fbpx
niedziela, 21 kwietnia, 2024

Umowa z babcią

Jednym z najbardziej dręczących mnie pytań jest, czy politycy albo eksperci, proponujący niektóre rozwiązania o istotnych skutkach społecznych lub cywilizacyjnych, lecz pozornie mające inne cele, zdają sobie sprawę z ich ostatecznych skutków.

Dla przykładu – czy politycy przekonujący, że w imię walki z praniem brudnych pieniędzy trzeba drastycznie ograniczyć możliwość posługiwania się gotówką, zdają sobie sprawę, że oznaczałoby to radykalne zwiększenie kontroli państwa nad obywatelami.

Co dzieje się w cudzej głowie – tego oczywiście wiedzieć nie będziemy, chyba że uda nam się czasem dotrzeć do jakichś prywatnych rozmów, tak jak słynny dialog, w którym były premier Mateusz Morawiecki mówił o pracy za miskę ryżu, przekonany, że mówi do politycznych kumpli i nikt niepowołany tego nigdy nie usłyszy. Natomiast moja publicystyczna intuicja oraz doświadczenie rozmów z politykami, ekspertami, komentatorami każą mi uznać, że w większości przypadków rozumienie skutków, można rzec, metapolitycznych pozostaje poza intelektualnym zasięgiem osób propagujących dane rozwiązanie. Większość z nich, słysząc o rezultatach wykraczających poza te najbardziej bezpośrednie i zwykle oficjalnie przypisywane danemu rozwiązaniu, uważa, że to jakieś dziwaczne wymysły albo – ulubione określenie – „teorie spiskowe”. Cóż, ograniczeń umysłowych nie da się przeskoczyć.

Jest oczywiście grupa osób wystarczająco mocnych intelektualnie, żeby rozumieć, jakie dane działanie wywrze skutki uboczne – często tak naprawdę będące skutkami głównymi i absolutnie zamierzonymi, tyle że ukrywanymi zarówno przed opinią publiczną, jak i przed bezpośrednimi wykonawcami planu. Wracając do przykładu z ograniczeniami dotyczącymi gotówki: nie mam najmniejszych wątpliwości, że niewielka część zwolenników takich rozwiązań wśród decydentów widzi sprawę walki z praniem brudnych pieniędzy jedynie jako dogodny pretekst, podczas gdy główną motywacją jest właśnie poddanie obywateli większej kontroli. Tak aby w przypadku jakichś problemów czy niepokojów można było łatwo odciąć ich od ich pieniędzy. Nie jest to przecież jakaś fantastyka ani dystopia rodem z genialnych powieści Janusza A. Zajdla, ani tym bardziej „teoria spiskowa”. To się już wydarzyło ledwie kilka lat temu w Kanadzie podczas antycovidowego protestu przewoźników. Wystarczy zatem odpowiedni poziom ucyfrowienia waluty oraz stosowne ustawodawstwo, które również może posługiwać się pretekstem „walki z praniem brudnych pieniędzy”. A że potem użyje się go w innym celu – cóż, bywa.

Słuchając wywodu pani minister Agnieszki Dziemianowicz-Bąk w Radiu Zet, dotyczącego „babciowego”, zadawałem sobie opisane wyżej pytanie: czy pani minister rozumie, jakie skutki miałoby rozwiązanie, o którym mówi? A mówiła, że aby uzyskać wsparcie państwa na opiekę nad dzieckiem („babciowe”), trzeba będzie „zawrzeć jakiegoś rodzaju umowę z babcią, ciocią, wujkiem, dziadkiem, by zgłosić, kto konkretnie opiekuje się dzieckiem. […] To nie jest tylko kwestia układu, tylko też informacja dla nas, czy dziecko jest powierzone bezpiecznej osobie, chodzi o rejestr takich osób, np., żeby taka osoba nie była w rejestrze pedofilów. Musimy dmuchać na zimne i być niezwykle ostrożnymi”.

To, co pani minister powiedziała, jest w gruncie rzeczy absolutnie horrendalne, ale zostało powiedziane tak bardzo mimochodem i tak normalnym tonem, że można mieć wątpliwości, czy szefowa resortu pracy rozumie, co właściwie wygaduje. Proszę sobie to uświadomić: prosząc naszą własną mamę czy tatę o opiekę nad naszym dzieckiem, a chcąc uzyskać rządową pomoc, będziemy musieli z najbliższym krewnym zawrzeć „umowę”.

Niniejszym zawieram umowę z moją matką, panią Wiesławą Hildegardą Bumbińską, legitymującą się dowodem osobistym o numerze …,na opiekę nad moim dzieckiem Stanisławem Bumbińskim, urodzonym 1.03.2022, zamieszkałym w Bąkolewie przy ul. Dziemianowskiej 34, w zakresie 10 godzin tygodniowo.

„Mamusiu, podpisz tutaj, ale może na wszelki wypadek chodźmy z tym jeszcze do notariusza”. Wyobrażają sobie to państwo?

Co więcej, w ten układ z najbliższą nam osobą wkroczy dodatkowo państwo, sprawdzając, czy taki ktoś nie figuruje na przykład w rejestrze pedofilów.

Wiem oczywiście świetnie, że za moment przybiegną fajnopolacy, pytając: „Ale w czym właściwie problem?”. Odpowiadam: we wszystkim. Rządząca lewica proponuje nam mianowicie, żeby tam, gdzie relacje między ludźmi układają się od wieków – ba, właściwie od zarania ludzkości – w sposób naturalny i gdzie państwo nigdy nie musiało wkraczać (poza systemami totalitarnymi czy skrajnie lewicowymi – te uwielbiają takie interwencje), teraz wdarły się absurdalne formalności i państwowa kontrola. Dodatkowo państwo sygnalizuje swoją skrajną nieufność wobec obywateli, skoro stwierdza, że będzie musiało weryfikować, czy na pewno powierzamy nasze dzieci osobie godnej zaufania – choćby był to ktoś z naszym własnych rodziców.

Ten pomysł jest w gruncie rzeczy kwintesencją lewicowego myślenia o rodzinie, obywatelu i państwie. Rodzina jest instytucją z zasady niegodną zaufania, wręcz siedliskiem patologii – nie bez powodu w rozmowie pada akurat przykład pedofilii. Obywatel musi być sprawdzany i kontrolowany. Nic nie może się odbywać w ramach normalnego międzyludzkiego kontaktu. Wszystko musi być skrajnie sformalizowane, tak żeby mógł to prześwietlić urzędnik.

Przecież dokładnie to samo lewica proponuje w kwestii zmiany definicji gwałtu, która doprowadziłaby do tego, że w zasadzie każde męsko-damskie zbliżenie należałoby poprzedzić spisaniem stosownego oświadczenia, podpisanego przez obie strony. Inaczej mężczyzna mógłby się obawiać, że zostanie oskarżony o gwałt i nie będzie w stanie się przed tym oskarżeniem obronić. Projekt stawia bowiem na głowie podstawowe założenia procedury karnej, faktycznie obciążając oskarżonego koniecznością przedstawienia dowodów swojej niewinności.

Wracam zatem do pytania: czy pani minister i jej współpracownicy rozumieją, że proponując takie rozwiązanie, uderzają w najważniejsze mechanizmy, regulujące funkcjonowanie społeczeństwa na podstawowym poziomie? To oczywiście spekulacja publicystyczna, ale powiedziałbym, że jednocześnie tak i nie.

Nie – w tym sensie, że szefowa resortu pracy nie rozumie sytuacji dokładnie ani tym bardziej nie potrafi pojąć długoterminowych skutków narzucania takich rozwiązań. Nie rozpisała sobie w punktach tego, jak uderzyć w rodzinę.

Tak – w tym sensie, że mieści się to wszystko w lewicowym DNA, którego pani Dziemianowicz-Bąk jest niechybnie przedstawicielką. Mówimy więc o niejako intuicyjnym pojmowaniu tych kwestii.

Tak czy owak, trzeba tłumaczyć, jakie będą rezultaty wciskania się państwa w sprawy, do których nigdy nie powinno się ono wtrącać. Nie trzeba też chyba pisać, że nie wolno się na to w żadnym wypadku godzić.

Łukasz Warzecha

Każdy felietonista FPG24.PL prezentuje własne poglądy i opinie

Łukasz Warzecha
Łukasz Warzecha
Jeden z najpopularniejszych komentatorów sceny politycznej w Polsce. Konserwatysta i liberał gospodarczy. Publicysta „Do Rzeczy", „Forum Polskiej Gospodarki”, Onet.pl, „Rzeczpospolitej", Salon24 i kilku innych tytułów. Jak o sobie pisze na kanale YT: „Niewygodny dla każdej władzy”.

INNE Z TEJ KATEGORII

Policja dla Polaków

Jednym z największych problemów polskiej policji – choć niejedynym, bo ta formacja ma ich multum – jest ogromny poziom wakatów: ponad 9,7 proc. Okazuje się, że jednym ze sposobów na ich zapełnienie ma być – na razie pozostające w sferze analiz – zatrudnianie w policji obcokrajowców. Czyli osób nieposiadających polskiego obywatelstwa. W tym kontekście mowa jest przede wszystkim o Ukraińcach, Białorusinach i Gruzinach.
3 MIN CZYTANIA

Czasami i sceptycy mają rację

Wszystkie zjawiska, jakie obserwujemy w ramach gospodarki, są ze sobą połączone. Jak w jednym miejscu coś pchniemy, to w kilku innych wyleci. Problem z tym, że w przeciwieństwie do znanej metafory „naczyń połączonych”, w gospodarce skutki nie występują w tym samym czasie co przyczyna. I dlatego często nie ufamy niepopularnym prognozom.
5 MIN CZYTANIA

Markowanie polityki

Nie jest łatwo osiągnąć sukces, nie tylko w polityce, ale nawet w życiu. Bardzo często trzeba postępować niekonwencjonalnie, co w dawnych czasach nazywało się postępowaniem wbrew sumieniu. Dzisiaj już tak nie jest, bo dzisiaj, dzięki badaniom antropologicznym, już wiemy, że jak człowiek politykuje, to jego sumienie też politykuje, więc można mówić tylko o postępowaniu niekonwencjonalnym, a nie jakichś kompromisach z sumieniami.
5 MIN CZYTANIA

INNE TEGO AUTORA

Policja dla Polaków

Jednym z największych problemów polskiej policji – choć niejedynym, bo ta formacja ma ich multum – jest ogromny poziom wakatów: ponad 9,7 proc. Okazuje się, że jednym ze sposobów na ich zapełnienie ma być – na razie pozostające w sferze analiz – zatrudnianie w policji obcokrajowców. Czyli osób nieposiadających polskiego obywatelstwa. W tym kontekście mowa jest przede wszystkim o Ukraińcach, Białorusinach i Gruzinach.
3 MIN CZYTANIA

Źli flipperzy i dobra lewica

Kiedy socjaliści poszukują rozwiązania jakiegoś palącego problemu, można być pewnym dwóch rzeczy. Po pierwsze – że to, co zaproponują nie będzie rozwiązaniem najprostszym, czyli wolnorynkowym. Po drugie – że skutki realizacji ich propozycji będą kontrproduktywne, a najpewniej uderzą w najsłabszych i najbiedniejszych.
5 MIN CZYTANIA

Wyzwanie

Pojęcie straty czy kosztu zostało prawie całkowicie wyeliminowane z języka debaty publicznej. Jeśli jakiś projekt jest uznawany za słuszny i realizujący pożądaną linię, to nie niesie ze sobą kosztów – może się jedynie łączyć z „wyzwaniami”. Koszty pojawiają się dopiero tam, gdzie pomysł jest niesłuszny.
4 MIN CZYTANIA