ogrzewanie płaszczowe – to nagle uchwałą radnych został pozbawiony możliwości korzystania ze swojej własności. Niejako paradoksalnie tej wady nie ma skądinąd szkodliwy i absurdalny unijny zakaz rejestracji nowych aut spalinowych począwszy od 2035 r. – bo przecież nie zakazuje on posiadania i korzystania z już użytkowanych w tamtym momencie samochodów spalinowych.

Warto sobie uświadomić, że regulacje środowiskowe i klimatyczne będą szły coraz częściej w kierunku takim jak uchwała rady miasta Krakowa, oparta na ustawie uchwalonej przez PiS. Coraz częściej ograniczane będzie nasze prawo własności, którego częścią jest możliwość z tejże własności korzystania. W normalnych warunkach byłby to ewidentny przedmiot wnikliwego zainteresowania Trybunału Konstytucyjnego, ale trudno mieć nadzieję, że w swojej obecnej postaci trybunał zdziałałby w tej sprawie cokolwiek sensownego. Być może krakowianie mogą liczyć na rzecznika praw obywatelskich, skoro uchwała radnych tak brutalnie pogwałca ich prawa – nie tylko zresztą prawo własności, ale również możliwość mobilności, swobodnego przemieszczania się. W wielu przypadkach będzie przecież tak, że ludzi na nowszy – nawet nie całkiem nowy – samochód po prostu nie będzie stać. I wbrew temu, co twierdzą zwolennicy zakazu, takie osoby nie będą mogły po prostu przesiąść się na transport miejski. Jeśli dzisiaj ktoś ma samochód, który wkrótce w Krakowie stanie się nielegalny, to przecież używa go nie tylko albo nawet wcale do poruszania się właśnie po mieście. Samochód może służyć do podróży poza Kraków. Tyle że jeżeli jego właściciel w Krakowie mieszka, nie będzie już miał jak swojego auta trzymać, a więc nie będzie w stanie w ogóle z niego korzystać – również w celach kompletnie innych niż podróże po Krakowie.

W relacji TVN czytamy: „Wiceprezydent Krakowa Andrzej Kulig ocenił, że to niezwykle trudna uchwała, m.in. ogranicza prawo własności, chociaż zgodnie z prawem; daje poczucie niesprawiedliwości wobec osób, które nie będą mogły w przyszłości wjechać do miasta. Uchwała ta jednak – podkreślił wiceprezydent – jest potrzebna i będzie czas na przygotowanie się do jej wejścia w życie”.

W takich sytuacja niezmiennie poraża mnie arogancja urzędników, którzy – całkiem jak peerelowscy kacykowie – po prostu przechodzą do porządku dziennego nad oczywistymi wadami rozwiązań, które sami przepychają. Uchwała ogranicza prawo własności, może być odbierana jako niesprawiedliwa – ale nic to, bo jest „potrzebna”, a ludzie mają „aż” dwa lata na przygotowanie się do niej. Dwa lata, dodajmy, w warunkach gigantycznej inflacji, spadającej siły nabywczej wynagrodzeń oraz szybujących cen samochodów.

Ilekroć widzę tego typu inicjatywy, zawsze myślę, że jednym z podstawowych warunków ich wdrożenia w życie powinno być zrealizowanie ich najpierw wobec popierających je decydentów. Radnym w Krakowie czy Warszawie powinno się po prostu odebrać samochody, a przynajmniej służbowe miejsca parkingowe oraz przepustki, upoważniające do wjazdu tam, gdzie nie mogą wjeżdżać normalni obywatele. Niech dadzą przykład.

Łukasz Warzecha

Poprzedni artykułNiemcy w geopolitycznym rozkroku
Następny artykułW Belgii będą pracować mniej dni, ale tyle samo godzin